Polska choroba afektywna

"Wielcy inni: depresje. Szymborska, Rymkiewicz, Bielicka" - reż. Jacek Kozłowski - Teatr Łaźnia Nowa w K-wie; Teatr Dramatyczny w W-chu

Zastanawiam się, czy gdyby artyści, bohaterowie stand – upu Jacka Kozłowskiego nie mieszkali w Polsce, to też doświadczali by podobnych traum wewnętrznych.

Nowy projekt twórcy świetnych i prześmiewczych „ Wielkich innych. Witkacy, Gombrowicz, Osiecka", który tym razem wziął na warsztat dwóch poetów Wisławę Szymborską, Jarosława Marka Rymkiewicz oraz piosenkarkę kabaretową Hankę Bielicką, nie pozostawia na nich suchej nitki. Lepszego mixu postaci nie można by sobie wyobrazić, nie do wyobrażenia jest, że może ich coś łączyć. Jednak ich pokręcona trójca spotkałaby się z pewnością na poczekalni u psychiatry i wyszła z diagnozą : depresja. Każdy z nich doświadcza jej jednak inaczej i przez jej zabrudzone okulary diametralnie różnie postrzega świat.

Pierwsza wychodzi do ludzi z rozświetlonej, rewiowej klatki, będącej poczekalnią smutnych kulturalnych celebrytów, Wisława Szymborska ( precyzyjnie autoironiczny Rafał Kosowski, odnajdujący się ostatnio w rolach gender) . Ubrany/a w żółty golf, marynarkę ostrzega już na wstępie, że ma mało czasu, gdyż wstawiła właśnie wodę na kawę na spotkanie z Woody Allenem. Mamy wrażenie, że wpadliśmy z wizytą do staruszki, która musi się w końcu nagadać. Pełno w jej monologu klisz kulturowych i stereotypów zdjętych wprost z muzeum im. Szymborskiej. Autor zebrał zabawne anegdoty, dotyczące poetki: zamiłowanie do kiczowatych seriali, zbieranie bibelotów, czekanie na amerykańskiego neurotycznego reżysera. Jej depresja jest raczej maskowana, zakrywa ją złośliwością, autoparodią, wesołkowatością. Jest żałosna w powtarzalnych wielokrotnie gagach, z Noblem w jednej dłoni, a kasetą „Mody na sukces" w drugiej. Między słowami czuć jednak jej przeraźliwy lęk i samotność ulubienicy salonów, której nie ukoi nawet ciepły głos Michała Rusinka czy prace ręczne nad wycinankami.

Na inny rodzaj depresji cierpi zapewne zmęczony Rymkiewicz ( neurasteniczny i choleryczny Włodzimierz Dyla), stawiam na maniakalno – afektywną. Nawet pieląc chwasty w ogródku i kosząc trawę, daje upust swej wściekłości na małym jeżu. On najbardziej jest utaplany w błocie sporów narodowo – martyrologicznych. Jego wykoślawiona wizja patriotyzmu, której zwieńczeniem jest grafomański utwór o Smoleńsku, bardzo pasuje niestety do współczesnej podzielonej Polski. On uważający się za coś lepszego od nędznego redaktora Wyborczej, ma ambicję stać się wyrocznią narodu, na razie zabawia się w wyrocznię życia i śmierci wśród publiczności. I wydaje wyrok na zbiorowość : „Nie wystarczy być złym człowiekiem, trzeba jeszcze być Polakiem". Jego występ ma najbardziej socjologiczne oddziaływanie i pokazuje jak z ideałów można uczynić ich karykaturę.

Ostatnią „pacjentką" psychiatra zdiagnozowałby pewnie jako klasyczną histeryczkę. Idealnie zgrana z postacią (pretensjonalna i kabotyńska Mirka Żak) Hanki Bielickiej, aktorka rozpoczyna pośpieszny monolog i nie zwalnia aż do końca. Niezrealizowana twórczo, żyjąca pod presją „bycia śmieszną", czyż jej kreacja nie jest paralelna ze śmiercią samobójczą niedawno zmarłego aktora komediowego Robbina Williamsa. Podobno powaga i smutek to norma u artystów kabaretowych na co dzień. Bielicka w przerwach między rewiowymi występami, w których wykreowana na przedwojenną damę w kapeluszu zabawia publiczność tembrem swojej chrypki, marzy o roli w sztuce „Psychosis 4.48" Sarah Kane. Czyni to jednak również przedmiotem żartów i anegdot, w stylu „Tak wcześnie, pani Haniu, kto przyjdzie o tej porze na sztukę?". Ostatnia kreacja ma chyba najwięcej dystansu i autoironii , zdaje sobie sprawę, że skazana jest na schemat swojej roli. Pragnąc uciec w dramat robi się niestety jeszcze bardziej śmieszna.

Po każdym występie każdy „Wielki" wyśpiewuje swój protest song, raz jest to piosenka Kasi Nosowskiej, innym razem Maanam, towarzyszy temu świetna jazzująca oprawa muzyczna.

W czasie stand - upu czułam jak w pewnym momencie uśmiech na mojej twarzy zamraża się i rodzi się gorzka refleksja. Jak cieńka linia odgradza nasz geniusz od tragizmu, dramat od farsy. Ile trzeba mieć w sobie braków emocjonalnych, żeby skazać się na klatkę uzależnienia od akceptacji. I wtedy nie zostaje nic innego jak wstawiać, niczym Syzyf, wciąż na nowo wodę na kawę, w oczekiwaniu na Woodiego Allena, który nota bene nigdy ...

Justyna Nawrocka
Dziennik Teatralny Wałbrzych
21 stycznia 2016
Portrety
Jacek Kozłowski

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia