Ponowione spojrzenie

"Rewizor" - reż. Marek Fiedor - Teatr S. Jaracza w Łodzi

Nie jest łatwo przenieść na deski teatru dawny tekst w taki sposób, by jednocześnie wprowadzić go w realia współczesne i nie zabić jego atmosfery. Szczególnie trudne wydaje się to w przypadku szeroko rozumianej klasyki, która poddana była już przecież próbie wielu pomysłów inscenizacyjnych. Odpowiedź na pytanie o proporcje między tradycją a nowoczesnością znalazł jednak łódzki Teatr im. Jaracza, który w minioną sobotę wystawił "Rewizora".

W samo pojęcie „re-wizji” wpisany jest niejako gest ponowionego, krytycznego spojrzenia. W przypadku spektaklu w reżyserii Marka Fiedora za punkt odniesienia obrano przeszłość niezbyt odległą. Użyte dekoracje wywołują skojarzenie z PRL-em. Zestawione są one jednak z nowoczesnymi meblami, a wszystko to wtapia się płynnie w poetykę carskiej Rosji z czasów Gogola. Te – zupełnie odmienne (przynajmniej na pierwszy rzut oka) – porządki nie wywołują jednak poczucia dysonansu. Ich połączenie w prosty sposób podkreśla, że wszelkie realia stanowią jedynie tło dla uniwersalnej refleksji na temat człowieka.

Natura ludzka jest bowiem niezmienna. Bez względu na to, czy wysoki urzędnik przyjedzie  do małego miasteczka w głębi Rosji, czy w powojennej Polsce, wszędzie napotka na takie same postawy oraz podobne „typy ludzkie”. „Rewizor” Gogola dostarcza nam ich całą (nieodmiennie zabawną) galerię: od Horodniczego i jego rodziny, po zarządców poszczególnych "placówek publicznych". Wszyscy oni marzą o lepszym życiu i wszyscy lękają się kontroli, która ujawniłaby ich ciemne interesy.

Co by się jednak stało, gdyby tytułowy rewizor nie okazał  się prawdziwym urzędnikiem, a jedynie zadłużonym młodzianem, bez skrupułów wykorzystującym pomyłkę miejscowych? Bohaterowie zostaną tu uwikłani w rodzaj gry, w której stawką miały być pieniądze i zaszczyty. Gry – dodajmy – bardzo zabawnej, również za sprawą wspominanego już uwspółcześnienia tekstu. Wszak, jak to u Gogola, ze sceny muszą paść w końcu słowa, iż śmiejemy się z samych siebie.

Niesprawiedliwym byłoby jednak rozpatrywać łódzką inscenizację jedynie w kategoriach wierności historycznym detalom czy innowacyjności projektu. Siłą „Rewizora” jest bowiem przede wszystkim aktorstwo. I to aktorstwo znakomite.

Rewelacyjnie spisują się odtwórcy głównych ról. Marcin Łuczak w roli Chlestakowa (czyli „kandydata na rewizora”) zachwyca bezpretensjonalną ekspresją, podczas gdy Mariusz Jakus (Horodniczy) kreuje sylwetkę zimnego wyrachowanego gracza, gotowego posunąć się do wszystkiego w celu utrzymania swojego stanowiska, a jednocześnie histeryzującego na samą myśl o jego utracie. Znakomicie spisuje się Iwona Dróżdż-Rybińska w roli córki Horodniczego. Razem z  jego sceniczną żoną – Mileną Lisiecką – tworzą przejmująco prawdziwy, a także nieodparcie gorzko-śmieszny obraz relacji między matką i córką.

Łódzki „Rewizor” to jednak spektakl, o którego wartości decydują również wyraziste role drugoplanowe. Fantastycznie spisują się tu Przemysław Kozłowski jako zarządca szpitala czy Mariusz Słupiński jako naczelnik poczty. W „Rewizorze” nie ma postaci słabszych, nieprzyciągających uwagi. Paweł Paczesny z, wydawałoby się, pobocznej postaci policjanta czyni prawdziwy majstersztyk.

Duże znaczenie dla atmosfery spektaklu ma również chór, wyśpiewujący małoojczyźniane pieśni z entuzjazmem przywołującym na myśl grupę harcerzy. Każda z występujących w nim postaci wnosi odrębny koloryt do poetyki przedstawienia.

Nie ma tu jednak miejsca na anarchię. „Rewizor” to spektakl, w którym każda pauza, każdy gest znajduje się pod ścisłą kontrolą. Wszystkie, choćby najdrobniejsze szczegóły podporządkowane zostały spójnej i – co równie ważne – przekonującej wizji reżyserskiej. O powodzeniu tego przedsięwzięcia decyduje wszak nie tylko aktorstwo, ale także sugestywna scenografia Moniki Jaworowskiej, ciekawy podział przestrzeni scenicznej, czy praca świateł, za którą odpowiedzialny był Bartłomiej Dębowski. Sprawdza się pomysł płynnej zmiany dekoracji. To inscenizacja przemyślana, zdyscyplinowana, domówiona z aktorami, a jednocześnie swobodna i wykonana bez scenicznej przesady - słowem - dopracowana w każdym calu.

Jedna z początkowych scen przedstawienia pokazuje rodzinę Horodniczego (aczkolwiek bez głowy domu) zapatrzoną w migające światło telewizora. W zbliżony sposób magnetyzuje widzów również łódzki „Rewizor”. Miejmy tylko nadzieję, że nie bezrefleksyjnie.

Barbara Englender
Dziennik Teatralny
17 listopada 2011

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia