Polski Sierpień w szekspirowskiej historii

"Makbet" - reż. MarekWeiss - Opera Bałtycka w Gdańsku

"Makbet" w reż. Marka Weissa w Operze Bałtyckiej w Gdańsku. Pisze Jarosław Zalesiński w Polsce Dzienniku Bałtyckim

Sporo niespodzianek serwuje nam Marek Weiss Grzesiński w swoim "Makbecie" Verdiego, spektaklu, który w niedzielę miał premierę w Operze Bałtyckiej.

Dla mnie największą był, choć to paradoks, jego inscenizacyjny umiar. Publiczność może się czasem poczuć, jakby siedziała w pluszowych fotelach w starym operowym teatrze, w którym soliści i chór zastygają na scenie w bezruchu, po to by odśpiewać swoje arie. To nie przytyk, przeciwnie. Naprawdę imponuje mi zdolność artystycznego duetu Marek Weiss Grzesiński - inscenizator i Jose Maria Florencio (kierownictwo muzyczne) do zmieniania przy okazji ich kolejnych gdańskich premier konwencji spektakli. Tym razem jest mniej moderne, a muzyka wychodzi jakby na plan pierwszy.

Z drugiej jednak strony - nie brakuje pomysłów nieoczekiwanych, zwłaszcza w drugim akcie. W pierwszej części nie ma aż takich niespodzianek, zgodnie z librettem - scenę bierze we władanie Katarzyna Hołysz jako Lady Makbet. Jeden z najmocniejszych, wbijających się w pamięć obrazów to scena, w której Lady Makbet upaja się morderstwem, dokonanym na królu Duncanie, i pełnią królewskiej władzy, po którą sięgnie wraz z Makbetem. Wygląda to tak, że z boku wjeżdża wielkie łoże z ciałem Duncana, w skrwawionej pościeli, a Lady Makbet wciąga do tej łożnicy swego małżonka, by oddać się cielesnym igraszkom. Na jeszcze mokrym od krwi prześcieradle? Jakże tak? Gdy triumfująca Lady Makbet wsunie sobie pod suknię poduszkę, żeby wyglądać, jakby była w zaawansowanej ciąży, zaczynamy rozumieć powód tej moralnej deprawacji. Ta kobieta nie doczekała się przecież dzieci, dlatego władza stała się dla niej wszystkim. Weiss Grzesiński wydaje się nam mówić - zobaczcie, co dzieje się z człowiekiem, który staje się jedynie homo politicus, który żyje tylko w tym jednym wymiarze, do czego to prowadzi.

Ale cały spektakl nie opowiada tylko o deprawacji człowieka przez politykę i władzę. W drugiej części widowisko robi skok w bok, którego nie ze wszystkim rozumiem. Weiss Grzesiński spróbował w dzieje Szkocji, opowiedziane w libretcie "Makbeta" , wpleść najnowszą historię Polski. Na scenie stają więc krzyże pomnika Poległych Stoczniowców, ssa lasem birnamskim, podchodzącym pod zamek Makbeta, jest udekorowana kwiatami brama nr 2 Stoczni Gdańskiej, jedna z ikon polskiego Sierpnia.

Budowanie na scenie tak oczywistych skojarzeń, ikon właśnie, to duże artystyczne ryzyko, ale samo w sobie jeszcze się to pewnie broni. Jak jednak wobec tego czytać całość przedstawienia, czy jako opowieść o moralnej deprawacji wynaturzonych jednostek, czy opowieść o naszym konkretnym, historycznym zbiorowym doświadczeniu? Przeskok od jednego do drugiego wydaje mi się zbyt karkołomny.

"Makbeta" Opera Bałtycka przygotowała na tegoroczny festiwal Solidarity of Arts. Na jego ubiegłoroczną edycję teatr Wybrzeże wystawił "Zmierzch bogów", wyreżyserowany przez Grzegorza Wiśniewskiego. Wiśniewskiemu udało się ciekawie połączyć w jedną całość opis moralnych perwersji oraz wnikliwą analizę niemieckiego społeczeństwa w latach rodzącego się faszyzmu. Weiss Grzesiński dał w "Makbecie" sugestywny obraz tego, co rodzić się może w ludzkiej duszy - w tym jest zawsze mistrzem. Obraz zbiorowych emocji i społecznych procesów wypada, jak dla mnie, mało przekonująco. I tu są sceny, które zostają w pamięci, choćby ta, w której Malkolm (Aleksander Kunach) bezczelnie wysypuje na ziemię z metalowej trumienki prochy dzieci Makdufa (udany występ Pawła Skałuby). Jest w tym jednym geście wiele na temat narodowego kultywowania pamięci zmarłych i ofiar. Ale jakiejś wnikliwszej społecznej analizy tu nie ma. Może "Makbet" Verdiego nie był odpowiednim materiałem?

Kolejna premiera w Operze Bałtyckiej wydała mi się tym razem bardziej spójna i konsekwentna w jej muzycznym wymiarze, niż w pomyśle na inscenizację. Uwagę zwracał zwłaszcza chór, który jest w tym przedstawieniu równorzędnym bohaterem. Nie pasowało mi jedynie zestawienie pary głównych solistów. Katarzyna Hołysz potrafi zawsze, jak to już w Gdańsku wiemy, wykreować pełnokrwiste sceniczne postacie. Śpiewający partię Makbeta włoski baryton Vittorio Vitelli czarował barwą głosu, ale aktorsko przy Katarzynie Hołysz prawie nie istniał. Chociaż... To akurat może wynikać z libretta.

Jarosław Zalesiński
POLSKA Dziennik Bałtycki
8 września 2010

Książka tygodnia

Kto ukradł jutro?
Wydawnictwo ALBUS
Olga Ptak

Trailer tygodnia