Po Spotkaniach

Podsumowanie 33. Warszawskich Spotkań Teatralnych

No i jesteśmy po Warszawskich Spotkaniach Teatralnych. Parę uwag:

1. Festiwalowi wyraźnie towarzyszyła atmosfera niechęci ze strony części środowiska. Taka jest cena tego, że Słobodzianek złamał monopol Macieja Nowaka. Zły PR pojawiał się już w zapowiedziach tegorocznej edycji, które opatrywano krytycznymi uwagami. W trakcie festiwalu niektórym wyraźną satysfakcję sprawiał widok niepełnych widowni. Miał być festiwal dla ludzi, tylko ludzie nie dopisali - komentowano zgryźliwie. Ale już się nie pamięta o tym, jak bardzo narzekano podczas poprzednich Spotkań, że nie można się na nie dostać. A nie można było się dostać, ponieważ znaczna część przedstawień grana była dla małych widowni. W zeszłym roku dokładano ekstra jeden spektakl Tęczowej trybuny, bo takie było nim zainteresowanie, tylko ilu było szczęśliwców, którzy mogli go zobaczyć - 100-150 osób? Tegoroczna edycja był o wiele bardziej dostępna. Wszystkie przedstawienia prezentowano w dużych salach, głównie Teatru Dramatycznego, a także Studia i Na Woli oraz jeden w Teatrze Polskim. Być może przesadzono, spodziewając się licznego powrotu publiczności. Może też zabrakło mocniejszej promocji, którą Nowak i jego ekipa jednak umieli rozkręcić. Z pewnością Tadeusz Słobodzianek musi włożyć więcej serca w organizację festiwalu.

2. Niestety problemem tegorocznych WST był brak wybitnych przedstawień. Jacek Rakowiecki jako jedyny selekcjoner dokonał wyboru 14 przedstawień i wyraźnie przesadził. Część spektakli absolutnie nie zasłużyła na zaproszenie, część była po prostu niekonieczna. Na moje oko siedem propozycji to byłaby wystarczająca dawka, która zatarłaby wrażenie, że oglądamy jakąś paradę kalek. Tutaj mała dygresja: czy wiecie, ile przedstawień bierze udział w tym roku w Berliner Theatertreffen, czyli takich Berlińskich Spotkaniach Teatralnych? Dodam, że jest to przegląd najlepszych przedstawień niemieckojęzycznego obszaru językowego, brane są zatem pod uwagę teatry z Niemiec, Austrii i Szwajcarii. Otóż do rozpoczynającej się za chwilę jubileuszowej 50 edycji imprezy zaproszono 10 spektakli - wybranych z 400 premier. Czy Jacek Rakowiecki miał większy od kolegów z Niemiec embarras de richesse?

3. Myślę, że błędem selekcjonera było kierowanie się zasadą reprezentatywności i jakąś dziwną dyplomacją, która miała wszystkich pogodzić. W rezultacie otrzymaliśmy zestaw, który nikogo tak naprawdę nie usatysfakcjonował. Jednym było za mało nowoczesności (Garbaczewski, Garbaczewski!), inni marudzili, że właściwie niewiele się zmieniło w stosunku do poprzednich lat. Oczywiście można w nieskończoność kłócić, czy nie lepiej było pokazać spektakl "Jerry Springer The Opera" Klaty zamiast jego "Tytusa Andronikusa" albo "Courtney Love" Strzępki-Demirskiego zamiast "Położnic". Czy Teatr Wybrzeże w Gdańsku nie zasłużył na zaproszenie? A skoro była (i bardzo słusznie) Pieśń Kozła, to może Teatr ZAR również by wzbogacił program festiwalu o inną barwę teatru? Ale to są kwestie już drugorzędne. Najważniejszą sprawą jest wyciągnięcie wniosków na przyszłość, a z nich wydaje mi się jeden najważniejszy: jeśli WST mają zachować prestiż, to trzeba dbać o bezwzględną wartość artystyczną zapraszanych przedstawień. Tu nie może być zgniłych kompromisów. Skoro festiwal wrócił do Teatru Dramatycznego, to może należy wskrzesić dawną tradycję i niech to będzie ponownie bardzo elitarny przegląd, nawet ograniczony do 5-7 przedstawień, choć liczba ta powinna wynikać po prostu z jakości propozycji w danym sezonie. Festiwali w Polsce jest bez liku, do Warszawy trafiają też różne spektakle na gościnne występy (ostatnio Teatr IMKA udostępnia na nie swoją scenę). Spotkania niech będą czymś absolutnie wyjątkowym. I nie chodzi o jakąś stołeczną wyniosłość czy protekcjonalizm, ale próbę tworzenia hierarchii, bez której sztuka staje się jeszcze jednym supermarketem, oferującym mnogość towarów na każdą kieszeń.

4. Może też jakąś propozycją dla WST byłoby zapraszanie przedstawień polskich twórców, zrealizowanych za granicą? Tego właściwie nie robi żaden krajowy festiwal.

5. Co mi się najbardziej podobało na 33. WST? Spektakl, o którym już pisałem - "Pieśni Leara" [na zdjęciu]. Był, moim zdaniem, poza konkurencją. Co sprawiło największy zawód? "12 stacji" w reż. Mikołaja Grabowskiego z Teatru im. Kochanowskiego w Opolu, "Wiśniowy sad" w reż. Pawła Łysaka z Teatru Polskiego w Bydgoszczy, "Tytus Andronikus" w reż. Jana Klaty z Teatru Polskiego we Wrocławiu. Ale najbardziej rozczarował, co mnie ogromnie smuci, ponieważ cenię twórczość tego reżysera: "Frankenstein" Wojciecha Kościelniaka z Teatru Capitol. Przykro było patrzeć na martwą reakcję widowni, która kompletnie nie kupowała tym razem niestety nudnej, mało śmiesznej zabawy konwencjami, w której Kościelniak się wyspecjalizował.

6. Zwykle po Warszawskich Spotkaniach Teatralnych pojawiało się standardowe pytanie: czy to jest prawdziwy obraz polskiego teatru? Trzeba stwierdzić, że w rozmaitych słabościach niestety tak. Ale wiemy o nich i tak wystarczająco dużo na co dzień. Wolę, żebyśmy po Spotkaniach mówili, że nie pokazują prawdy o naszym teatrze, bo są świętem tego, co jest w nim najlepsze.

Wojciech Majcherek
wojciech-majcherek.blog.onet.pl
4 maja 2013

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia