Poeta ze Złotym Berłem

Tadeusz Różewicz, laureat nagrody Fundacji Kultury Polskiej, specjalnie dla czytelników 'Rzeczpospolitej' układa kanon niezbędnych lektur.
Rz: Pana wiersze wskazują, że na bieżąco śledzi pan współczesne media, a mimo to unika udzielania wywiadów. Dlaczego? Tadeusz Różewicz : Bo mówienie nie jest tożsame zmyśleniem. Myślenie odbywa się w ciszy, bez zbędnych słów. Otrzymał pan Złote Berło, symbol władzy. Czy poeci w dzisiejszych czasach sprawują jeszcze rząd dusz? Ta epoka minęła bezpowrotnie. Najważniejsze, że o poetach nie myśli się tak źle jak w czasach Platona, który mówił o konieczności wygnania ich z miasta, ponieważ piszą nieprawdę - chociaż sam był wielkim poetą. A co można zrobić z berłem? Czasem potrzebny jest kij, ale trzeba umieć się nim posługiwać. Do czego może być potrzebny kij? Wyczuwam taką atmosferę wokół ludzi starszych, że mogą się oni poczuć obciążeniem dla społeczeństwa. Mówi się, że przez nas populacja jest za stara, że wszystko zawdzięczamy młodym, choć często jest na odwrót. Na szczęście, my z pokolenia Kolumbów, nie jesteśmy ulepieni z tak słabej gliny, żeby przepraszać za to, że jeszcze żyjemy. Pocieszam się też czytaniem 'Listu do osób w podeszłym wieku' Jana Pawła II. Jest w nim dużo ciekawych i praktycznych uwag. Powinien być wprowadzony do liceów jako podręcznik. Jakie lektury by pan jeszcze polecił? Dziś czyta się literaturę współczesną, czyli z ubiegłego tygodnia. Z zeszłego miesiąca uważana jest już za starocie. A moją lekturą są na przykład niemieckie złote myśli z początku XX wieku. Przytoczę jedną z nich: 'Kiedy dowiaduję się, że wychodzi nowa książka, zabieram się do czytania starej'. W moim przypadku są to opowiadania Tomasza Manna, 'Kroniki' Prusa, 'Archiwum Filomatów i Filaretów'. Ciekawe uwagi na temat lektur miał Jerzy Giedroyc w ostatnim wywiadzie udzielonym 'Zeszytom Literackim'. Czytał tylko Rosjan i to w oryginale: Dostojewskiego, Mandelsztama. A z pisarzy polskich -Żeromskiego. 'Zbrodnię i karę' przeczytałem w 1940 r., a Żeromski był moim nauczycielem. Zaczerpnąłem od niego tytuł debiutanckiego tomu 'Echa leśne' w 1944 r. napisanego na rozkaz mojego dowódcy w partyzantce. Powiedział: słuchajcie podchorąży, trzeba jakąś historię stworzyć, która by pokrzepiła żołnierzy. W tomie zawarłem cytaty ze Słowackiego i innych romantyków. Patos łączył się z grubym, razowym humorem, bo bez tego 'Echa' nie byłyby w ogóle czytane przez żołnierzy. Kogo by pan dodał do listy Giedroycia? Antoniego Czechowa, który jest dla mnie pisarzem jedynym w swoim rodzaju. Przeczytałem niedawno jego 'Sachalin', w Polsce prawie nieznany. U Czechowa znajduję umiejętność zachwycania się życiem zupełnie jak u nastoletniego chłopca. Wydawałaby się infantylną, a właśnie że nie: to zaleta, która niezwykle rzadko zdarza się u znawców. Bo jak ktoś bardzo dobrze i wnikliwie pozna rzecz - nieczęsto się zachwyca. Kiedy dojrzeje pokolenie wychowane na Harrym Potterze, będzie ktoś jeszcze o Czechowie pamiętał? Gdyby Koziołek Matołek miał takich sponsorów i protektorów jak Harry Potter, to by z nim zwyciężył! I wcale nie przemawia przeze mnie lokalny patriotyzm. W 'Koziołku' jest mniej cudów, ale za to więcej wdzięku. Harry Potter jest za bardzo czarodziejski. Czytał go pan? Oczywiście, żeby wiedzieć, co to jest. Nie całego, ale nie trzeba czytać ośmiuset stron, żeby poczuć smak literatury. I powinno się ten nowy smak znać. A jak smakuje panu 'Kod Leonarda da Vinci'? Nie przeczytałem go z premedytacją. Niektóre książki mnie odrzucają, również dlatego, że jestem historykiem sztuki. Lubię rzetelną relację z danej epoki, anie pomieszanie kryminału z pseudowiedzą. Obawia się pan, że poczynił w świadomości niewykształconych czytelników nieodwracalne spustoszenia? Mam na to receptę. W każdym domu powinna być biblioteczka z klasykami. Na pewno z 'Odyseją' Homera, z Puszkinem i Mickiewiczem. Ajuż 'Pan Tadeusz' jest niezbędny jak apteczka. Czytam go co kilka lat. Zawsze inaczej - jako bajkę, dramat, pełną wdzięku gawędę o robieniu bigosu i parzeniu kawy, albo wspomnienie dziecka, które widzi nasze wojska idące z Napoleonem. Powrót skostniałych niedobitków, zdradzonych przez Bonapartego powinniśmy znać z 'Trzy po trzy' Fredry. Zamiast czytać nowe pozycje, woli pan wracać do już znanych? Chciałbym mieć przed sobą jeszcze dwadzieścia lat! Żałuję, że nie jestem młodszy, bo brakuje mi czasu na lektury. Trzeba się ciągle uczyć, poznawać świat. Ile jeszcze można się dowiedzieć! W wakacje przeczytałem w'Rzeczpospolitej' rewelacyjną rozmowę z profesorem Aleksandrem Wolszczanem. Mówi się, że poeta tylko patrzy w gwiazdy. A ja chcę zrozumieć, co to są gwiazdy i planety? Dlaczego wszechświat się kurczy albo się rozszerza? Oczywiście, moją ojczyzną jest literatura i tak zwane sztuki piękne, które brzydną na naszych oczach, ale astronomia, astrologia, genetyka - to są dziedziny, które chciałbym zgłębiać. Nie mogę powiedzieć, że zmarnowałem się w poezji, ale filozofia wciąż czeka na mnie, tak jak teologia. Wydawałoby się, że wszystko już raz na zawsze zostało ustalone. Nieprawda. Wszystko jest w ruchu. Dlatego wraca pan do starych wierszy, poprawia je, a w nowych tomach publikuje pokreślone rękopisy, odsłaniając kulisy poetyckiej roboty, której nie ma końca? W'Historii pięciu wierszy' opublikowałem od kilku do 10 wersji brulionu. Ale czasem jest ich 20. Wtedy z jednego utworu robi mi się książeczka. Bywa tak, że jakieś słowo zaczyna mnie uwierać po 50 latach. Dosłownie. Czuję się, jakbym miał kamyk w bucie albo drzazgę za paznokciem. W związku z tym, że pierwodruki są ogólnodostępne w bibliotekach i księgarniach, mam prawo wiersz sprzed kilku dekad poprawić. Mówię o stronie artystycznej, a nie politycznej czy społecznej. Skreślam niepotrzebne przymiotniki, przestawiam słowa. Pamiętam wieloletnią walkę z kwiatami w jednym z utworów: w pierwszej wersji napisałem lawenda, w drugiej - rezeda. Po rezeda latach wróciłem do lawendy. A jak powstają pana wiersze? Wielu moich kolegów zarywa noce, ja jestem pracownikiem dziennym. Najlepsze do pisania są godziny między ósmą a dwunastą. Naturalne światło jest też najlepszym egzaminatorem moich wierszy. Najczęściej egzaminowałem je w samo południe. Albo otwierałem tomiki nagle, na przykład podczas posiłku i sprawdzałem, czy wytrzymują próbę czasu. Po dwunastej jestem już tylko zdolny do czytania gazet. Dawniej chodziłem do kina, teraz trochę patrzę na telewizję. O szóstej rano wstaję wyjątkowo latem. To była godzina pobudki w partyzantce. Pamiętam do dziś słowa piosenki: 'Ja już trąbie od godziny, a wy śpita... takie syny!'. Poeta zaczyna radośnie, w świetle, w ogrodzie pełnym nadziei. A jak kończy? Nie wiem... Pierwszym laureatem był Giedroyc. Złote Berło to najwyższa krajowa nagroda (110 tys. zł) przyznawana twórcom przez Fundację Kultury Polskiej od 1999 r. Tadeusz Różewicz otrzymał ją wczoraj w Teatrze Narodowym za 'całokształt twórczości poetyckiej, dramatopisarskiej i prozatorskiej, cechującej się nieporównaną, obezwładniającą prostotą wyrazu artystycznego oraz nieubłaganą, moralistyczną dociekliwością, która oczyszcza naszą wrażliwość z tego wszystkiego, co ją przygłusza, stępia i rutynizuje'. Laureat powiedział 'Rz' o wyróżnieniu: - Przyjąłem Złote Berło, bo przede mną - i jako pierwszy - otrzymał je Jerzy Giedroyc. Czuję, jakbym przejął po nim pałeczkę w sztafecie. Spotkaliśmy się w paryskiej siedzibie 'Kultury' wiosną 1957 r., czyli w czasach, kiedy bardziej prawdopodobne było dla mnie istnienie księżyca niż stolicy Francji. Takiego zachwytu nie wywołało już potem we mnie żadne miasto. Rozmawialiśmy wówczas o publikacji dużego wyboru wierszy Czesława Miłosza w krakowskimWydawnictwie Literackim. Do wydania oczywiście nie doszło. To było moje jedyne spotkanie z Giedroyciem. Tym większa była moja radość i satysfakcja, gdy po latach dostałem z Paryża informację, że Redaktor postanowił mi przyznać Nagrodę 'Kultury' za rok 1999 r. za całokształt. Wybierałem się na uroczystość. Zbyt długo. Odszedł. Zdążyłem tylko wysłać książkę z dedykacją, która brzmiała mniej więcej tak: Jerzemu Giedroyciowi, jednemu z nielicznych Polaków, którzy byli mądrzy nie tylko po szkodzie, ale i przed szkodą. Przywilejem zdobywcy Złotego Berła jest wytypowanie młodego laureata nagrody (11 tys. zł). Tadeusz Różewicz wskazał Tadeusza Dąbrowskiego (1979), redaktora dwumiesięcznika 'Topos', autora m.in. tomów ' e-mail' i 'Mazurek'. - Jest poetą, świetnie wykształconym młodym człowiekiem - uważa Różewicz. - Dostanie małe berło, ale może kiedyś zamieni je na wielkie. Fundatorem nagród jest Bank Millennium.
Jacek Cieslak
Rzeczpospolita
27 listopada 2006

Książka tygodnia

Kantor Nie/Obecność
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Katarzyna Fazan

Trailer tygodnia

Nastazja wychodzi za mąż
Krzysztof Babicki
Kameralny spektakl o namiętnościach n...