Poławiacze pereł

23. Międzynarodowy Festiwal Sztuki Lalkarskiej w Bielsku Białej

Tegoroczny Festiwal sztuki lalkarskiej nie podarował nam klejnotu, olśniewającego, jednoznacznie wspaniałego, na którego widok wszyscy zgodnym chórem wydaliby okrzyk zachwytu. Pozwolił jednak na wyłowienie wielu perełek, które nanizane na nitkę, stworzyły olśniewający naszyjnik.

Zdobywca Grand Prix festiwalu Figurentheater Wilde & Vogel w spektaklu „Spleen. Charles Baudelaire: poematy prozą” oczarował animacją marionetek i grą z maską. Łatwo było rozdzielić byty lalkarza i lalki, dać się uwieść magii lalkarstwa. Trudno jednak powiedzieć o tym spektaklu: wspaniały. Zachwyt nad perfekcyjną animacją to za mało. Przedstawienie wydaje się być pozbawione treści. Poraża ilością środków. Mamy tu do czynienia zarówno z animacja, jak i kreacją aktorską, muzyką na żywo i tekstem pojawiającym się w tle, a czytanym przez dzieci. Trudno to wszystko ogarnąć tak, by stało się koherentną całością. Ten nadmiar formy przytłacza i znieczula wrażliwość. Gdy powoli elementy spektaklu zaczynają układać się z całość, budując fabułę i ewokując emocje, gwałtowna muzyka brutalnie przerywa ten magiczny proces i znowu jesteśmy w punkcie wyjścia. Ratujemy się więc smakowaniem animacji. W tej dziedzinie Michael Vogel niemal nie ma konkurencji. I jako, że to festiwal sztuki lalkarskiej pozostaje nam mieć nadzieję, że jury profesjonalne oraz młodych krytyków doceniło właśnie niemajacą sobie równych animację. 

Trzeba jednak przyznać, że w kunszcie lalkarskim Władimir Zacharow z Rosji nie odstaje od Vogela, choć jego kameralne, proste w treści przedstawienie nie budziło takich skrajnych emocji. Historia jednej lalki płynęła swoim spokojnym rytmem. Lalkarz na naszych oczach kreował rzeczywistość; wystarczyło ubrać palce w maleńkie buciki, by ruszyła machina wyobraźni. Daliśmy się uwieść maleńkiej, zrobotyzowanej laleczce. Wraz z nią przeżywaliśmy ponadczasową historię miłosną. I choć młodsze pokolenie ni w ząb nie rozumie języka rosyjskiego, jego liryczna melodia pozwalała bezbłędnie odszyfrować treść. Spektakl Teatru 2ky to z pewnością jedna z jaśniejszych pereł festiwalu.

Pojawiły się też podczas przeglądu spektakle, które trudno zakwalifikować jako udane lub nieudane. „Mały człowiek” Children\'s Theatre of Subotica z Serbii to spektakl grany papierowymi lalkami. Jeśli przy przedstawieniu Rosjanina nie mieliśmy wątpliwości, że obcujemy ze sztuka, tutaj raczej otrzymaliśmy przykład teatralnej wprawki. „Mały człowiek” to bardzo udany pokaz pracy warsztatowej z zajęć teatru papieru. Historia prosta, ale banalna, ot po prostu życie człowieka od narodzin do śmierci. Jednak brak w niej napięć i emocji. Może twórcom ze Słowenii przyświecała jakaś misja, może chcieli nam przekazać, byśmy żyli kolorowo z pasją i pomysłem, nie byli everymanem bez właściwości i twarzy? Jeśli tak, to warto było obejrzeć ten spektakl.

Na przeciwnym biegunie znalazł się hiszpański spektakl „Człowiek bocian”. To z całą pewnością najbardziej kreatywna realizacja. Ani w nim nudno ani bezbarwnie. Kolory, muzyka, rewelacyjne rozwiązania scenograficzne – to niewątpliwe atuty tego widowiska. Każda lalka z osobna jest tutaj perełką. Dzieci z brzuszkami z cymbałków, z kędziorkami z dzwoneczków oraz czarny charakter, którego uszy zrobiono ze słuchawek telefonicznych, czy też zwierzęta skonstruowane ze sprzętów gospodarstwa domowego. Wspaniale wygląda zabawa z teatrem cieni. Mała-ogromna koparka jak złowrogi smok sieje spustoszenie. Mała , bo przecież to tylko lalka cieniowa, płaski zarys przedmiotu. Ogromna, bo podświetlona latarką rzuca ogromny cień na, niczym nie osłoniętą, czarną ścianę teatru. Eva Paricio i Paco Paricio na naszych oczach sami tworzą tę barwną opowieść. Dwoją się i troją, aż momentami trudno nam uwierzyć, że w przedstawieniu występuje tylko para aktorów. Animują wiele postaci, plastycznie dopasowując emocje do poszczególnych bohaterów. Wielkie brawa należą się za odwagę sięgnięcia w spektaklu dla dzieci po tak ważny problem współczesności, jakim jest dewastacja przyrody. Wybierając taki temat łatwo wpaść w nachalne moralizatorstwo. Hiszpańskiemu duetowi udało się jednak skomponować spektakl spójny w treści i w formie i nie popaść w ideowe tarapaty. Zagłada maleńkiego stawu pozostawia miejsce na refleksje bez względu na wiek. 

Skoro już mowa o refleksjach, zatrzymajmy się na chwilę przy spektaklu, który uważam za najbardziej refleksyjny i zarazem najbardziej egzotyczny z bielskich przedstawień. „Drewniany koń” Teatru Nozad jest historią opowiedzianą w konwencji irańskiego teatru ludowego, ale tak skonstruowanego, abyśmy my, europejscy widzowie, bez trudu odczytali jego założenia. Uwodził od początku harmonią elementów, delikatną scenografią i wspaniałą muzyką, którą mogliśmy poznać na specjalnym koncercie kilka dni wcześniej. Cała scena otoczona mgiełką gazy jest areną dla smutnej historii osieroconego rodzeństwa. Nad przebiegiem zdarzeń czuwa tajemnicza tkaczka. Jednak kobieta, bez względu na panujące wokół okoliczności, wiernie trwa przy swoim zadaniu. Jest niczym opatrzność. Dźwięki tradycyjnej irańskiej muzyki, twarze aktorów, lalki o ich charakterystycznych rysach twarzy, cała ta specyficzna estetyka, czy może stereotyp myślenia o Wschodzie jako o regionie najbardziej uduchowionym sprawia, że niemal wpadamy w stan medytacji i czujemy się głęboko poruszeni tą przecież zupełnie prostą historią o dobru i złu, chęci zemsty i zadośćuczynienia. 

Niezmiernie cieszy, gdy wśród błyszczących perełek z zagranicy, możemy odnaleźć także polską perłę. Nie da się ukryć, że „Królowa śniegu”, spektakl gospodarzy festiwalu, rzuciła widownię na kolana. Wydawałoby się, że ta, jakże często grana baśń Andersena, nie ma już w sobie pokładów, które nie byłyby wcześniej wydobyte. A jednak, ku uciesze publiczności, okazało się inaczej. Czego dokonali twórcy spektaklu? Po pierwsze wybrano na tytułową bohaterkę mężczyznę i przebrano go za drag queen. Doskonale skonstruowano byty sceniczne postaci i doskonale je obsadzono. Magdalena Obidowska jako Gerda lśni, przykuwa wzrok, budzi sympatię, gdy kocha, odrazę, gdy się złości i kaprysi. Jest postacią pełnokrwistą i po prostu cudowną. I choć to kreacja aktorska, a nie lalkowa, nie można o tej perle nie wspomnieć.

Choć nigdy nie mówi się o tym głośno, istotą każdego festiwalu jest rywalizacja. Z uwagą podgląda się kolegów, koleżanki po fachu i sprawdza kto lepszy, kto gorszy, kto bardziej błyskotliwy, kto zrobił większe postępy. W przypadku bielskiego festiwalu mamy jednak do czynienia z inną sytuacją. Co roku obserwujemy zaskakujący brak tej rywalizacji, a w kuluarach przyjazną atmosferę wzajemnej życzliwości i podziwu. Każda chwila przeglądu jest jak kolejna karta swoistej encyklopedii sztuki lalkarskiej. Obserwujemy spektakle zupełnie proste po przedstawienia bardzo wyrafinowane. Każdy z nich ma wierną widownie, każdy uczy czegoś nowego. Przegląd jest dla artystów po to, by mogli się wzajemnie inspirować i rozwijać swoją wrażliwość, a także wrażliwość widowni. Wielka szkoda, że na następny festiwal musimy czekać aż dwa lata, ale z drugiej strony, jaka wspaniała nagroda czeka nas za cierpliwość, bo przecież każdy następny festiwal niesie nowe inspiracje i po wtóry zachwyca.
XXIII Międzynarowody Festiwal Sztuki Lalkarskiej. Teatr Lalek Banialuka im. Jerzego Zitzmana. Bielsko-Biała. 24 – 28 maja 2008.

Karolina Anweiler
artPapier 1 lipca 13 (109) / 2008
7 lipca 2008
Prasa
artPAPIER

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia