Plastikowe imperium

"Trojanie" - reż. Carlus Padrissa - Opera Narodowa w Warszawie

To miał być niezapomniany spektakl. Pod względem muzycznym kongenialny, koncepcją reżysera wprawiający w zdumienie, rozmachem inscenizacyjnym zapierający dech w piersiach. Wyszło jak prawie zawsze: czasem lepiej, czasem gorzej, ale najczęściej przeciętnie

Hector Berlioz w cieniu „Eneidy” Wergiliusza żył od dziecka. Ojciec kompozytora nadał mu imię antycznego bohatera nieprzypadkowo, zaś przeczytana w młodości opowieść starożytnego literata stała się idée fixe muzycznego życia Francuza. Jednak swoje operowe marzenie, z wojną trojańską oraz pełną przygód i namiętności podróżą Eneasza w tle, zrealizował dopiero mając lat ponad pięćdziesiąt. „Trojanie”, przedmiot artystycznej obsesji, dzieło pisane z gorączkową fascynacją tematem i strachem przed nim jednocześnie, kompozytor ukończył w 1858 r. Niestety, starania, aby prawykonać je w Operze Paryskiej, spełzły na niczym i dopiero pięć lat później Paryż usłyszał operę w kształcie bezlitośnie poszatkowanym. W całości kompozycja zabrzmiała w Karlsruhe w 1890 r., niewiele ponad dwie dekady po śmierci twórcy.

Trudności


„Trojanie” to utwór z kilku względów niewdzięczny. Rozciągnięty do monstrualnych rozmiarów, zbliżony do najdłuższych dramatów muzycznych Ryszarda Wagnera, zawiera wiele miejsc statycznych i dramaturgicznie martwych. Nie chodzi jednak tylko o czas, o owe pięć aktów, które zamykają się w niespełna pięciu godzinach muzyki. Kłopot jest raczej z materią muzyczną. Gdyby się jej bliżej przyjrzeć, zwrócą uwagę zbyt mocno widoczne szwy na styku ogniw opery i nierzadki brak materiałowej spójności. Strumień dźwięków nie niesie – jak choćby właśnie u Wagnera – z wystarczającą swobodą treści libretta. Do tego twórca partyturą złożył daninę popularnej w XIX wieku francuskiej grand opéra, co zaowocowało wprzęgnięciem w narrację osłabiających tragiczny potencjał tekstu scen baletowych. Szczęśliwie zafascynowany postulatami operowej reformy Glucka, powstrzymał się przed ostrym podziałem na przyspieszające akcję recytatywy i spowalniające ją arie, pełne wówczas modnych wokalnych efektów, ograniczył wirtuozowskie zapędy śpiewaków i skonstruował partie głównych postaci w sposób ekspresyjnie wyrazisty.

Dlatego też mimo epickiego rozmachu, licznych gęstych fakturalnie scen zbiorowych, fragmentów patetycznych, z wykorzystaniem ogromnego chóru, orkiestry, baletu i sporego ansamblu solistów, Berlioz stworzył dzieło w istocie prawdziwie intymne, ze wzruszającymi ustępami kameralnymi, pięknymi miłosnymi duetami i ariami rozpiętymi na szerokim ambitus emocji. Zachowana równowaga między efekciarskimi rozwiązaniami a humanistyczną refleksją czyni więc dzieło wyjątkowym. Poza tym temat wciąż zaskakuje aktualnością i daje współczesnym realizatorom, wspartym współczesną techniką sceniczną, nieograniczone możliwości interpretacji antycznych tematów. Wystarczy wspomnieć, że opus magnum francuskiego twórcy na afisz wprowadziły ostatnio opery w Berlinie, Chicago, Londynie i Mediolanie.

Gwiezdne wojny

Również Warszawa nie chciała zostać w tyle (na szczęście!) i w koprodukcji ze scenami Walencji i Sankt Petersburga zaproponowała widzom „Trojan” w interpretacji słynnej katalońskiej formacji teatralnej La Fura dels Baus. Marka hiszpańskiego zespołu, artystycznych buntowników i wizjonerów, miała gwarantować widowisko na najwyższym poziomie, realizację nowatorską, oderwaną od tradycyjnego języka operowych inscenizacji. Futurystyczna realizacja opery Berlioza, z założenia odwołująca się do filmowej sagi George’a Lucasa „Gwiezdne wojny”, bodaj najbardziej przez artystów eksploatowanej ikony popkultury, choć mogła być dla utworu ożywcza, a nawet do pewnego stopnia naturalna, okazała się zbiorem pustych efektów, częściej śmiesznych, rzadziej skłaniających do refleksji.

Carlus Padrissa, jeden z założycieli grupy, który wziął reżyserską odpowiedzialność za inscenizację, postawił na siermiężne gadżety, plastikowe statki kosmiczne, wiszące gumowe rury, lustrzaną figurę konia, ciskane o podłogę laptopy, kostiumy rodem z „Seksmisji” i projekcje wideo, gubiąc dramatyzm dzieła. Tworząc z pozoru efektowny entourage, prześlizgnął się po powierzchni kompozycji, jakby wystarczyło mu dopieszczenie wizualnej fasady partytury. Szkoda, wszak zwykle pod warstwą zdarzeń rodem z teatru ulicznego i happeningu, kuglarskich popisów i scen odrażających, działań na granicy wyreżyserowanego przedstawienia i zręcznej improwizacji, w działaniach La Fura dels Baus kryło się coś więcej. Sprzeciw wobec zastanego, drażnienie widza, wywołanie u odbiorcy poczucia dyskomfortu, wreszcie dociekanie istoty teatru i mówienie o rzeczach fundamentalnych, które przecież w „Trojanach” Berlioz inteligentnie akcentuje, szczególnie w partiach dwóch kluczowych kobiecych postaci – Kasandry i Dydony.

Idea dzieła nie została jednak całkowicie przykryta dynamicznymi zmianami dekoracji i wiszącymi na linach akrobatami. Mimo minimalnej (oszczędnej?) gry aktorskiej śpiewaków, muzyka Berlioza pod batutą znakomicie odczytującego romantycznego ducha dzieła Valerego Gergieva przemówiła z ogromną mocą. Bywały momenty, w których wykonawcze warstwy – orkiestra, chór, soliści – rozjeżdżały się, a proporcje między głosami a instrumentami zdawały się zakłócone. Rosjanin aliści rychło dyscyplinował artystów i natychmiast wprowadzał należyty porządek, dodatkowo wymuszając na orkiestrze brzmienie miękkie i ekspresyjnie zróżnicowane.

Bezapelacyjną gwiazdą warszawskiej premiery była Anna Lubańska jako Dydona. Niemal cały ostatni akt należał do śpiewaczki, która dotychczas głównie odnajdywała się w drugoplanowych postaciach. Pełna żaru i namiętności, w rozpaczliwej walce o dozgonną miłość Eneasza niebywale prawdziwa, mistrzowsko oddała całą złożoność królowej Kartaginy, jej zawieszenie między szczęściem osobistym a dobrem ogólnym.

Również kreacja Sylvie Brunet w roli Kasandry mogła się podobać. Wprawdzie jej głos początkowo brzmiał zbyt gardłowo, zwłaszcza w średnim rejestrze wydawał się ściśnięty i mało dźwięczny, lecz w chwili śmierci prorokini jej śpiew już był w pełni przekonujący. W kolejnych frazach coraz lepiej wypadał także Sergiej Semishkur jako Eneasz, na początku ostatniego aktu dając popis swoich wielkich wokalnych możliwości. Nie można nie wspomnieć o zjawiskowej realizacji przez Rafała Siwka partii Narbala, ministra w rządzie Kartaginy, i ładnym muzycznie epizodzie Katarzyny Trylnik (Askaniusz).

Dwa światy

O ile w Warszawie widowiskowe środki teatralne niemal wyparły treść dzieła, w grudniowej realizacji „Trojan” w berlińskiej Deutsche Oper dzielnie wspierały one główne postaci opery. Petra Lang jako Kasandra oraz Béatrice Uria-Monzon w roli Dydony fenomenalnie ukazały cierpienie bohaterek, skomplikowaną sieć wewnętrznych rozterek, spełnioną groźbę utraconych marzeń, rzeczywisty ich dramat. Wokalnie zajmowały słuchaczy od pierwszego do ostatniego dźwięku, a aktorsko były niezwykle przekonujące, zwłaszcza w chwilach samotności i zbliżającej się śmierci. Atutem przedstawienia była także warstwa instrumentalna. Pod kierunkiem świetnego Donalda Runniclesa orkiestra brzmiała spójnie, ciepło, lirycznie, ale kiedy trzeba – złowrogo i ostro. Czasem tylko brakowało w jej interpretacji ognia i lepszej korespondencji wyrazowej między kolejnymi cząstkami. Być może gdyby za pulpitem postawić Gergieva, efekt byłby lepszy?

Zupełnie inną koncepcję inscenizacyjną dzieła przedstawił natomiast David Pountney. Brytyjski reżyser, który przygodę z operą rozpoczął w 1969 r. od asystowania przy edynburskiej realizacji „Trojan” właśnie, nie zatarł przesłania dzieła scenicznymi trikami. Jego przedstawienie nade wszystko wychodzi od litery libretta oraz muzycznej narracji, jest przy tym oszczędne, a przez to klarowne. Dodatkowo kształtem scenicznym zręcznie maskuje dramaturgiczne niedociągnięcia dzieła, nieuzasadnione niekiedy napięcia i charakterystyczną dla muzyki Berlioza nerwowość. Jego pomysł zasadza się na połączeniu tradycji z nowoczesnością, w sferze idei zderzeniu brutalnego świata wojny, przemocy, militarnej wręcz hierarchii rzeczywistości Greków i Trojan z subtelnością, swobodą, fantazją oraz idyllicznym pięknem egzotycznej Kartaginy, krainy szczęścia i miłości. W scenografii zaś – na zestawieniu atrybutów aluzyjnie nawiązujących do antycznych kostiumów i żołnierskiego ekwipunku z przestrzenią surową, acz urządzoną schludnie, ascetycznie, dzieloną zwiewnymi firanami. Stąd obecność zardzewiałych konstrukcji w dwóch pierwszych, mrocznych aktach oraz dominacja bieli i jasnych barw w trzecim i czwartym akcie. Całość berlińskiej produkcji jest niezwykle spójna, a każdy element przedstawienia wydaje się być na swoim miejscu.

***

„Trojanie” Berlioza to kolejny krok warszawskiej sceny w kierunku najważniejszych teatrów operowych świata. Choć (jak się okazuje) zaproszenie gwiazd nie zawsze gwarantuje dobrą jakość artystyczną, dzięki sensownym koprodukcjom na równych prawach możemy dyskutować z zagranicznymi melomanami o operze. A o dyskusję przecież w sztuce chodzi.

Daniel Cichy
Tygodnik Powszechny
27 stycznia 2011

Książka tygodnia

Amantka z pieprzem
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Grażyna Barszczewska, Grzegorz Ćwiertniewicz

Trailer tygodnia