Polowanie na czarownice, czyli...

Klata Fest. wywołał całe mnóstwo kontrowersji

Polowanie na czarownice, czyli post-festiwalowe refleksje na temat teatru Klaty.

Klata Fest. wywołał całe mnóstwo kontrowersji. Pojawiły się głosy, że festiwal nie powinien w ogóle mieć miejsca, a samego Klatę, zanim jeszcze pojawił się w stolicy przeklęto i odrzucono. Mówię o tym nie bez przyczyny, bowiem takiego uprzedzenia do kogoś, kogo się nie zna (większość publiczności warszawskiej stanowili laicy w dziedzinie teatru Klaty), nie spodziewałabym się po tej (wykształconej?) części społeczeństwa. Urastało to niemal do średniowiecznego polowania na czarownice. W przypadku tego teatrum mundi główną czarownicę zagrał sam Klata, a pomniejsze wiedźmy - jego współpracownicy.

Moja próba podsumowania tego wydarzenia nie będzie bynajmniej próbą obiektywną. Miałam okazję współpracować z Klatą dwukrotnie, więc moje spojrzenie musi rzecz jasna nosić znamiona subiektywne. Co mnie odróżnia od w/w widowni to fakt, że znam rewers i awers tego teatru. 

Nie jest to typ - jak zwykło się mawiać - "mojego" teatru. To teatr widowiskowy (przez co atrakcyjny) i rudymentarny na dzisiejszej arenie kulturalnej (ze względu na tematykę i sposób w jaki ją podejmuje). Podoba mi się (jako widzowi) jego społeczny multimedialny charakter, ale brakuje mi w nim szeroko pojętej metafory. Teatr ten tak mocno zakorzeniony we współczesności, w rzeczywistości złapanej "tu i teraz", cierpi niestety na typowe dla tego rodzaju sztuki bolączki: nie może być uniwersalny ani symboliczny (w sensie tajemnicy i niedopowiedzenia), bo jest na wszystkich płaszczyznach wręcz - dopowiedziany. Wyjątkiem potwierdzającym regułę byłby tu "H." zrealizowany w Stoczni Gdańskiej.

Ale kupuję ten teatr mimo wszystko. Dlaczego? Choćby z tego powodu, że mówi dosadnie o naszym świecie, nie kokietuje, nie używa wyrachowanych środków, nie zna też obłudy. Ponadto mówi językiem mojego pokolenia (roczniki 70), dlatego szczególnie przez nas jest doskonale rozumiany. Co to oznacza? Jesteśmy pokoleniem, które jednocześnie czyta Dostojewskiego i komiksy, słucha Chopina i Madonny, ogląda Bergmana i MTV, chodzi na wystawy do muzeum i korzysta pełnymi garściami z Internetu, uczestniczy w życiu teatralnym i klubowym. To oczywiście tylko upraszczające przykłady, ale zobrazować mogą estetykę, w której czujemy się najlepiej. To brak estetyki? Postmodernizm? To raczej estetyka, która wymyka się współczesnej krytyce. Stąd jej bezsilność. 

Klacie dodatkowo nie można odmówić celności krytyki, wyrafinowanego poczucia humoru, sarkazmu i ironii. Nie pojmie sztuk Klaty ktoś, kto widział 1-2 spektakle. Trzeba zobaczyć więcej, aby dostrzec w końcu "mechanizm" który wprawia ten świat w ruch. Bez niego ma się wrażenie oglądania cyrkowej walki popisowej. A to nie tak do końca. Bo ta imponująca forma: zawsze dopracowana w szczegółach scenografia, malarskie światła, nadająca rytm wewnętrzny choreografia oraz obrazowe i jednocześnie autonomiczne opracowanie muzyczne, nie tylko oddają ducha danego tekstu ale i współtworzą sensy, wydobywając jak ze studni bez dna kolejne i kolejne znaczenia. Ta wymuskana struktura jest dla spektaklu jak łupina dla orzecha. Każdy element widowiska Klaty jest równie ważny. Nie ma gradacji, jest totalna symbioza: aktora, słowa, dekoracji, kostiumu, ruchu, światła i dźwięku. Dlatego reżyser ten nigdy nie faworyzuje aktora i nie pada na kolana przed wieszczami narodowymi. 

Toteż o spektaklach Klaty należałoby mówić w kategoriach widowiska. To wielowarstwowe obrazy, pełne rozmachu inscenizacyjnego. Twórca ten stosując skrót myślowy, łamie dystans z widzem (skąd oburzenie u krytyki: przecież robił to już Brecht!?). Przy tym czerpie garściami z tradycji (spuścizna teatru niemieckiego, widowiskowość rodem z Wyspiańskiego i Meyerholda, Witkacowskie "budowanie" postaci, realistyczno- surrealistyczne obrazowanie, post-romantyczne używanie elementów "nadprzyrodzonych" i narodowo- religijnych symboli).

Mylą się ci, którzy twierdzą, że poprzez używanie "teledyskowej" formy, Klata robi teatr dla młodzieży. Wierutna bzdura. Owa młodzież nie odczyta niewiele ponad to, co ulokowane jest na pierwszej płaszczyźnie. Nie posiada bowiem zasobu wiadomości historyczno-kulturowych wymaganych do odczytania kolejnych płaszczyzn znaczeń. Klata nie wybrał sobie pod tym względem łatwej drogi, albowiem niewielu jest w posiadaniu tak obszernej wiedzy.

Pozostanie więc twórcą hermetycznym i odrzuconym przez salony. 

Na szczęście.

I jeszcze jedno. Bez nich nie byłoby teatru Klaty: Justyna Łagowska, Mirek Karczmarek, Janusz Sławkowski, Maćko Prusak, Rafał Kowalczyk. To dzięki nim ten teatr ma wyjątkowy, specyficzny, autonomiczny język i jest rozpoznawalny. 

I za to im chwała.

Za co przede wszystkim cenię poszczególne spektakle:

"Rewizor" Wałbrzych: za otwarcie tekstu genialnym kluczem; odsłonięcie bez zbędnego sentymentalizmu wad i przywar narodowych niezmiennych od wieków; za arcykomiczną choreografię montażystów zmieniających dekoracje oraz za postawienie istotnego pytania po raz pierwszy w teatrze po 89: "dokąd idziesz Polsko?"(+ próbę ostrzegawczej odpowiedzi na nie). 

"Lochy Watykanu" Wrocław: za obraz naszej płytkiej wiary, hipokryzji i masowego nihilizmu (na ile odpowiedzialność za nie ponosi kościół?); za próbę zdefiniowania zła w czystej formie (Lafcadio! - fenomenalny Marcin Czarnik) oraz za podjęcie ważnej kwestii: czy cuda w dzisiejszych czasach są możliwe i potrzebne?

"H." Gdańsk: za otwarcie zdemitologizowanej przestrzeni Stoczni na uniwersalne wątki Szekspirowskie tj.: władza, miłość, honor i przyjaźń; za stworzenie współczesnego i niemalże sakralnego misterium, w którym idziemy przez mękę Hamleta (a może bardziej Poloniusza?) jak przez swoją własną.

"Nakręcana pomarańcza" Wrocław: za pokazanie przemocy "inaczej", czyli w konwencji baletu (zachwycająca choreografia walk autorstwa Maćko Prusaka) oraz opery (rewelacyjny pomysł scenograficzny w postaci operowych lóż w wykonaniu Justyny Łagowskiej); oraz za postać Alexa (Eryk Lubos) - uosobienie zła, którego nie sposób wyplenić.

".córka Fizdejki" Wałbrzych: za całokształt, bo to kompendium wiedzy o teatrze Klaty: jest tu wszystko, co składa się na język tego teatru; a w szczególności za 1,5 - godzinne mistrzowskie "spółkowanie" z geniuszem Witkacego; za scenograficzny sukces Mirka Karczmarka, który sprawił, że Matejko stał się wielowątkowym współczesnym obrazem, ukrywającym całą historię Polski, podobnie jak popisowy pantomimiczny taniec Fizdejki - Cichego (brawa!), no i za bociana rzecz jasna!:); Witkacy zapewne byłby zachwycony!

"Fantasy" Gdańsk: za Słowackiego na polskim bokowisku, podawanego przez aktorów w taki sposób, jakby żył i tworzył dziś, a nie dwieście lat temu; za 11-metrowy blok na scenie (co jest wyczynem nieprawdopodobnym ze strony ekipy technicznej) i za zjawiskową miłość romantyczną w wydaniu Idalii (M. Klamus) i Fantazego (C. Rybiński).

P.S1: Więcej i szerzej o teatrze Klaty w najnowszym "Notatniku Teatralnym".

P.S2: I na litość boską, nie czekajmy z organizowaniem festiwali i robieniem numerów monograficznych czasopism na śmierć mistrzów! Pozwólmy życiu teatralnemu rozwijać się za ich i naszą sprawą.

Magda Raczek
Dziennik Teatralny
3 stycznia 2006
Portrety
Jan Klata

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...