Pokaz sztucznych ogni

" Woyzeck" - reż. Mariusz Grzegorzek - Narodowy Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie

„Woyzeck" w reżyserii Mariusza Grzegorzka budził sprzeczne uczucia od momentu premiery – nic dziwnego, skoro spektakl popada w skrajności. Sceny o niezwykłym pięknie i głębi towarzyszą scenom pustym, zrealizowanym bez polotu lub po prostu bezsensownym. Wizja artystyczna jest co rusz wypierana przez kicz. Niespójny spektakl-patchwork może być skutkiem eksperymentów twórczych, ale ten argument przestaje być wytłumaczeniem w przypadku tak doświadczonego reżysera. A na pewno nie tłumaczy otumanienia świecidełkami, błyskotkami i innymi atrakcjami.

Grzegorzek przed premierą skrytykował tradycyjne inscenizacje oraz ekranizacje dramatu Georga Büchnera, opowiadającego o szeregowcu poddanemu eksperymentom behawioralnym i stopniowo doprowadzonym do szaleństwa, a w finale – do zamordowania swojej niewiernej kochanki. Reżyser przeniósł akcję z austriackiego miasteczka do szpitala dla obłąkanych, udosławniając obłęd ukryty za maską normalności garnizonowego miasta. Jeszcze jedną z innowacji jest wprowadzenie klamry kompozycyjnej – Obłąkany Karol w paroksyzmach recytuje dziecięcą rymowankę o sroczce-kucharce karmiącej potomstwo, ale czasem dzieciobójczyni. Karol jest również odczłowieczonym obiektem pokazu cyrkowego. Szarlatan, czyli czarodziej przyodziany w błyszczący i jarzący się neonowymi światełkami strój, pelerynę, okulary oraz tiarę, zachwyca się umiejętnościami tego niezwykłego zwierzęcia. Te przykłady modyfikacji oryginału ukazują, jakimi ścieżkami biegły myśli Grzegorzka, kiedy pracował nad tekstem. Z paroksyzmów, ze scen-atrakcji stworzył opowieść o tym, że wszyscy bohaterowie mogliby z powodzeniem wystąpić w „Dziwolągach" Toda Browninga – może poza Woyzeckiem i Marią, których szaleństwo wydaje się desperacką reakcją jednostek naturalnie reagujących na aberracje otoczenia społecznego.

Na tle z obrusów, firan i prześcieradeł rozgrywa się spektakl akustyczny – wzmocnione przez mikrofony zamontowane pod podłogą dźwięki kroków, przesuwanych rekwizytów i upadających ciał tworzą wyjątkowo niepokojącą fonosferę, poddaną subiektywizacji. Grzegorzek nie byłby jednak sobą, gdyby do swojego dzieła nie dodał kilku szlagierów, może funkcjonalnych narracyjnie, ale odbierających spektaklowi mocy psychicznego dręczenia nie tylko postaci, ale i widza, który szybko obojętnieje na kolejne pomysły. Spektakl wytraca siłę krytyczną, lecz także emocjonalną gęstość. Jedynym naprawdę godnym uwagi elementem przedstawienia staje się jego główny bohater. Woyzeck Wiktora Logi-Skarczewskiego jest spektaklem samym w sobie, przyćmiewającym inne role układające się w kalejdoskopowy pokaz talentów (a szkoda, bo Maria w wykonaniu Marty Nieradkiewicz ma potencjał niewykorzystany przez reżysera). Jego ciało z rozedrganymi mięśniami pod napiętą skórą wyraża to, czego nie udało się Grzegorzkowi. W swej ascetycznej anatomiczności, surowej biologii tak sugestywnej, że aż performatywnej, staje się idealnym obiektem tortur – gdyby Grzegorzek nie sabotował jego wymownej obecności, spektakl bez wątpienia nabrałby klarowności potrzebnej do odpowiedzi na pytanie unde malum?

Scena z lekarzem krzyżującym w powietrzu Woyzecka należy do najbardziej okrutnych, a zarazem poetyckich. Jej prosta sugestywność i odczytana na nowo symbolika w przykry sposób uświadamiają widzowi, czym mógł być ten spektakl, zanim na scenę nie wkroczył przypominający swojego Szarlatana Grzegorzek – z rozbuchanymi ambicjami i z jeszcze bardziej rozbuchanym brakiem umiaru, niepotrafiący zatrzymać wprawionej w ruch cyrkowej maszynerii z nieznośnie dłużącym się finałem. Dodany na koniec utwór Morrisseya – jak piosenki Babybird w „Królowej Aniołów" – pokazuje nie tylko pójście na łatwiznę jeśli chodzi o budowanie płaszczyzny emocjonalnej. Pokazuje także, że reżyser zdecydował się na nieodpowiednią bajkę o sroczce dla spuentowania swojego spektaklu. Grzegorzek niczym sroka-złodziejka wodzi wzrokiem za tym, co błyszczy – zwykle jednak są to sztuczne ognie.

Marta Stańczyk
Dziennik Teatralny Kraków
29 listopada 2014

Książka tygodnia

Wszystkie nasze lalki
Muzeum Archeologiczne i Etnograficzne w Łodzi
Honorata Sych

Trailer tygodnia