Piwnice naszych ojców

"Podróż zimowa" - reż. Maja Kleczewska - Teatr Powszechny w Łodzi, Teatr Polski w Bydgoszczy

Już dawno nie widziałem równie mądrego, ironicznego, a zarazem dogłębnie prawdziwego spektaklu jak "Podróż zimowa" w reżyserii Mai Kleczewskiej. Poza tym nie pamiętam, kiedy tak silnie czułem emocje aktorów przepływające przez scenę i wiążące ich z rolą oraz z tematem spektaklu.

Jelinek wyciąga z austriackiej duszy najgorsze cechy, zagłębia się w najboleśniejsze miejsca i robi to w swoim stylu: bez wahań, bez wstydu, z szacunkiem dla człowieka, ironicznie i z wściekłością, mądrze i precyzyjnie. Nie zostawia przy tym cienia nadziei, że cierpienia zostaną wynagrodzone, a winni poniosą zasłużoną karę. To opowieść o austriackich piwnicach, metaforycznych i całkiem realnych, o nazistowskiej przeszłości oraz o tych podziemiach domów jednorodzinnych, z których niedawno uwolniono przetrzymywane tam latami ofiary. Spektakl Kleczewskiej, koprodukcja Teatru Polskiego w Bydgoszczy i Teatru Powszechnego w Łodzi, odnajduje na to wszystko właściwą formę, czasami brutalną, czasami bezpardonową, a momentami wzruszająco intymną, pełną emocji, ale nie histeryczną. Całość domyślana do ostatniego ruchu i rekwizytu. Oto porządna lekcja inteligentnego teatru.

Przestrzeń gry wyznacza przestronny okrąg utworzony z białej kotary. To świetny pomysł scenograficzny, gdyż niewinność i czystość bieli kontrastuje z mękami, jakie przeżywają postaci przetrzymywane we wnętrzu tego więzienia. Co więcej przez tę wysoką ścianę z materiału widać poruszające się na zewnątrz postaci aktorów. Nie ma ich jeszcze na scenie właściwej, jeszcze nie grają przed oczami publiczności, ale już się skradają, przemykają za kotarą, są cieniem i zapowiedzią tego strachu, który musiały czuć ofiary Fritzla i innych dewiantów, kiedy zamknięte w samotności, nasłuchiwały każdego szmeru dochodzącego z zewnątrz.

Córka Fritzla (Julia Wyszyńska) siedzi na krześle, skulona, załamana, pochlipująca. Urywanym, cichym głosem opowiada o tym, jak rodziła pierwsze z jego dzieci. Ten bolesny, tragiczny monolog brzmi przejmująco i prawdziwie, przechodzi od stanów zupełnego załamania do paniki i gniewu. Jest w nim bezradność połączona z dojmującą czułością osoby, która rozumie, że żadna zemsta bądź kara nie naprawi wyrządzonej jej krzywdy. To pogodzenie z losem. Rozmawia więc czule z szopem praczem, maskotką ludzkich rozmiarów, która przyjechała do niej w odwiedziny na pięknym seledynowym wózku. Szop daje się co prawda pogłaskać, ale zaraz zaczyna swój monolog. Ukryty w tym kostiumie aktor (Michał Czachor) z meandrującą, drapieżną ironią, na jaką potrafią się zdobyć tylko pisarze austriaccy tej miary co Bernhard czy właśnie Jelinek, wylewa swoje żale na ofiary podobnych gwałtów. Za to że pchają się do telewizji, że odciągają uwagę widzów i społeczeństwa od normalnych, wesołych rozrywek, skocznych piosenek, miłych filmów. Że tyranizują swoim cierpieniem normalny świat i nie pozwalają mu żyć w spokoju. Za to innymi słowy, że zabierają normalnym ich przestrzeń życiową, ich lebensraum.

Wątek "normalnej" kultury, która potrzebuje miejsca do życia tak bardzo, że przeszkadzają jej smutne twarze ofiar jest kontynuowany. Na scenie pojawia się podobizna Freddiego Mercury'ego z wielką czapą w kształcie Królika Bugsa (Piotr Stramowski). Zaczyna się przebój "I want to break free", którego prezentacja szybko przeradza się w pokaz muskulatury śpiewającego. Świetnie zbudowane i natłuszczone ciało zaczyna wymachiwać hantlami, eksponować swoją seksualność przywodzącą na myśl okładki kolorowych pism. Do tego tekst o erotyce rządzącej relacjami międzyludzkimi. To momenty świetnie wyłapujące ten niegasnący urok erotyki wsączanej po trochu do życia publicznego; erotyki która staje się podprogową potrzebą wszystkich. Całość dobrze zagrana, z mechanicznymi, powtarzanymi ruchami, łatwo rozpoznawalną, prowokacyjną gestykulacją, z tym wszystkim, co uznajemy za "normalne" w naszym świecie. Kleczewska chwyta te momenty doskonale, ich atmosferę, ich wyuzdaną sentymentalność i pozwala się widzom nasycić tymi obrazami, daje im czas, precyzyjnie mierzy niespieszne tempo spektaklu.

W spektaklu Kleczewskiej bardzo dobrze sprawdza się pomysł wykorzystania najrozmaitszych zabawek dziecięcych: mechanicznych śpiewających piesków, minihelikoptera, którym bawi się córka Fritzla, ale i zabawkowego karabinu, czy też dmuchanego manekina przeznaczonego do zabaw erotycznych. Z jednej strony zabawki to oczywiście odwołanie do świata dzieci, którymi były ofiary zamykane w austriackich piwnicach. Z drugiej do chorych zabaw dorosłych, które jednak stają się nie zabawną przecież rzeczywistością. Dodatkowo obecność pluszowych zabawek pomaga wydobyć tragizm agresji wypaczonego świata dorosłych na psychikę dziecka. Postać opowiadająca historię porwanej Nataschy Kampusch (Karolina Adamczyk) wchodzi na scenę w różowym kostiumie przypominającym łabędzia. O ile dosadniej wybrzmiewają sceny molestowania przez dorosłego mężczyznę, kiedy rozgrywają się one wewnątrz dziecięcego świata zabawek. Długi i przejmujący monolog przedstawiający pełne brutalizmu relacje matki z córką odegrany zostaje w dialogu z dmuchaną lalką przeznaczoną do erotycznych zabaw. Aktorka grająca molestowaną córkę rozmawia z nią i nosi na plecach, jakby te dwie postaci były jednym ciałem. Ostatecznie jednak to zabawki występują przeciwko ofiarom gwałtów. Szop pracz, z którym córka Fritzla rozmawiała z czułością i zrozumieniem, wypowiada oskarżycielski wobec niej monolog. Właśnie zabawki są znakiem pustego spełnienia ludzkich zachcianek, obiektem chorego kultu, przedmiotami, na które ludzie przenoszą swoje schorowane pożądania albo wylewają własne tragedie. Pozornie niewinne, kryją wiedzę o całym złu i zepsuciu. A do tego będąc w centrum niezdrowego zainteresowania, pluszowe misie urastają do rangi fetyszy, nad którymi ludzie - ich twórcy i właściciele -zupełnie tracą kontrolę.

Spektakl wieńczą sceny dziejące się w zakładzie dla psychicznie chorych, w którym przebywają wszystkie postaci. Znów spotkamy mężczyznę, który więził Kampusch (Jakub Firewicz), zobaczymy Fritzla świetnie zagranego przez Mateusza Łaskowskiego. Ta postać wciąż przykuwa uwagę spazmatycznymi ruchami, wewnętrznym napięciem mięśni, które wyglądają, jakby seksualne dewiacje zniszczyły mu centralny układ nerwowy. Spotkamy też ich ofiary. Chwiejącą się na nogach starą kobietę, która drepcze tam i z powrotem pod jedną i tą samą ścianą, podpierając się wykrzywioną kulą. Widzimy mężczyznę wykonującego dziwne gesty w powietrzu, jakby rozmawiał z ptakami i człowieka wesoło zajadającego suchary i dowcipnie komentującego to, co się dzieje (zwraca nawet uwagę na wyjście widzów z sali). Córka Fritzla przychodzi ze świeżym ubraniem dla ojca. Na koniec do kieszeni piżamy włoży jeszcze swemu oprawcy mandarynkę. Nie ma tu łatwego triumfu: ofiary nie wywyższają się moralnie ponad swoich katów, a ci trawieni są bólem własnej dewiacji. Ich wspólna egzystencja pod jednym dachem kończy się zniesieniem różnic, wymieszaniem wszystkiego ze wszystkim. Aktorzy zrzucają z siebie maski - maski starości, zniszczenia i cierpienia to kolejny frapujący element tego spektaklu - i nago wiją się po scenie mieszając swymi ciałami strugi kolorowej farby.

Temu spektaklowi towarzyszą pieśni z "Podróży zimowej" Schuberta, od którego Jelinek zaczerpnęła nie tylko tytuł, ale również wątek ostatniej podróży, odrzucenia i samotnego odejścia. Pod koniec spektaklu rozbrzmiewa jedna z Schubertowskich pieśni, Der Leiermann, czyli opowieść o ulicznym grajku, który nękany mrozem, próbuje grać swoje melodie, kompletnie przez nikogo niezauważony. To dokładnie temat spektaklu Kleczewskiej i ostatniego monologu wypowiadanego przez aktora ucharakteryzowanego na samą Jelinek (Michał Czachor). Na końcu wracamy bowiem do prześmiewczego ironicznie-tragicznego tonu jej intelektualnych rozważań. To przypowieść o losie pisarza niesłuchanego i niesłyszalnego dla reszty - reszty, która jak u Jelinek zajęta jest jazdą na nartach i zasłuchana w wesołe melodie huczące z rozwieszonych wszędzie głośników. Teraz rozumiemy, że im więcej tej radości, tym większe i bardziej przerażające piwnice, na których musi się ona wesprzeć.

Michał Lachman
lodzwkulturze.wordpress.com
21 listopada 2013

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia