Ponadczasowo o miłości

"Miss Saigon" - reż. Zbigniew Macias - Teatr Muzyczny w Łodzi

Podczas musicalu „Miss Saigon" można się pośmiać, wzruszyć i zachwycić. Można też szukać odniesień do współczesności, ale to przyjdzie już z trudem.

 Po sukcesie "Les Miserables" Zbigniew Macias postanowił kontynuować pracę nad dziełami Claude'a-Michela Schonberga i Alaina Boublila w Teatrze Muzycznym w Łodzi i znów wystawił klasykę - "Miss Saigon", musical opisywany jako ten, który "porusza od pierwszych dźwięków muzyki", obsypany prestiżowymi nagrodami, zaprezentowany w kilkudziesięciu krajach świata.

I jakby nie było, musical porusza. Bo mamy tu ponadczasowe tematy, czyli niezwykłe uczucie z wojną w tle (tu akurat wojną w Wietnamie z 1975 roku), które teoretycznie nigdy nie powinno się zrodzić - Chris, amerykański żołnierz zakochuje się z wzajemnością w Kim, wietnamskiej sierocie, prostytutce. Mamy ból rozstania - wojna rozdziela parę, tragedię zwykłych ludzi w obliczu wielkiej polityki i nadzieję na powrót miłości.

Wydaje się więc, że do przedstawienia takich uniwersalnych tematów wystarczy tylko i aż ogromny talent aktorów, którzy sprostają emocjonalnej muzyce i dramaturgii. Bo to, że musical jest wyjątkowy zarówno w warstwie literackiej, muzycznej, jak i dramaturgicznej nie podlega wątpliwości.

Największy ciężar spoczywa na barkach aktorów wcielających się w rolę głównej pary, Chrisa i Kim. W musicalu przygotowanym przez Teatr Muzyczny w Łodzi postać Wietnamki powierzono debiutującej, 18-letniej Joannie Gorzale. Artystka stanęła przed ogromnym wyzwaniem - musiała odszukać w sobie i wydobyć tak skrajne emocje jak: miłość, rozpacz, szczęście, złość, strach. Artystkę można podziwiać za ogromną koncentrację i pracę, jaką niewątpliwie musiała włożyć w przygotowanie roli. Gorzała na początku z dużą dozą nieśmiałości, co w wypadku postaci Kim miało swoje uzasadnienie, potem z coraz większą siłą i determinacją doskonale poradziła sobie ze zbudowaniem wielowymiarowej, pełnej emocji postaci. Bo Kim to nie tylko zakochana dziewczyna, pełna nadziei, z tęsknotą czekająca na ukochanego. To przede wszystkim matka. Wątek macierzyństwa determinuje dramaturgię musicalu, najbardziej porusza, a co za tym idzie jest najtrudniejszy (w końcu spektakl został zainspirowany zdjęciem Wietnamki, która oddaje na zawsze swoją córkę amerykańskiemu żołnierzowi, by dać jej lepsze życie). Trudno bez cienia fałszu, w tak młodym wieku przedstawić strach o dziecko i siłę, z jaką tylko matka jest w stanie walczyć o życie i przyszłość syna. Gorzała i temu zadaniu sprostała, nie próbując odtwarzać matczynej miłości, ale pokazując niezwykłą, przekonującą wrażliwość.

Janek Traczyk jako Chris pokazał pełnię swoich możliwości wokalnych i aktorskich, choć przy innych męskich postaciach jego bohater został zarysowany dosyć mało wyraźną kreską przez twórców musicalu. Prawdziwym szczęśliwcem jest bowiem ten, kto wciela się w rolę Szefa, cynicznego, chciwego, a mimo to wzbudzającego sympatię i uśmiech właściciela nocnego klubu. Mamy tu podobny schemat do tego w Les Miserables, gdzie komiczna para Thenardierów nieraz niszcząca plany głównych bohaterów, jest uwielbiana przez publiczność. Tomasz Steciuk w roli Szefa doskonale z dużą dawką komizmu i groteski opowiada o american dream, ubarwia spektakl i daje chwilę uśmiechu w tragicznej historii. - Za taką rolą można przejechać całą Polskę – powiedział przed spektaklem jeden z aktorów i miał rację. Tak dobrze skrojone i wielowymiarowe role zdarzają się rzadko. Steciukowi udało się nawiązać kontakt z publicznością, co w dużej mierze zależy przede wszystkim od aktora, a nie od samej postaci.

Niechęć można by też czuć do postaci Thuya, zakochanego w Kim Wietnamczyka, tymczasem Marcin Sosiński stworzył z konsekwencją przemyślaną i niesamowicie wyrazistą kreację zarówno aktorsko, jak i muzycznie, którą z przyjemnością się ogląda. Równie silnie i zdecydowanie wypada Marcin Jajkiewicz jako John, amerykański żołnierz, przyjaciel Chrisa.

Scenografia (Grzegorz Policiński) płynnie przenosi nas w różne miejsca akcji, w kostiumach (Zuzanna Markiewicz) widać dbałość o każdy szczegół, sceny zbiorowe z udziałem tancerzy i kaskaderów (Joanna Semeńczuk) zwłaszcza w klubie w Sajgonie, albo przy utworze „Poranek smoka" zachwycają dynamiką i kolorami, do tego muzyka z wyczuciem nawiązująca do melodii wschodu i w tym wszystkim lądujący na scenie, słynny helikopter.

To wszystko w połączeniu z niesamowitą pracą aktorsko-wokalną zespołu to doskonale poukładane puzzle, tylko niestety puzzle przedstawiają dosyć stary obrazek. Nie trzeba się tu silić na eksperymenty, bo poszczególne elementy układanki są ponadczasowe, ale przydałyby się minimalne próby uaktualnienia i odniesienia do współczesności. Szczególnie obcy wydaje się początek drugiej części, kiedy to John na konferencji w Atlancie opowiada o bui doi (pyle życia), czyli dzieciach amerykańsko-wietnamskich skazanych na życie w biedzie. Niestety, wojen, nazywanych dziś eufemistycznie konfliktami zbrojnymi, wciąż nie brakuje, podobnie jak dramatów ludzi, którym przyszło żyć w miejscach ogarniętych walkami.

Uwagi o brak próby dodania XXI-wiecznych elementów można mieć jednak tylko do posiadaczy praw autorskich, którzy nie pozwalają przy wystawianiu „Miss Saigon" na nawet najmniejszą ingerencję.

Aleksandra Pucułek
Dziennik Teatralny Łódź
25 lipca 2019
Portrety
Zbigniew Macias

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia