Po cholerę nam czołgi, róbmy teatr

Rozmowa z Michałem Pabianem

- Nie jestem w stanie zrozumieć, czemu inwestujemy aż tyle w wojsko i obronność. Straszne! Kuriozalne! Jeśli nie będą istniały kultura, sztuka, literatura, to żadne czołgi nie obronią ludzi - mówi Michał Pabian, dramaturg i literaturoznawca.

Kiedy zrozumiałeś, że sztuka to coś, czemu chcesz sie. poświęcić?

- Od dziecka uwielbiałem chodzić do teatru, czytać książki. Wielka tu zasługa mojej mamy, która zawsze dbała, żebym miał pieniądze na to, by pójść do teatru, opery, filharmonii, pojechać na spektakl do innego miasta. Potem były fantastyczne spotkania z kulturą na studiach. Zachwycił mnie Stary Teatr w Krakowie, gdzie byłem bardzo częstym bywalcem. Wielokrotne oglądanie tych samych spektakli umożliwiło mi spotkania z twórcami, aktorami. Pewnego razu wspaniały aktor, Krzysztof Zarzecki, zaproponował mi wspólne zrobienie filmu dotyczącego festiwalu teatralnego. Pojechałem z nim do Warszawy. Tak się zaczęło.

Spotkanie z Zarzeckim było przełomem w twoim życiu?

- Na sto procent tak. Druga ważna osoba, którą spotkałem, to reżyser Marcin Liber. Poznałem go podczas Warszawskich Spotkań Teatralnych. Z mojej fascynacji jego spektaklem wynikła propozycja, jaką mi złożył, by kolejny projekt tworzyć już wspólnie. Było to "Trash Story" zrealizowane w Zielonej Górze, historia o trudnej polsko-niemieckiej przeszłości wojennej.

"Trash Story" jest wybitnym dramatem Magdy Fertacz, za który dostała Gdyńską Nagrodę Dramaturgiczną. Opowieść o konieczności życia w zgodzie z historią, a nie przeciwko niej.

Czym właściwie zajmuje się dramaturg?

- Otrzymuje propozycje od reżysera przygotowania sztuki, tworzy adaptację sceniczną. Zadaniem dramaturga jest praca z reżyserem. Ustalenie, jakie wartości są w tekście szczególnie ważne, jakie ma być przesłanie sztuki. Wszystko to jest wypracowane przed rozpoczęciem prób. Zastanawiamy się, jak będzie wyglądała inscenizacja, jaką stworzymy przestrzeń dla spektaklu, wreszcie - jakie metody pracy obierzemy. Kolejne etapy to próby analityczne z aktorami, współprowadzenie tych prób, włączanie dodatkowych elementów do sztuki i rola czegoś, co nazywam trzecim okiem reżysera. Tym wszystkim zajmuje się właśnie dramaturg. Uwielbiam pracować nad wymową sceniczną, właściwym akcentowaniem. Jestem chyba trochę takim ortoepikiem, czyli upraszczając, bardzo skupiam się na technice mówienia i interpretacji tekstów.

A co będzie można zobaczyć w najbliższym czasie, nad czym ostatnio pracowałeś?

- Spektakl "Na Boga", który znalazł się w finale konkursu Polskiej Sztuki Współczesnej. Jesienią będzie wystawiony najpierw w Warszawie. Później "Kazimierz i Karolina" w ramach projektu Teatru Polska będzie wystawiany na deskach teatrów w całej Polsce. 20 maja zacząłem też pracę nad "Dziadami" Adama Mickiewicza w teatrze w Białymstoku. W tym projekcie zajmiemy się problemem wolności człowieka.

Zdradzisz, jak daleko odejdziecie od oryginału?

- Nie odejdziemy, bez obaw. Zbyt uwielbiam Mickiewicza, by to zrobić. Myślę, że w "Dziadach" pojawią się uzupełnienia o późniejsze jego dzieła, na przykład korespondencje. Zamieszki na Majdanie znajdą w tej sztuce również swoje odzwierciedlenie. Na pierwszej próbie będziemy odczytywać listę ofiar zamieszek. Więcej ode mnie nie wydobędziesz.

Reżyser Ratajczak mówi, że jesteś wybitnym literaturoznawcą...

-Jest mi bardzo miło, ale ostrożnie z tą wybitnością (śmiech). Kształciłem się przy wybitnych pedagogach na Uniwersytecie Jagiellońskim, kadrze profesorów, dla których sztuka interpretacji jest znacznie bardziej istotna niż sztuka wiedzy i umiejętność posługiwania się kontekstami literackimi. Zajmowałem się teorią komunikacji w literaturze. Miałem wielkie szczęście spotkać na swojej życiowej drodze panią profesor Jolantę Antas, której wiele zawdzięczam.

Dla dramaturga, tak przecież różnego od dramatopisarza, najważniejsza jest znajomość literatury, kontekstu biografii pisarzy i prądów, w jakich te dzieła powstają. To element pracy w teatrze, który najbardziej lubię. Może się okazać, że nie potrzebujemy odwoływać się do nowej fali feminizmu, ale z wielkim rozsądkiem możemy sięgnąć na przykład do zapomnianych dzieł Nałkowskiej czy Orzeszkowej.

Jako dramaturg masz również wpływ na choreografię, grę aktorów?

- Jestem typem dramaturga, który jest obecny przy całym cyklu produkcji przedstawienia. Reżyserzy pozwalają mi na to, bym mógł pracować z aktorem, przeprowadzać z nim próby analityczne. Cenię sobie szczególnie tych reżyserów, wśród nich jest Piotr Ratajczak, którzy ufają mi i pozwalają wprowadzać zmiany w całej strukturze spektaklu. Główne zajęcie klasycznego dramaturga to dbanie, by poziomy znaczenia, motywy, koncepty przez cale przedstawienie rozsądnie się przewijały. Moje motto to stwierdzenie, że z największym kryzysem pracy twórczej mamy do czynienie wtedy, gdy dramaturg musi sam coś napisać, gdy nie umie czegoś odnaleźć w odległych czasowo tworach literackich albo we współczesnej myśli filozoficznej. Uwielbiam robić adaptacje. Moje najnowsze wyzwanie to praca nad powieścią Doroty Masłowskiej "Kochanie, zabiłam nasze koty". Pałam takim zachwytem dla jej twórczości, że trudno mi go wyrazić słowami. Moja mistrzyni, profesor Maria Janion, powiedziała kiedyś, że Masłowska to nowa awangarda posługująca się niezwykłym językiem, twórczyni groźna, niebezpieczna i drapieżna. Podpisuję się pod opinią pani profesor. Kupiłem ostatnio książkę Masłowskiej w Berlinie. Tam jest równie znana i ceniona, jak w Polsce.

Jak oceniasz wsparcie, jakie nasze państwo oferuje artystom? Czy w Polsce kultura i sztuka mają szansę się rozwijać?

- Mam wielu fantastycznych teatralnych przyjaciół, którzy żyją w niedostatku. Trudno jest utrzymać się ze sztuki. Wielcy aktorzy, którzy poświęcają życie teatrowi, są w ogromnym kłopocie i dysproporcji do wielkich gwiazd znanych z kina, telewizji. Muszą żyć za dwa tysiące złotych lub mniej. To jest skandalicznie mało. Poświęcają wiele miesięcy ciężkiej pracy, wrażliwości na to, by przygotować spektakl za pieniądze, za które trudno przeżyć. Do tego dochodzi ogromna dysproporcja między komercją a teatrem dramatycznym, dramatyczny brak środków na realizację niczym nieskrępowanej sztuki. To smutne i bolesne. Żałuję, że tak mało jest współczesnej, żywej sztuki w publicznych mediach, które przecież mają misję.

Gdybyś zdarzyło się tak, że zostałbyś - choćby na krótko - szefem rządu o nieograniczonych możliwościach, co byś zrobił?

Zlikwidowałbym armię i wszystkie pieniądze przekazałbym na kulturę. Ostatnio gdzieś przeczytałem, że około 4 proc. polskiego PKB przekazywane jest na armię. Kupiliśmy jakieś czołgi. Po cholerę nam czołgi?!... Te pieniądze są kilka razy większe niż roczne budżety kilkunastu teatrów w Polsce. Nie jestem w stanie zrozumieć, czemu inwestujemy aż tyle w wojsko i obronność. Straszne! Kuriozalne! Jeśli nie będą istniały kultura, sztuka, literatura, to żadne czołgi nie obronią ludzi.

Najbardziej przedziwna sytuacja, z jaką spotkałeś się podczas pracy w teatrze to?

- ... Kiedyś jedna z kobiet z widowni tak pokochała nasz spektakl "Dyskretny urok burżuazji", że przychodziła na przedstawienie w kostiumie podobnym do chóru "antyludzi" i gdy oni mówili tekst "Nazywam się antyczłowiek", wstawała i recytowała z nimi. To było zarazem dziwne i niesamowite.

Aktorzy, którzy są dla ciebie ważni, których cenisz za warsztat?

- Danuta Szaflarska, Danuta Stenka, Paweł Tomaszewski, Dobromir Dymecki, Elżbieta Lisowska-Kopeć... Kiedy widzę, jak oni umieją wyrazić emocje, trudno mi dobrać właściwe słowa, by opisać ich mistrzostwo. Grono znamienitych aktorów jest znacznie większe. Są wśród nich także moi najbliżsi współpracownicy - Hanka Klepacka, Dawid Rafalski, Przemysław Kosiński, Marta Szumieł. I nade wszystko Elżbieta Donimirska.

Czym jest dla ciebie wolność?

- Bardzo trudne pytanie... To chyba stan, w jakim się żyje, funkcjonuje, w którym człowiek potrafi się cieszyć, ale ma też potrzebę, czas i możliwość, by usiąść i zastanowić się nad sobą, nad tym, co dookoła. Wtedy jest naprawdę wolny.

Twój światopogląd? Dasz radę opisać w jednym zdaniu?

- Nieco tradycji, ale więcej anarchii.

Twój stosunek do religii, wiary...

- Religia i wiara to dwie odmienne sprawy. Sam jestem osobą niewierzącą, ale bardzo szanuję ludzi, którzy wierzą i dzięki temu stają się lepsi. Naprawiają siebie, a wiara pozwala im dostrzec wartości humanistyczne otaczającego świata. Wierzę w przyjaźń, wiedzę, naukę, twórczość. To są takie moje "światowidy". Nie mam problemu z wiarą. Jeśli jednak jest zbyt wiele religii, często wolność może być ograniczona.

Słyszysz coraz głośniejszy tupot buciorów faszystów, którzy kroczą ulicami polskich miast?

- Tak, i jestem tym przerażony. Nie potrafię pojąć, dlaczego nikt nie reaguje, dlaczego nie jest nam wstyd? Moim zdaniem wszystkie skrajnie prawicowe organizacje powinny być zdelegalizowane. Nie słyszę o żadnej skrajnej lewicy, która by działała tak, jak działa dziś skrajna prawica w Polsce. Gdy w Centrum Sztuki Współczesnej protestuje grupa ludzi, odmawiając różaniec, blokuje dostęp do dzieł sztuki i rzuca wyzwiskami w kierunku odwiedzających ekspozycję lub gdy widzę prawicowe marsze w stolicy, to naprawdę się boję.

Teraz udostępniam ci Hyde Park. Przez minutę możesz powiedzieć czytelnikom "DF wszystko, na co masz ochotę. Co im powiesz?

- To będzie apel. Chciałbym, żeby ludzie zainwestowali w siebie, żeby korzystali z kultury, a nie tylko z rozrywki. Strasznie mnie boli, że Polacy całkiem zapomnieli, że mieliśmy w naszej historii tak chwalebne czasy, w których kultura i oczytanie były najważniejszymi wartościami. A teraz nie czytamy, nie dyskutujemy, nawet nie potrafimy ze sobą rozmawiać. W 2012 roku 37 proc. Polaków przeczytało przynajmniej jedną książkę, wśród Francuzów ten odsetek wynosi ponad 70 procent. Jeśli chcemy być naprawdę w Europie, musimy to zmienić.

A niby jak?

- Chciałbym, aby wielcy pisarze, aktorzy i twórcy byli wysłuchiwani na przykład na posiedzeniach plenarnych w Sejmie. Żeby w polskim parlamencie mówiono o tym, kto jest laureatem nagrody Nike, a nie o wydarzeniach, które na to nie zasługują. To takie proste.

Jarosław Milewczyk
Dziennik Trybuna
24 maja 2014
Portrety
Michał Pabian

Książka tygodnia

ADAPTACJA. Skrzynka z narzędziami
Akademia Teatralna im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie
Marta Miłoszewska

Trailer tygodnia