Polskie scenariusze straszą stereotypami

rozmowa z Karoliną Gruszką

Z Karoliną Gruszką rozmawia Barbara Hollender.

Rz: Ostatnio częściej można było panią oglądać w filmach zagranicznych niż polskich. Pracowała pani z Włochem Giacomo Battiato, Amerykaninem Davidem Lynchem, Rosjaninem Iwanem Wyrypajewem, Czechem Tomasem Masinem. To przypadek? 

Karolina Gruszka: Tak mi się jakoś układa. Przeczytałam nawet niedawno, że wyjechałam z Polski, bo podpisałam pięcioletni kontrakt w Moskwie. To nieprawda. Dzielę czas między Warszawę i Moskwę. Ostatnio częściej jestem w Polsce. Przygotowujemy nową sztukę Iwana Wyrypajewa w Teatrze Narodowym. Jej premiera odbędzie się 5 marca. A kino? Po prostu z zagranicy dostawałam w ostatnich latach ciekawsze propozycje.

Polskim scenariuszom przyglądam się z wielką życzliwością, bo chcę pracować we własnym języku. Ale czytając je, nie mogłam znaleźć dla siebie niczego interesującego. Często nie rozumiałam bohaterek, które miałabym zagrać, wydawały mi się ulepione ze stereotypów. Czasem odstraszał mnie bardzo komercyjny charakter projektów. Domyślałam się, że za tymi tytułami będzie stała olbrzymia machina promocyjna i nie będę miała żadnego wpływu na to, w jaki sposób wykorzystywany jest mój wizerunek.

Unikała też pani zawsze telenoweli, które ustawiają aktora finansowo na lata. 

- Podchodziłam do swego zawodu idealistycznie. Idąc do szkoły teatralnej, wyobrażałam sobie, że będę mogła poprzez swoją pracę mówić coś ważnego. Porozumiewać się z widzem na wysokim poziomie emocjonalnym. Chciałam doskonalić swój warsztat, rozwijać się. Telenowele raczej takiej szansy nie dają.

Zaczęła pani występować bardzo wcześnie - najpierw w programie "Dyskoteka pana Jacka", potem w serialu "Boża podszewka" Izabelli Cywińskiej. Aktorstwo było pani marzeniem od dziecka? 

- Jako mała dziewczynka recytowałam wierszyki i pewnie coś tam sobie wyobrażałam. Potem mogłam rozwijać swoje zainteresowania, bo spotkałam ludzi, którzy bardzo poważnie i z wielką pasją traktowali sztukę. "Boża podszewka" była ważnym doświadczeniem. Jako czternastolatka pracowałam pod kierunkiem znakomitej reżyserki i partnerowałam wspaniałym aktorom.

Podobno wśród pani ulubionych lektur są powieści Dostojewskiego, Manna, Prousta, Nabokova, Borgesa. Fascynuje panią malarstwo Velazqueza, Boscha, Bacona, Klee, Hoppera, Modiglianiego. Słucha pani Mozarta, Bacha i Mahlera, ale również Milesa Davisa czy piosenek z Kabaretu Starszych Panów. Wierzy pani, że obycie w kulturze i przygotowanie intelektualne są dla aktora ważne? 

- Jest taka teoria, że aktor im głupszy, tym lepszy. Nie potrafię się z nią zgodzić. Żeby zrobić coś istotnego i mieć coś do powiedzenia, trzeba nad sobą pracować: czytać, myśleć, żyć. 

2006 rok był dla pani znakomity. Miała pani za sobą nagrodę aktorską w Gdyni za rolę w "Kochankach z Marony", premierę "Inland Empire", występ we "Wszyscy jesteśmy Chrystusami", wreszcie komercyjny sukces we "Francuskim numerze". I w takim momencie zdecydowała się pani dużą część swojego czasu spędzać w Rosji. Rozumiem, że kryło się za tym wielkie uczucie do człowieka, którego pani tam spotkała - ciekawego dramaturga i reżysera Iwana Wyrypajewa. Ale to jednak musiała być dla aktorki trudna decyzja.

- Nie była znowu taka trudna... W Polsce sukces nie ma dalszego ciągu. Po nagrodzie w Gdyni wcale nie zostałam zasypana interesującymi propozycjami.

Dzisiaj młode polskie aktorki szukają szczęścia w Ameryce. Tymczasem, choć David Lynch powtarzał wszędzie, że jest pani materiałem na hollywoodzką gwiazdę, nie szukała pani swojej szansy w Hollywood. 

- To prawda, Lynch namawiał mnie na amerykańską karierę. Kiedy pracowaliśmy w Stanach, zaprowadził mnie nawet do agenta. Bardzo dobrego. A on powiedział, że z chęcią się mną zajmie, ale pod warunkiem, że zdecyduję się zamieszkać w Los Angeles.

I co? Bała się pani zaryzykować? 

