Pod zimnym księżycem

"Sen nocy letniej" - reż. Marián Pecko - Teatr Lalek Banialuka im. Jerzego Zitzmana w Bielsku-Białej

Przypływy i odpływy, pożądanie i odpychanie to naturalna kolej rzeczy i motor wszechświata - przekonuje szekspirowski spektakl Mariána Pecki.

Z widowni na proscenium wchodzi mężczyzna w za luźnym garniturze. W ręce trzyma kij zakończony główką kozła. Uderza nim w podłogę jak tyrsem i zapowiada przedstawienie. Z ciemności reflektory wydobywają niewielkich rozmiarów przekrojowy model Szekspirowskiego The Globe. Zanim ożyje, zaludniony przez czterdziestocentymetrowe marionetki, na scenę wpada para aktorów, chichoczących, usiłujących dotknąć się, wyraźnie zalecających się do siebie. Za moment rozpocznie się szalony, dionizyjski korowód. Sceniczna przestrzeń długo jest zasłonięta i wszystko dzieje się na proscenium - nie tak łatwo wejrzeć w świat leśnych duchów. A może lepiej tam nie zaglądać, bo nie mieszkają tam wcale urokliwe, psotne duszki. To raczej miejsce, gdzie nocne mary "suną zwiewnie i cmentarnie". Puk (Włodzimierz Pohl) i Elfka (Katarzyna Pohl) niby bawią się i psocą, ale to ciężka służba, o czym świadczy zniecierpliwienie i ciężki krok Elfki, gdy idzie wypełniać kolejne polecenia swej królowej.

Zanim to nastąpi, mężczyzna - Filostrat (Ryszard Sypniewski) rozdziela role, rozdając aktorom lalki, które z demonstracyjną niechęcią w końcu przyjmują z jego ręki. Uruchamia ciąg wydarzeń. Ten motyw ostentacyjnego wobec widzów przyjmowania pewnej postawy, wchodzenia w rolę w momencie zetknięcia się z lalką, powtarza się w spektaklu wielokrotnie. Wszystkie zmiany marionetek na pacynki, planu żywego w lalkowy i odwrotnie dzieją się również na oczach widzów. Słowacki reżyser Marián Pecko, od lat pracujący w Polsce, lubi pokazywać, że jesteśmy w teatrze. Nie pierwszy raz pozbawia swoje przedstawienie iluzji, używając metateatralnego języka, żeby wspomnieć tylko opolską "Iwonę, księżniczkę Burgunda". Tu uzyskuje szczególnie interesujący efekt, jako że integralną częścią wziętej na warsztat sztuki jest przecież świat magii, duchów, czarów - iluzji jednym słowem. Zresztą spektakl zaczyna się jakby kilka razy, odsłaniając kolejne piętra znaczeń. Antyczna grecka tragedia, teatr elżbietański, chwyty amatorskiego teatrzyku, estrady i kabaretu układają się w uzupełniający się ciąg. Wszystko jest połączone i przemieszane. Sztuka od zawsze w różny sposób usiłuje pokazać uwodzenie, miłość, erotyzm, pożądanie i ma z tym kłopot, bo to wszystko jest grą, sztuką właśnie, co lepiej oddałaby wieloznaczność angielskiego słowa "play". Widz otrzymuje również kilka zakończeń - można powiedzieć, że Tytania (Lucyna Sypniewska) z Oberonem (Piotr Tomaszewski) i Puk z Elfką kilkakrotnie bisują - ale ten estradowy chwyt wcale nie razi. Wśród zakończeń są złowieszcze i żartobliwe, dziejące się wewnątrz scenicznego świata i skierowane wprost do widzów. Nie nużą i chce się je oglądać jeszcze i jeszcze.

Ruja. To może ciut za mocne słowo, żeby określić przedstawienie jednym słowem. Ale gonitwa. Od tego zaczyna się akcja. I trwa - nieustający, nerwowy pospieszny ruch, dreptanie, podbieganie, umykanie, aktorów i lalek. Nie wiadomo, czy o tym myślał reżyser i jak to się mówi po słowacku, ale "goni się" suka, poddając się naturze, biologicznemu cyklowi. Instynkt sprawia, że goni ją samiec. I o tym jest ten spektakl - że więcej w nas zwierzęcia niż homo sapiens. Czy warto zaprzeczać, czy lepiej się temu poddać, jak Tytania zaznająca erotycznego spełnienia i zarazem oczyszczenia, gdy zniewoliła osła? Psie węszenie i dyszenie, powarkiwanie i grzebanie w piasku, kocie pomrukiwania i miękkość ruchów, zadziorność i łaszenie się. Z jednej strony ten arsenał komicznych środków wiedzie Helenę (Małgorzata Bulska), Hermię (Marta Marzęcka), Lizandra (Konrad Ignatowski) i Demetriusza (Ziemowit Ptaszkowski) w stronę groteskowego przerysowania, z drugiej w stronę ciemnych i nieco groźnych, sadomasochistycznych zależności. Ludźmi i duchami rządzą "trwałe reguły nieporządku", właśnie owa przywołana na początku dionizyjskość, nieprzewidywalna logika płci.

Kluczowy dla zrozumienia sensu spektaklu jest monolog Tytanii, który aktorka kieruje wprost do widowni. Jedyny w tonie tak serio. "Smutno płynie zima, księżyc smaga świat deszczem, pory roku przybrały się w nie swoje szaty" - mówi. Jeśli to sen, to raczej nocy zimowej. Przypływy i odpływy, pożądanie i odpychanie to naturalna kolej rzeczy i motor wszechświata. "Te biedy przez nasze waśnie" - ocenia królowa elfów, duchy i ludzie podlegają tym samym prawom natury i wpływom "zimnego księżyca" oraz ślepego Kupidyna. Falliczna symbolika wód zalewających świat, którymi rządzi srebrna planeta, wydaje się oczywista. Wezbrane wody, wezbrane pożądanie. Nieczuła na cierpienia, odwieczna machina natury ani myśli się zatrzymać. Erotyczną duszę świata uwypuklają też znakomite i zróżnicowane kostiumy. W świecie elfów takie same dla aktorów i lalek. Tytania paraduje po lesie rozchełstana, w czerwono-czarnej bieliźnie, nonszalancko przykrytej czerwonym płaszczem, z niedbale upiętymi włosami, jakby właśnie wstała z łóżka. Oberon w atłasowym płaszczu i spodniach nosi strój ni to królewski, ni to prosto z buduaru. W czarne skóry - długie płaszcze powiewające i łopoczące podczas tańców i gimnastyczno-kabaretowych, naładowanych erotyzmem wygibasów - odziani są Puk i Elfka. Kulturowo przypisane role ulegają zatarciu. Ona nosi obcisłe lateksowe spodnie i cylinder, on sznurowany gorset i tatuaż na pół głowy. Wymienność, maskarada płci.

W świecie ateńskim lalki noszą elżbietańskie pludry, krynoliny i kryzy, a w żywym planie prezentują lekko znoszoną elegancję w szaro-granatowo-czarnej tonacji. Z tych grzecznych mundurków, zwłaszcza "ateńskiej młodzieży", wyziera jednak raz po raz coś dwuznacznego: a to rękawiczki-kabaretki, a to ledwo zakrywająca pupę spódniczka, a to rajstopy w wyzywający wzór, a to muszka na gołej szyi, a to frak niby skromnie, a w rzeczywistości prowokacyjnie noszony przez kobietę. Pseudoelegancję w tej samej kolorystycznej tonacji przedstawiają ubrania trupy rzemieślników, którzy sztukę na cześć władców wystawiają w konwencji parawanowego teatrzyku kukiełek. Lalki z ich Śmierci Pyrama i Tyzbe, brzydkie, jakby przypadkowe i wszystkie męskiego rodzaju, to wyraz nostalgicznej tęsknoty za teatrem najprostszym, umownym, podwórkowym. Znakomicie korespondują z umysłową "słabością" swoich animatorów.

Swoisty rytm nadają spektaklowi piosenki śpiewane prze Elfkę i Puka, solo i w duecie, zapowiadające i komentujące wydarzenia. Świetna muzyka z nutą "elżbietańskości" wpada w ucho. Teksty Szekspira podawane po angielsku, niekiedy celowo zniekształcane efektami dźwiękowymi, nie muszą być nawet do końca zrozumiałe, choć czasem, zwłaszcza w finale, przydaje się równoległa ich recytacja po polsku. Wraz z podnoszącymi się z ziemi mgłami świetnie podbijają aurę niezwykłości i teatralności. Teatralną urodą zachwyca zresztą wiele scen. Na przykład, gdy skorym do rozlewu krwi rywalom Puk myli tropy, sypie piaskiem w oczy, odpycha, usypia. Aktorzy nie mogą dosięgnąć jeden drugiego przez rozpostarte poły jego płaszcza, a lalki tkwią na jego ramionach jak na parawanie. Wyjmuje im lalki z rąk, jednocześnie okręcając i wypychając aktorów w kulisy.

Przedstawienie jest precyzyjnie skonstruowane. Plan żywy i trzy plany lalkowe uzupełniają się wzajemnie. Aktorzy do gwałtowności reakcji pacynek czy dostojności marionetek dodają własną mimikę, drobne, charakterystyczne gesty, natręctwa. Równie precyzyjnie zmieniają się miejsca gry: wydobywane światłem, ciepłym w barwie lub zimnym - niebiesko-zieloną księżycową poświatą. Scenografia jest niezwykle funkcjonalna i wyraźnie określa relacje między postaciami. Gdy rozsunie się wreszcie kurtyna, centralne miejsce zajmuje rodzaj szklanego akwarium - to podmiejski las w miniaturze, tam odbywają się gonitwy trawionych miłosną gorączką par. Aktorzy wkładają w nie ręce z pacynkami, stojąc poniżej, tyłem do widowni. To, co przeżywają w zamknięciu bohaterowie, odbija się w mowie ludzkich ciał. Za akwarium wznosi się niewidoczny podest, do którego z dwóch stron wiodą schody. Po nim poruszają się Tytania i Oberon, od góry wkładając sporych rozmiarów marionetki. Czasem zjawia się tam wszędobylski Puk. Ale jego miejsce to leśny pieniek czy może pochyła estradka, która powstała z rozmontowanego przez Elfkę Szekspirowskiego teatru, który, podnoszony w górę, ukazuje wymalowany wizerunek Stradfordczyka. To bardzo klimatyczny pomysł, a przy tym pozwalający spiąć widowisko ciekawą klamrą. Pod koniec model zjeżdża ponownie, by z jego krużganków weselnicy oglądali, żywo komentując, przezabawne przedstawienie ateńskich majstrów. Sam Szekspir - pozostaje w magicznym lesie.

Wielość środków wyrazu mogłaby stworzyć wrażenie chaosu i przeładowania, wszystkie jednak mają uzasadnienie i swoją funkcję w spektaklu. Słowa uznania dla reżysera i całego zespołu twórców.

Magdalena Legendź
Teatr - pismo
7 sierpnia 2013

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...