Po Krzyku, czyli piosenki Kaczmarskiego raz jeszcze

"Kaczmarski – 4 pory niepokoju" - reż. Robert Talarczyk - Teatr Sewruka w Elblągu

„Paranoja i strach, bowiem tu już nie będzie spokoju" ‒ tym, co prowadzi nas przez spektakl „Kaczmarski. Cztery pory niepokoju" jest właśnie poczucie niepokoju. Przedstawienie z elbląskiego teatru imienia Aleksandra Sewruka wyreżyserowane zostało przez Roberta Talarczyka, który już po raz drugi podjął się stworzenia widowiska teatralnego uplecionego z piosenek Jacka Kaczmarskiego.

Wcześniej, w 2004 roku, niedługo po śmierci barda, powstał „Krzyk" w Chorzowskim Teatrze Rozrywki. Nietrudno odnaleźć wiele podobieństw między obydwoma spektaklami, choć „Krzyk" był zdecydowanie mniej kameralny, angażował dużo więcej aktorów (w Kaczmarskim. Czterech porach niepokoju gra tylko czworo) oraz wykorzystywał najbardziej znane utwory poety.

Godnym uznania jest fakt, że tym razem dobór repertuaru był zdecydowanie mniej oczywisty. Jacek Kaczmarski napisał ponad tysiąc piosenek, z których większość znana jest niestety tylko miłośnikom jego twórczości. Niemal wszyscy słyszeli natomiast „Mury", czy „Obławę". Dlatego sięgnięcie po mniej znane, bardzo zróżnicowane teksty, zdecydowanie należy zaliczyć do zalet przedstawienia.

Równocześnie z grą aktorów, na ekranach, zawieszonych po bokach sceny, pojawiają się zdjęcia, obrazy lub fragmenty nagrań mogące przybliżyć odbiorcy zarówno sylwetkę autora, jak i jego liczne inspiracje. W spektaklu wykorzystano piosenki między innymi nawiązującego do postaci i twórczości Witkacego, filmu Tarkowskiego „Rublow", postaci Katarzyny II, czy scen biblijnych.

Talarczyk żongluje różnymi konwencjami pokazując na jak wiele sposobów można interpretować piosenki tego ponadczasowego autora. Zastanawiam się, co powiedziałby Witkacy widząc swój autoportret w konwencji mogącej skojarzyć się z muzyką typu disco polo. Niewykluczone, żeby mu się podobało.

Zarówno wykonania, jak i inscenizacje niektórych piosenek naprawdę robią wrażenie. Szczególnie zapamiętałam wykonanie „Ja", „Wygnanie z Raju", „Sen Katarzyny II" oraz „Obławę".

Część piosenek wydaje mi się natomiast zbyt narzucająca się i „wykrzyczana". Zbytnie wicie się, wykręcanie kończyn i krzyk przez niemal cały utwór (tak jak to ma miejsce między innymi w Jednym z pięciu głosów z kraju – Modlitwie), nie wzmacniają, a wręcz osłabiają przekaz utworu.

Choć w spektaklu nie przewidziano szczególnych kostiumów, ubrania, które mają na sobie aktorzy są zwyczajne, raczej sportowe, to każdy ma na sobie jakiś czerwony element, co nakłania do różnorodnych interpretacji. Szkoda, że żadna z nich nie jest nawet delikatnie zasugerowana w przedstawieniu. Jedyna kobieta na scenie, Magdalena Fennig, ma czerwone rękawiczki, Sławomir Banaś nosi czerwone skarpetki, Mikołaj Ostrowski ma czerwony kwadrat na koszuli w miejscu serca oraz czerwone sznurowadła, a Marcin Tomasik nosi czerwone opaski na nadgarstkach.

To nie jedyna gra kolorów w tym przedstawieniu. Bardzo ważnym elementem tworzącym klimat poszczególnych scena, są światła zmieniające kolor w zależności od wprowadzanego nastroju. Przy okazji piosenki wygnanie z raju, śpiewanych praz parę aktorów odgrywających w tej chwili pierwszych ludzi, niemal całość intymnego nastroju stworzyło, przyciemnione różowe światło oświetlające aktorów wcielających się w biblijnych Adama i Ewę.

Dosyć skromna, ale pomysłowa scenografia wpasowuje się zarówno do tematu, jak i do formy przedstawienia. Mamy tu zdecydowanie za mało ograne pojazd będący nieco niepokojącym w swej wymowie (i swoją drogą niepraktycznym) połączeniem wózka inwalidzkiego z rowerem, który wykorzystywany jest jako coś w rodzaju pojazdu-rydwanu w bardzo pomysłowej i charakterystycznej scenie aranżującej „Sen Katarzyny II".

Mamy gabloto-szafę, która doskonale zagrała przy „Obławie" i „Zbroi". Na niej stoi mały czarno-biały telewizor, w którym co jakiś czas pojawiają się nagrania Kaczmarskiego. Z głośników słyszymy zaś szeptanie wiersze z ostatniego, wydanego pośmiertnie, tomiku.

Mamy w końcu zwykłe, piętrowe łóżko, świetnie ogrywane przy okazji różnych scen przez wszystkich aktorów, zwłaszcza przez, zwracającego szczególną uwagę, Sławomira Banasia, który swoją energią urozmaicał historię kreowane za pomocą piosenek.

W tym kameralnym otoczeniu teksty Kaczmarskiego wybrzmiewają na nowo. Jest to spektakl, w którym na pierwszy plan wysuwa się ruch sceniczny. To za jego pomocą powstaje nowa, bardzo emocjonalna, choć czasami gubiąca znaczenie interpretacja tego niezapomnianego twórcy.

Wydarzenie prowadzi nas od sceny do sceny (albo raczej od piosenki do piosenki) za pomocą emocji, ruchu scenicznego oraz oczywiście muzyki. Trudno w nim jednak znaleźć jakąś myśl przewodnią, dramaturgię, czy choćby bohaterów, konsekwentnie przeprowadzających nas przez przedstawienie. Powyższe elementy mogłyby zamienić ten zbiór ciekawie zaaranżowanych i bardzo dobrze wykonanych piosenek w przejmujący spektakl.

Talarczykowi należy się podziękowanie za przypominanie autora młodszym pokoleniom. Spektakl zdaje się mieć pewne walory edukacyjne, a także stanowi hołd dla poety, który stał się między innymi bardem „Solidarności".

Szacunek twórców dla poety widać przede wszystkim w ostatniej scenie, kiedy najpierw aktorzy siadają na scenie wpatrując się w ekran, na którym przedstawiono fragment jednego z ostatnich koncertów Jacka, w momencie, w którym stracił głos. Następnie siedząc w kole, aktorzy odgrywają w najbardziej typowej konwencji dla piosenek Kaczmarskiego – przy gitarze, bez dodatkowych aranżacji – piosenkę „Niech". Słowa „I pamiętaj, że dana Ci pamięć, nie kłam sobie a nikt Ci nie skłamie" zdają się wybrzmiewać jeszcze długo po przedstawieniu, jakby sugerując nam, że autor, któremu poświęcono ten utwór był jednym ze strażników pamięci o naszym kraju i świecie i należy go przypominać, aby nie wymazano nam z pamięci naszych „białych plam".

Warto wybrać się na spektakl zarówno jeśli jest się miłośnikiem twórczości Kaczmarskiego, jak i jeśli chce się zapoznać z jego postacią, a także aby zobaczyć ciekawe aranżacje piosenek. Jednak lepiej od razu nastawić się na to, że będzie to raczej inscenizowany i ciekawie wyreżyserowany koncert niż spektakli teatralny (z piosenkami) w najbardziej popularnym znaczeniu tego słowa. Obejrzenie przedstawienia, które przepuściło wysoce intelektualne teksty Jacka Kaczmarskiego przez emocje wychodzące z ruchu ciała, pozwala myśleć o tych utworach w zupełnie nowy sposób, jednak wciąż czekam na spektakl dramatyczno-muzyczny, wykorzystujący dramaturgiczny potencjał piosenek Kaczmarskiego wplecionych w sceniczną historię.

Sylwia Kobuszewska
Dziennik Teatralny Katowice
30 października 2019
Portrety
Robert Talarczyk

Książka tygodnia

Zero zahamowań
Wydawnictwo: Agora
Michał Rusinek

Trailer tygodnia