- Nie, po prostu niezbyt dobrze czuję się w Stanach. To nie jest moja bajka. Poza tym nie chciałam radykalnie zmieniać życia. Musiałabym zostać w Ameryce na co najmniej dwa lata. Chodziłabym na castingi i może by się udało, a może nie. A w Europie dostawałam ciekawe propozycje. 

Więc zamieniła pani Zachód na Wschód? 

- Ta strona świata jest mi bliższa. Oczywiście, nie mogę się krygować: gdyby ktoś ze Stanów zaproponował mi fajną rolę, na pewno byłabym bardzo szczęśliwa. Ale żeby wiązać się z Ameryką na całe życie? Nie. Tu czuję się dobrze. Wielką radość sprawiła mi rola w czeskich "Trzech sezonach w piekle" Tomasa Masina. To był film oparty na motywach życia opozycyjnego czeskiego pisarza Egona Bondy\'ego. Jego akcja toczy się w latach 50. ubiegłego wieku, w środowisku praskiej bohemy. Wyzwaniem stał się dla mnie "Tlen" Iwana Wyrypajewa. 

"Tlen" to niebywała rola. Współbohaterem tego filmu jest tekst, który musiała pani podawać w obcym języku. 

- Kiedy rodziła się koncepcja "Tlenu", nie mówiłam jeszcze tak dobrze po rosyjsku. Na początku zresztą miałam grać Saszę tylko w klipach, a rosyjska aktorka miała nagrywać tekst w studiu. Potem Iwanowi zmieniła się koncepcja. Stwierdził, że to jednak musi być ta sama osoba. Miałam być dubbingowana. Ale zawzięłam się. To były miesiące ciężkiej pracy nad językiem, wymową, akcentem. Na szczęście miałam dużo czasu. No i okazało się, że można mój głos zostawić. Mój lekki akcent stał się nawet atutem. Zbudował ciekawszy kontrast między moją bohaterką a postacią graną przez Aleksieja Filimonowa.

W rosyjskim kinie zadebiutowała pani w "Córce kapitana" jeszcze jako studentka. Teraz spędza pani w Rosji dużo czasu. Jaka jest ta pani Moskwa? W wielu Polakach jest ciągle jakiś rodzaj uprzedzenia i niechęci w stosunku do tego molocha.

- Kiedy przyjeżdża się do Moskwy po raz pierwszy, to miasto najczęściej odstrasza. Zwłaszcza obcokrajowców. Moskwa jest wielka i bardzo trudno się po niej poruszać. Poza tym ma niełatwy do przyswojenia rytm, bardzo dynamiczny, szarpany, któremu trzeba się podporządkować. Wszystko pędzi. Dobrze się tam pracuje, ale nie sposób odpocząć. Nie wiem, z czego to wynika. Może z paradoksów nagromadzonych w ludziach. Z jednej strony są otwarci, nie bez powodu mówi się o rosyjskiej duszy. A z drugiej - czuje się w nich dziwny rodzaj wewnętrznego napięcia, niepewności. Całe rzesze napływowych mieszkańców nie potrafią się w tej metropolii odnaleźć. Ale ja zdążyłam już Moskwę bardzo polubić.

Zawsze mówi się o jej ogromnych kontrastach... 

- To prawda. Z jednej strony są bogaci oligarchowie, ludzie, którzy zarobili ogromne fortuny, nierzadko w kilka tygodni, i nie wiedzą, co robić z pieniędzmi. Żyją na niezwykle wysokim poziomie, ale to, czym się otaczają, często nie jest w dobrym guście. W Rosji przełom nastąpił bardzo szybko, ludzie zachłysnęli się bogactwem. Pobudowali sobie pałace, jeżdżą samochodami, jakie trudno zobaczyć nawet na ulicach Paryża. Nikogo tu nie dziwi widok kobiet, które obwieszone złotem plotkują o 10 rano w kawiarni ubrane w kostiumy od Chanel. A jednocześnie są tam ludzie żyjący bardzo biednie. To cena rosyjskiej transformacji.

Czy jest dziś w Moskwie silne środowisko artystyczne?

- Na pewno tak. Duże wrażenie zrobiły na mnie żywe dyskusje, jakie potrafią rozgorzeć podczas towarzyskich spotkań. Moskwa jest ciasna i może dlatego ludzie niełatwo się rozluźniają. Nie potrafią się zrelaksować. Są ciągle czujni, gotowi do rozmowy na najwyższych obrotach. 

Podobno zagrała pani też w moskiewskim teatrze.

- Na podstawie poezji sufijskiej zrobiliśmy z Iwanem spektakl. Pracując nad nim, odkryłam dla siebie zupełnie nowe przestrzenie teatralne. To dlatego zdecydowałam się trochę zmienić życie. Zrezygnowałam z etatu w warszawskim Teatrze Narodowym. Spędziłam w nim ważne pięć lat, dużo się nauczyłam, ale potrzebowałam większej swobody w dysponowaniu własnym czasem. 

Na scenie zaczęła mnie interesować próba budowania dialogu z publicznością bez czwartej ściany. Wykorzystanie tego, co rzeczywiście wydarza się między aktorem i widzem. Te poszukiwania, chociaż trudne, wydają mi się istotne, bo kiedy wchodzę do teatru, często przeszkadza mi, że reżyser i aktorzy tworzą na scenie jakąś rzeczywistość, nie uwzględniając obecności publiczności. Widz pozostaje jedynie obserwatorem, nie angażuje się emocjonalnie, bo nie ma zaproszenia do rozmowy. 

Skąd narodził się pomysł przygotowania spektaklu w Polsce?

- To sztuka, którą Wania napisał dwa lata temu. I miał niezrealizowane marzenie, jak chciałby ją wystawić. Ja z kolei bardzo stęskniłam się za grą w języku polskim, a po przeczytaniu "Lipca" zakochałam się w tym tekście i chciałam go przedstawić polskiej publiczności. To historia o duchowej drodze i maksymalistycznym podejściu do życia. Dla mnie kolejne wyzwanie, bo kobieta wygłasza tu tekst mężczyzny.

Jak się pani pracuje z Wyrypajewem? Bliskość pomaga czy przeszkadza?

- Myślę, że nawzajem się inspirujemy. Spotkanie z Wanią wiele zmieniło w moim życiu i podejściu do sztuki. 

Jak więc widzi pani dzisiaj funkcję sztuki?

- Myślę, że musi mierzyć się z tym, co nieuchwytne. Zaglądać pod powierzchnię zdarzeń, sięgać głębiej, opowiadać o duchowości człowieka. Przypominać, że rzeczywistość, w której funkcjonujemy na co dzień, nie jest rzeczywistością absolutną. 

Czy z pewnego oddalenia inaczej patrzy pani na Polskę?

- Będąc dłużej poza krajem, człowiek nabiera dystansu do rzeczywistości, w jakiej dotąd żył. Ja sobie ten dystans bardzo cenię. Ale coraz częściej myślę, że można go uzyskać nie ruszając się z domu. Kiedyś przywiązywałam ogromną wagę do podróży. Dzisiaj chciałabym, żeby na pierwszy plan wyszły podróże wewnętrzne. 

W "Mistyfikacji" - nowym filmie Jacka Koprowicza, który niedługo wchodzi na polskie ekrany - pani bohaterka ma 18 lat. Potem widzimy ją jako kobietę czterdziestoletnią.

- To bardzo ciekawe doświadczenie, trochę się niepokoję, co z tego wyszło.

A zastanawia się pani czasem, w jakim miejscu pani chciałaby być jako czterdziestolatka? 

- Oczywiście, że się zastanawiałam, choć i tak będzie, jak ma być. Więc, co się stanie w moim życiu prywatnym - pokaże czas. A zawodowo? Mniej gram, bo coraz lepiej wiem, co mnie interesuje, a co nie. 

I cieszę się, że tak jest. Mam nadzieję, że ani teraz, ani za dziesięć lat, ani później nie będę musiała chodzić na kompromisy z samą sobą. 

Karolina Gruszka

Jedna z najciekawszych polskich aktorek młodego pokolenia. Piękna, z burzą rudawych włosów, utalentowana i bardzo poważnie traktująca swój zawód. Urodziła się 13 lipca 1980 roku w Warszawie, w 2003 roku skończyła studia aktorskie w Akademii Teatralnej w Warszawie. Po dyplomie przez pięć lat związana była z Teatrem Narodowym.

Zagrała w ponad 20 filmach. Pierwszą znaczącą kreację stworzyła w rosyjskiej "Córce kapitana" Aleksandra Proszkina jeszcze jako studentka. Potem grała m.in. w "Daleko od okna" Jana Jakuba Kolskiego, "Wiedźminie" Marka Brodzkiego, "Przedwiośniu" Filipa Bajona, "Sforze" Wojciecha Wójcika, "Wszyscy jesteśmy Chrystusami" Marka Koterskiego. Za rolę Oli w "Kochankach z Marony" Izabelli Cywińskiej dostała nagrodę dla najlepszej aktorki na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Występowała też w obrazach zagranicznych - "Inland Empire" Davida Lyncha, "Rezolucji 819" Giacomo Battiato czy wchodzącym właśnie na polskie ekrany "Tlenie" Iwana Wyrypajewa. Z Wyrypajewem - rosyjskim dramaturgiem i reżyserem - jest od trzech lat związana prywatnie.

Barbara Hollender
Rzeczpospolita
5 lutego 2010
Portrety
Karolina Gruszka

Książka tygodnia

Jak przejąć kontrolę nad światem nie wychodząc z domu
Wydawnictwo Literackie
Dorota Masłowska

Trailer tygodnia