Pokolenie Peweksu

"Utopia będzie zaraz" - reż: Michał Zadara - Narodowy Teatr Stary w Krakowie

"Utopia będzie zaraz" Michała Zadary w Teatrze Starym to wyznanie generacji, która nie miała się przeciwko czemu zbuntować i lata rewolucji politycznej wspomina jako ciąg wstydliwych, niedojrzałych dylematów

Czy to jest dobry pamiętnik? Czy to są właściwe wspomnienia? Palenie rakiety tenisowej nad gazem, podróż do dziewczyny z północy, dramat zbyt szerokich nogawek w niemodnych spodniach. Czy wolno to tak pamiętać? W przywołanej przez zespół Starego Teatru wizji lat 80. nie ma Wałęsy ani papieża. Wielkie zmiany polityczne są przytłumione przez tragedie tak fundamentalne, jak "on na mnie nie spojrzał", "nie puścili mojej piosenki na imprezie", "nie dostałem gitary pod choinkę". "Odwaga cywilna" czy "wolność" to hasła, którymi można szantażować rodziców i nauczycieli.

Michał Zadara odbył ze swoimi aktorami podróż do okresu, którego zwykle wolimy nie pamiętać. Do zakompleksionych "-nastu lat", gdy niemal każdy był we własnym mniemaniu najbrzydszy i najnudniejszy, ale też najbardziej wyjątkowy i zbuntowany. Z tym że dla pokolenia urodzonych w latach 70. i 80. koniec dzieciństwa to jednocześnie koniec systemu. Nadchodząca wolność zbiegła się w ich biografiach z wyzwoleniem spod władzy dorosłych. Naturalnie, jakby zgodnie z jakimś metafizycznym planem dziejowym spod znaku Fukuyamy czy Hegla, historia się skończyła. Bunt się zdezaktualizował. Nastał wszechobecny Pewex. Jednak dla kogoś, kto właśnie kończy podstawówkę, wszelkie rewolucje zapadają w pamięć jako wynik tajemniczych "winds of changes", a nie konkretnych posunięć politycznych. Nic więc dziwnego, że Zadara wprowadza do zmontowanego z piosenek i z osobistych wspomnień spektaklu "Księgi narodu polskiego" Mickiewicza. Romantyczna historiozofia, legenda o narodzie, który po prostu musiał stać się odkupicielem zepsutej Europy, brzmi niewiele bardziej dojrzale niż marzenia z przeboju Urszuli: "Wszystko będzie takie nowe i takie pierwsze...". Poprzebierani za punków aktorzy słuchają Jana Peszka recytującego mesjanistyczną broszurę wieszcza, jak zakazanej piosenki czy płyty z Londynu. Zgromadzeni w przestrzeni przerobionej na salon fryzjerski z tamtych czasów, oparci o porozrzucane po scenie instrumenty trwają oczarowani. Peszek, który przez pierwszą połowę spektaklu snuł się we fryzjerskim fartuchu między młodymi gniewnymi, przejmuje rząd dusz. Przemawia, gromi, wspina się ku powieszonym u pułapu paprotkom, wychwala Kolumba, wygraża wszetecznej Katarzynie Wielkiej, rozrysowuje schematy rozwoju dziejów. Przerywa, dopiero gdy okazuje się, że dzieciaki po cichu się rozpierzchły, scenografię zdemontowano, a techniczni wzywają go za kulisy. 

Gombrowicz natrząsał się w "Ferdydurke" ze Słowackiego. Zadara w swoje bezgrzeszne lata wmontowuje Mickiewicza. Zebrał odpowiednią rekwizytornię, wybrał muzykę, stroje, przygotował odpowiednią scenerię. Staroświecki salon fryzjerski to świetna metafora sytuacji dzisiejszych trzydziestolatków, którym groźne punkowe fryzury trefili poczciwi staruszkowie, a gitary, glany i dżinsowe koszule kupowali na Gwiazdkę rodzice. Nawet podejmowane co chwilę próby muzyczne odbywają się pod kierunkiem sfrustrowanej "pani z domu kultury" (Anna Radwan-Gancarczyk). Nie ma Gdańska. Jest Jarocin. Nie ma nostalgii za PRL, ale szczere wyznanie generacji, która przyznaje - niewiele z tego wszystkiego rozumieliśmy i w sumie grzeczne z nas były dzieciaki. Zamiast wspomnień o pierwszej "działce" czy joincie mają w pamiętnikach zanotowaną "drugą kawę". Organizując prywatki, dziwili się, że goście nie przyszli w kapciach. Z domu uciekali na dwie godziny. Porzucone przez "starszych punków" puste strzykawki czcili jak relikwie. Krzysztof Zawadzki o twarzy Jamesa Deana długo wygłasza buntowniczy monolog do znienawidzonych kolegów i nauczycieli. Kończy jednak słowami: "Nigdy tego nie powiedziałem. Jestem tchórzem. Dobrym chłopcem".

Bohaterowie Zadary są o kilka lat młodsi od postaci z filmu "Wszystko, co kocham" Jacka Borcucha. Dlatego ich historie nie mogą być oparte na szekspirowskim schemacie, nie mogły być aż tak naznaczone przez wielką politykę. Ich pamiętniki nie są dobre. Są nudne, tandetne, żałosne. Spektakl sam chwilami ciąży w tym kierunku, stając się ciągiem nieciekawych, banalnych opowiastek wygłaszanych z przerysowanym zażenowaniem. Ale opowiastek nigdy jeszcze niewypowiedzianych i rzucających zupełnie nowe spojrzenie na generację, która wydała i Blechacza, i Masłowską, i "Krytykę Polityczną".

Joanna Derkaczew
Gazeta Wyborcza
19 stycznia 2010

Książka tygodnia

Trojanki Jana Klaty
Wydawnictwo Universitas
Olga Śmiechowicz

Trailer tygodnia