Pomarańczowy albo zielony

"Krakowiacy i Górale" - reż. Michał Kmiecik - Teatr Polski w Poznaniu

Maciej Nowak uzyskał przywilej na Teatr Polski w Poznaniu. Zakończyło to najdłuższą sagę w polskim teatrze i otworzyło, mam nadzieję, nowy, ciekawy rozdział w historii nie tylko poznańskiej sceny. Oczekiwana z dużą ciekawością inauguracja miała charakter głównie jubileuszowy, mniej artystyczny. Nowak nawiązał do rocznicy ćwierćmilenijnej oraz mistrzów swych i protoplastów idei (Zbigniewa Raszewskiego, Stanisława Hebanowskiego i Wojciecha Bogusławskiego), których powiązał Poznaniem, Gdańskiem i obficie samym sobą.

Oczekujący strzałów i mocnych uderzeń przesączonych legendarną dezynwolturą mogli się poczuć zawiedzeni. Kolor pomarańczowy, wabiący sentymentalnych poszukiwaczy sensów nawiązaniem do Wrocławia lub Majdanu, korespondował jedynie ze spodniami dyrektora artystycznego, ozdobami na choince i owocami cytrusowymi w foyer. Dekonstrukcja i lekka szydera z oczekiwań i przyzwyczajeń udana, wrzawa ustąpiła miejsce salonowej poprawności i nudzie. Rewolucja już była, czas na ośmiorniczki.

"Cud mniemany, czyli Krakowiacy i górale"* to jeden z naturalnie nasuwających się pomysłów na jubileusz 250-lecia teatru publicznego w Polsce. Wykorzystała to już Opera Narodowa, dając młodym we władanie "Cud albo Krakowiaków i Górali". W wersji poznańskiej libretto zostało wzbogacone o "rewolucyjne" fragmenty z innego, zupełnie już zapoznanego dzieła pod egzotycznym tytułem "Iskahar, król Guaxary". Zamiast opery dostaliśmy spektakl dramatyczny, były piosenki, w tym dwie kuriozalne, a reszta w programie towarzyszącym spektaklowi. Libretto, pozbawione muzycznej oprawy oryginału, ukazuje znaną i banalną opowieść z przewidywalnym jak sejmowe głosowania zakończeniem. Opera bywa kiczem wszechstronnym, ale pozbawiona emocjonalności muzyki i śpiewu jest już kiczem dubeltowym. Spektakl wg zapowiedzi na kilka tygodni przed premierą miał trwać 3 godziny, przed premierą 150 minut a ostatecznie zostało ok. 130 minut, w tym drugi akt nie przekroczył nawet 30. Zakończenie zdało się pospieszne a końcowa scena sztucznie doklejona. Gdzieś można próbować dopatrzeć się jakiejś gry z tradycją i klasyką (użycie kurtyny, uwertura), zdarzają się przebłyski - jak świetne kostiumy trzech górali (dzieło Julii Kosmynki) czy pomysłowe wykorzystanie thereminu, ale to chwile i rarytasy.

"Krakowiacy i górale" rozczarowują wszechstronnie, jeśli chcemy traktować prezentację w kategoriach teatru artystycznego, a chyba takie ambicje miał zaangażowany w produkcję kolektyw. Spektakl nie ma jakości, wartości dodanej nie stanowi nawet, będąca zazwyczaj mocnym punktem, scenografia Justyny Łagowskiej. Nie zagrały dostatecznie minirampy, "bolą" pomarańczowe światła, dobijają koziołki. Wykorzystanie "Love will tear us apart", a szczególnie kilkukrotne najsłynniejszej pieśni bałkańskiej, czyli "Ederlezi" (w nowych aranżacjach Mateusza Górnego Goorala), to po prostu koszmar. W zespole aktorskim nikt specjalnie nie dostał szansy, zapamiętałem jednak Jakuba Papugę w roli Bardosa oraz Piotra B. Dąbrowskiego w roli Pawła. Odniosłem dodatkowo wrażenie, że z tego zbioru postaci można "wycisnąć" zdecydowanie więcej.

Wydaje się, mówiąc z krakowska, że reżyser dostał za duży kapelusz. Michał Kmiecik to nie Artur Rimbaud, warto pochwalić dyrektora artystycznego za odwagę decyzji, ale niewiele poza tym. 23-letni dramatopisarz i reżyser, jak sam mówi o sobie, stał się ofiarą gorączkowego zapotrzebowania na nowe talenty. Chłopak ma "słuszne" poglądy, ale jeśli to ma być "głos polskich Oburzonych", to czas umierać. Nie chcę się znęcać nad początkującym i nieskromnym twórcą ani popisywać złośliwością i szyderą, bo te zostawiam dla zawodników wagi superciężkiej jak Jacek Sieradzki i jemu podobni. Kmiecik powinien poczekać jeszcze w blokach przed startem do wielkiej kariery, jakiej mu oczywiście życzę (wyrazem tego są aż 3 gwiazdki, z czego jedna na zachętę). Wśród szeregu błędów i słabości reżyserskich wymienię dla mnie podstawową: absolutny brak wyczucia czasu scenicznego. Nawet giganci dochodzą do tego latami, a większość, w najlepszym przypadku, jedynie się zbliża.

"Krakowiacy i Górale" w 1794 roku wywołali rewolucję. Błaha historia miłosna okazała się insurekcyjnym manifestem. Niepozorna fabuła podgrzała i tak już wrzące polityczne emocje. Mieszkańcy Warszawy wychodzili na ulice śpiewając arie z opery Bogusławskiego, a sparafrazowany fragment "Wy uczciwi, którzy wszędzie cierpicie dla cnoty" porównywany był z francuskimi pieśniami rewolucyjnymi: "Ça ira" i "Marsylianką". "Krakowiacy i Górale" w 2015 roku też będą o rewolucji. Po przeszło dwustu dwudziestu latach w mocy pozostają pytania o równość i braterstwo, które brał na sztandary Kościuszko, i które stały u początków polskiej nowoczesności. Ciągle warto pytać o zgodę, do której wzywał Bogusławski - czy aby nazbyt prędko nie unieważnia ona istniejących napięć społecznych? Trzeba wreszcie zapytać o możliwość rewolucji - czy każda musi się kończyć tak samo: stosem trupów i klęską pięknych ideałów? - z opisu spektaklu na stronie Teatru Polskiego w Poznaniu.

Miało być jubileuszowo i nawiązaniowo. 250 lat teatru publicznego, 140 lat Teatru Polskiego w Poznaniu, Raszewski, Hebanowski itd. Jubileusze są trudne, co wiemy już przynajmniej od 1978 roku, kiedy w swoim 100. występie w reprezentacji Kazimierz Deyna nie wykorzystał karnego w meczu z Argentyną, bo... "zjadł" go jubileusz. W Poznaniu propozycja artystyczna została przykryta przysmakami dla archiwistów. Nie czułem się zaproszony do rozmowy o Polsce, a o rewolucji to zapomnij. Po zakończeniu wyszedłem obojętny, nie śpiewałem żadnej pieśni.

Premierowi "Krakowiacy..." to teatr spóźniony, letni, nie wywołujący zapowiadanej wrzawy. "Nam się podobało - mówi przedstawiciel poznańskiego patrycjatu w imieniu pary, która wykupiła fotele na sezon (2 400 zł za dwa) - Coś drgnęło, jest lepiej niż ostatnio". No cóż, nie znam poznańskich teatrów tak dobrze, jak bym chciał, by móc ulokować "Krakowiaków" na teatralnej mapie stolicy Wielkopolski. Gdy tylko dowiedziałem się o zwycięstwie pary Kowalski/Nowak w konkursie na dyrektora Polskiego, spodziewałem się na "Dzień dobry" uderzenia, może czegoś odważnego, jak "Po co psuć i tak już złą atmosferę", który "leci" w konkurencyjnym, poznańskim Nowym. Jednak wypowiedzi szefa artystycznego historycznej sceny zaczęły być coraz bardziej wyważone, dyplomatyczne. "Ja Maćka rozumiem. Poznań to trudne miasto" - powiedział jeden z czołowych teatralników w Poznaniu.

No właśnie - Poznań - jaki jest? Czy to miasto "za firankami", terytorium kontrolowane przez Kroloppów i Paetzów? Dzisiaj to także miasto, w którym to prezydent miasta zaprasza Macieja Nowaka na Paradę Równości a nie odwrotnie. To miasto, w którym na demonstracjach pojawiają się tysiące ludzi, ale teatralników, oprócz Ósemek, które nadal dumnie trzymają sztandar, nie widać. W Gdańsku początki Macieja Nowaka były trudne i trwały długo, zanim doszło do jednej z najważniejszych erupcji twórczych w polskim teatrze artystycznym. Nie wątpię, że i w Poznaniu będą fetować dyrektora artystycznego nie tylko jubileuszowo. W zapowiedziach są reżyserie m.in. Klaty oraz Zadary i jako że było tuż przed świętami jestem spokojny o przyszłość i nie robię nic, jedynie informuję, że pomarańczowa premiera była falstartem.

* Pisownia tytułu oryginału i licznych wersji i przeróbek to temat wymagający osobnego rozwinięcia.

Piotr Wyszomirski
Gazeta Świętojańska
4 stycznia 2016
Portrety
Michał Kmiecik

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia