Pomposa i Pomposo - nowa propozycja opery nie zachwyciła dzieci

"Pomposa i Pomposo" - reż. Tomasz Valldal-Czarnecki - Opera Bałtycka w Gdańsku

W minioną niedzielę spektaklem "Pomposa i Pomposo" Opera Bałtycka zainaugurowała nowy cykl wydarzeń familijnych. Propozycja ta okazała się mało atrakcyjna - scenografia była uboga, scenariusz dość chaotyczny, a mali widzowie nie mieli możliwości się wykazać, bo okazji do interakcji było niewiele.

Opera Bałtycka ma swoich sympatyków nie tylko wśród dorosłej, ale i bardzo młodej publiczności. Prezentowany w ubiegłym roku cykl Opera Tu!Tu! cieszył się ogromną popularnością i uznaniem, a niedzielne, rodzinne wyjścia do opery były swoistym rytuałem. Kilkuletnie dzieci były znakomicie zaznajomione z operową etykietą, podczas koncertów zachowywały się grzecznie, pozwalając sobie na nieco swobody tylko wówczas, kiedy aktorzy oczekiwali od publiczności interakcji. Ze spektakli wychodziły wyposażone w wiedzę, którą przekazali im wykonawcy. A dzieci chłonęły tę wiedzę jak gąbka - czasem rodzice zapamiętali mniej niż one.

Dlaczego opisuję cykl ubiegłoroczny, skoro relacja dotyczy propozycji najnowszej? Dlatego, że wykonawcy nie musieli zaczynać od zera - otrzymali bowiem "w spadku" po Operze Tu!Tu! cudowną, otwartą i chętną wejść w interakcję publiczność. Wystarczyło tę publiczność oczarować i sezon byłby sprzedany do ostatniego miejsca. Niestety, publiczność zachowała przezorność i nie wyprzedano nawet inauguracji - podczas spektaklu o godz. 13 widownia nie była zapełniona nawet w połowie.

Zresztą nie tylko widownia straszyła pustkami, ale i scena, bo scenografia była niezwykle uboga i ograniczała się raptem do kilku prowizorycznych rekwizytów. Bohaterami opowieści były dwie przyjaciółki - Pomposa (Magdalena Nanowska) i Pomposo (Paulina Wilczyńska), lubiące teatralne przygody i chętnie zapuszczające się w nowe muzyczne krainy. Kiedy ich przyjaciel Kompozytor zaginął, podobnie zresztą jak jedyny egzemplarz partytury stworzonego przez niego dzieła, postanowiły ruszyć z pomocą. Wsparcia udziela im Wielki Dur (Rafał Sambor) - agent do muzycznych zadań specjalnych.

Choć opis fabuły wydaje się spójny, scenariusz autorstwa Piotra Kosewskiego okazał się bardzo chaotyczny. Główne bohaterki miotały się po scenie, robiąc przerwy jedynie na wykonanie operowych arii. Jako że scenografia była uboga, wręcz symboliczna, a i kostiumy nie robiły wrażenia (jedno i drugie autorstwa Zuzanny Kubicz), chwilami nie było na czym oka zawiesić.

Kiedy tytułowe bohaterki wyruszyły do krainy Papagena (Kamil Pękala) i Papageny (Joanna Nawrot), aby tych dwoje pogodzić i zachęcić do śpiewu w duecie, spodziewałam się kostiumowego szaleństwa. Tymczasem zarówno mozartowski ptasznik, jak i jego wybranka serca ucharakteryzowani zostali dość groteskowo, a jedynym ptasim atrybutem były okręcone wokół szyi pierzaste boa.

Scenariusz, jak wspomniałam, był bardzo chaotyczny, więc i reżyser (Tomasz Valldal-Czarnecki) miał niewielkie pole do działania. Kiedy główne bohaterki odgrywały scenę uprowadzenia Kompozytora, jedno z dzieci skomentowało "mamo, ja się boję!". Brakowało również interakcji z publicznością, a przecież tego wyczekują dzieci. W fabułę wpleciono wprawdzie kilka pytań rzucanych w stronę widowni, jednak to zbyt mało, aby oczarować i zaangażować małych widzów. Najbardziej przykre wydaje się jednak to, że spektakl familijny w świątyni sztuki, jaką jest opera, miał znikome walory edukacyjne i był słaby pod względem muzycznym - oprawę muzyczną stanowiło raptem kilka arii przy akompaniamencie fortepianu (Liana Krasyun-Korunna).

Całość trwała niespełna 50 minut, a zakończenie było tak nagłe i nieoczywiste, że kiedy opadła kurtyna, widzowie zaczęli się zastanawiać, czy to aby nie przerwa. Być może dlatego oklaski były tak skromne i nie było mowy o jakimkolwiek bisie - publiczność niezwłocznie udała się do wyjścia.

Dzieci były wobec twórców mało krytyczne i niektóre deklarowały, że chętnie wybiorą się ponownie. Ich rodzice jednak w większości zdania nie podzielali:

- Pomiędzy tym, co zobaczyłam dzisiaj, a w czym uczestniczyliśmy w ubiegłym roku, widzę ogromną przepaść. Było to doświadczenie dziwne, ale aby wyciągnąć logiczne wnioski, muszę najpierw ochłonąć - mówiła po zakończeniu jedna z mam.

Pierwszy spektakl z cyklu "Pomposa i Pomposo" trudno zaliczyć do udanych, ja jednak tej propozycji nie skreślam. Jeśli twórcy projektu wyciągną wnioski, zadbają o atrakcyjność wizualną i wciągną małych widzów do wspólnej zabawy, być może uda im się wkraść w łaski publiczności. Życzę im tego z całego serca.

Ewa Palińska
www.trojmiasto.pl
3 listopada 2018

Książka tygodnia

Monty Python. Autobiografia według Monty Pythona
Czwarta Strona - Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o.
Monty Python

Trailer tygodnia