Popkultura pełną gębą

"Dziady" - reż. Radosław Rychcik - Teatr Nowy w Poznaniu

I have a dream. Tak, faktycznie mam marzenie. A raczej miałem. Marzenie, że uda się zrealizować „Dziady" w sposób nowoczesny. W pewien sposób „odmrozić" lekturę i skruszyć beton. Niestety, moje marzenie zamieniło się w koszmar 27 kwietnia o godzinie 19:00 i koszmar ten trwał następne trzy godziny. Rychcikowi nie udało się chyba nic co szumnie zapowiadał w opisach spektaklu. Na pewno nie udało się wiele.

"Dziady" były pilnie wyczekiwaną w Poznaniu premierą. Zapowiadały się pomysłowo i nowatorsko. No właśnie. Zapowiadały się. Zadziwiają mnie pozytywne recenzje tej sztuki. Być może krytycy odnaleźli tam ten ukryty sens, a być może dostali pulę darmowych biletów i nie wypadało pisać źle. Dlatego też spotykaliśmy się z określeniami „ciekawe", „inne", ale nikt nie ostrzegł nas jak bardzo „inne" będzie to co zobaczymy. Reżyser chciał powiązać „Dziady" z walką o równouprawnienie Afro amerykanów w USA. Jak dla mnie pomysł ten był bardzo dobry. Wreszcie ktoś chciał „odczarować" ten dramat i nadać mu uniwersalny charakter. Ale do wykonania swojego zadania nie podszedł zbyt rzetelnie. W wyniku takiego zaniedbania dostajemy kilka luźno powiązanych wątków z popkultury amerykańskiej i naginanie tekstu do granic możliwości. A kiedy możliwości się skończyły – reżyser naginał je dalej. Pokusiłbym się o określenie nadinterpretacja. W efekcie dostaliśmy przedstawienie kompletnie niespójne. Właściwie gdyby zmienić tytuł to pewnie nikt nie miałby zastrzeżeń. Ba! Pewnie wielu nawet by się nie zorientowało...

Żeby nie wyjść na malkontenta mogę przedstawić kilka konkretnych zastrzeżeń.

Pierwsze. To chyba najbardziej rażące zaniedbanie ze wszystkich. Wielka improwizacja odtworzona z taśmy. Gasimy światła, a z głośników wydobywa się występ Gustawa Holubka z filmu „Lawa". I tak przez następnych 15 minut. Pod pozorem nawiązania do tradycji reżyser zapełnił całkiem znaczną część przedstawienia – czyli jest alibi i problem z głowy. Niestety nie. W cenie biletu dostałem coś, co mógłbym zrobić w domu gasząc światła i włączając Youtube. Kompletna porażka.

Jak mówiłem wcześniej otrzymaliśmy przedstawienie w którym nic nie łączyło się z niczym. Kiedy człowiek już miał nadzieję, że rozumie o co chodzi, reżyser pokazywał mu gest Kozakiewicza i trzeba było się zastanawiać od nowa. Przestałem kiedy zobaczyłem członków Ku – Klux – Klanu plujących na siebie kukurydzą... Brak spójności to moje zastrzeżenie numer dwa.

Niejedno słabsze przedstawienie może uratować gra aktorska. W „Dziadach" Radosława Rychcika tak się nie stało. Sam Konrad pojawiał się rzadko – pijąc colę i recytując treść dramatu – to chodząc, zawracając, siadając i wstawiając. Recytował tak monotonnie, że „wyłączyć" można się było po paru minutach. Były jednak jasne punkty. Joker swoją rolę zagrał bardzo interesująco. Ale nic poza tym, ponieważ grał Guślarza. Nie pasowało to kompletnie! Ale reżyser chyba wyczuł, iż ma atut w postaci dobrego aktora, bo Jokera umieszczał w niemalże każdej scenie. Pastereczka Zosia była bardzo kontrowersyjna, ale ja zaliczam ją do plusów w grze aktorskiej. Podobało mi się przedstawienie jej jako typowej „pustej" amerykańskiej lali i myślę, że gdyby w dzisiejszych czasach ta postać z dramatu Mickiewicza istniała naprawdę to mogłaby tak wyglądać.

Kiedy mówiłem o luźno powiązanych wątkach z popkultury, nie sposób nie wspomnieć o ostatniej scenie sztuki, czyli kompletnej podróbce filmu Quentina Tarantino „Django". Była to jednak imitacja tak nieudolna, że aż robiło się przykro patrząc. Odwołania do „Dziadów" jak zwykle nie zauważyłem. Zauważyłem za to księdza „Stephena Hawkinga" Piotra. Przewijał się na swoim wózku przez całą sztukę, ale w ostatniej scenie cudownie ozdrowiał. Najpierw wpadł twarzą w bigos (dosłownie), potem zapalił papieroska, a potem – uwaga, uwaga – wstał i wyszedł. „Palenie zabija"? Po tym co zobaczyłem - nie sądzę. Wracając do zakończenia to było takie jak cała sztuka – dziwne i niespójne. Ale na stole leżał martwy karzeł, więc jak tu się nie zadziwić?

W sztuce znalazłem jeszcze dwa plusy. Pierwszy – przedstawienie zaczęło się jeszcze przed teatrem gdzie statyści, przebrani wyszli do widza udając bezdomnych i sprawdzając jego reakcję. Pomysłowe i skłaniające do myślenia.

Ogromnym plusem było dla mnie wykonanie „Zemsty na wroga" jedyny element pasujący do charakteru spektaklu. Zaaranżowano ją jako pieśń niewolniczą i wyszła naprawdę przejmująco. Jednak tłum nagich ludzi różnych ras ocierających się o siebie jest kolejnym spornym elementem całego obrazu. Jednak za „Zemstę" – wielki plus dla reżysera.

Czy nasze społeczeństwo jest jak „Dziady" Rychcika? Powierzchowne, robiące wszystko na odczepnego i zupełnie ze sobą niepowiązane? Być może. Ale jeśli to miało być przesłaniem sztuki to nie nazywajmy jej tytułem dramatu Mickiewicza bo do niego wiele jej brakuje. Osobiście czuję, że zmarnowałem 3h życia i czasu osobistego. Dodatkowo każda z tych godzin kosztowała mnie 10zł, więc nie był to interes mojego życia. Ale gdyby spojrzeć na to od strony ekonomicznej to zadanie wykonane - o „Dziadach" Radosława Rychcika było głośno, bilety na marzec zostały wyprzedane, a w kwietniu wyprzedadzą następne. Popkultura pełną gębą, czyż nie?

 

Mikołaj Woźniak
dla Dziennika Teatralnego
9 kwietnia 2014

Książka tygodnia

Dostojewski. Portret intymny
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Alex Christofi

Trailer tygodnia

"Odlot" - reż. Anna Au...
Anna Augustynowicz
Tytułowy Odlot nie jest jednak tylko ...