Porozmawiajmy o gatunkach

"Gatunek Żeński" - reż. Bartłomiej Wyszomirski - Kujawsko-Pomorski Impresaryjny Teatr Muzyczny w Toruniu

Wyobraźmy sobie, że przed głównym wejściem do naszego eleganckiego domu na wsi stoi krowa sąsiada. Choć to sympatyczne zwierzę za żadną trawę nie chce się ruszyć, nas to zupełnie nie denerwuje - wszak jesteśmy przecież poczytną AUTORKĄ książek, której być może właśnie ta uparta krowa, jak niegdyś Gertrudzie Stein, mogłaby przywrócić natchnienie.

Tak rozpoczyna się komedia "Gatunek żeński" Joanny Murray-Smith, której polską prapremierę w Kujawsko-Pomorskim Impresaryjnym Teatrze Muzycznym w Toruniu wyreżyserował Bartłomiej Wyszomirski. To jego druga - po ubiegłorocznym "Machiavellim" i zarazem pierwsza niemuzyczna produkcja na scenie przy Żeglarskiej 8. Jej główną bohaterkę, Margot Mason, celowo nazywam "autorką książek" , a nie "pisarką", gdyż ta atrakcyjna kobieta około 60-tki od wielu już lat wręcz hurtowo "produkuje" feministyczne poradniki o pieprznych tytułach, jak: "Mózg waginy", "Poza waginą" czy "Wagina rzeczywistości". Teraz męczy się nad zakończeniem i tytułem kolejnego "bestselleru" dla kobiet. W tej roli Agnieszka Płoszajska - prowadzona przez reżysera od początku na najwyższych obrotach, zdesperowana i wręcz drapieżna - może tym niektórych widzów drażnić, jak każda Kullisenreisserin, ale gdy śledzić będziemy dalszy rozwój akcji - to taki nadekspresyjny sposób jej gry stanie się bardziej zrozumiały. Początek komedii nie zapowiada mianowicie jeszcze komediowego cwału, jaki będzie nam dane oglądać przez 80 minut. Także nagłe pojawienie się w salonie studentki, Molly Rivers (ciekawa kreacja Karoliny Michalik), która podpowiada autorce tytuł "Gatunek żeński" (a ta zaś przyjmuje go za swój "genialny" pomysł), utrzymuje jeszcze akcję spektaklu w tempie adagio - aż do pierwszego wystrzału pistoletu! Po nim (a strzałów będzie zdecydowanie więcej) okaże się szybko, że studentka Molly słynną autorkę uważa za winną nie tylko samobójczej śmierci jej matki, ale także wszystkich spotykających ją nieszczęść, z brakiem talentu pisarskiego włącznie. Zrozumiałe, że takie insynuacje muszą trafić na opór słynnej autorki.

Poza akcją i głównym konfliktem pomiędzy Margot i Molly w "Gatunku żeńskim" niemal trzy czwarte scen zajmuje pojawianie się rozbudowanych postaci, których wątki z coraz to innej perspektywy naświetlają temat główny. Córka Molly - Tess Thorton (fenomenalna i błyszcząca wielobarwnością w tej roli Dominika Figurska), umęczona matkowaniem trojgu dzieciom, która ma już serdecznie dość budowania makietek do szkoły i odpowiadania na pytania bezrozumnych jeszcze istotek, bez ogródek przyznaje się do porażki swego macierzyństwa. Gdy trafia przez francuskie drzwi do salonu i widzi przykutą kajdankami do biurka matkę, po pierwszym szoku ("Słuchaj, mnie to nie przeszkadza. To znaczy, nie będę oceniać. Każdy ma swoje upodobania, prawda?") zaczyna się konfrontacja jej problemów z feminizmem matki. To staje się w spektaklu swoistą mieszanką wybuchową: z jednej strony mamy utracone marzenia córki o karierze, z drugiej poglądy i oburzenie na te pretensje Margot. Joanna Murray-Smith w swej komedii bardzo inteligentnie wprowadza konflikt wykluczających się światopoglądów: postfeminizmu w kontrze z klasycznym modelem kury domowej, przy czym nie tylko te kwestie porusza w "Gatunku żeńskim". Gdy do salonu Margot zawita jej zięć - Bryan, szczerze zatroskany o stan żony (teściowej nie), niezbyt inteligentny, ale kochający (choć bez żaru), to antagonizmy popłyną w zupełnie inną stronę - klasycznie ustalanych ról męża i żony. Kapitalnie i z lekkim odcieniem kpiny kreuje tę postać Michał Chorosiński, to właśnie jego poczciwy yuppie w klasycznym garniturze wywołuje największy śmiech publiczności. Mniej więcej po godzinie napięcie w przedstawieniu opada i to nie z winy reżysera, ale samej autorki. Jest to scena pojawienia się w salonie taksówkarza Franka - skrzywdzonego przez kobietę macho (idealny w tej roli, dzięki wrodzonym warunkom Jeremiasz Gzyl). W tym momencie akcji komedii zaczyna nieco brakować spójności oraz tempa, widz zaczyna się kręcić, ale za chwilę niepokój całego trzymanego pod pistoletem towarzystwa wraca do pierwotnej lotności. Kim w finale naprawdę okaże się jeszcze jedna postać sztuki - agent i przyjaciel Margot Theo Reynolds (Dariusz Bereski - dobrze grający geja bez afektacji), to już pozostawię widzom na deser z niespodzianką w samym Teatrze.

Ważnym elementem spektaklu jest zaprojektowana z dużym poczuciem humoru scenografia Izy Toroniewicz, podkreślająca atmosferę urokliwego żartu i przypominająca widzom, że nie wszystko tutaj należy przyjmować zupełnie na poważnie. Jaskrawe barwy foteli-worków sako, w których aktorzy zapadają się w chwilach oddechu, puchaty dywan, wielkie lustra i wreszcie kolorowa krowa, obejmująca swym pyskiem i zawieszeniem tylnym całą scenę(!). Projekty kostiumów Wandy Kowalskiej, podobnie jak w "Machiavellim", nie cechują się aż tak artystycznym polotem, jednak przy wyrazistej grze i barwnej oprawie plastycznej, nie ujmują w stworzeniu wyrazistych postaci. Dziwi za to tak bardzo skąpa warstwa muzyczna spektaklu, ograniczona tylko do "And I Love Her" The Beatles, pięknie wykonanej na gitarze przez Pat'a Metheny we wstępie i "Mrs. Robinson" duetu Simon & Garfunkel.

"Gatunek żeński" to bardzo sprawnie wyreżyserowana komedia, zdecydowanie dla dorosłych, pełna silnych żartów językowych, erotycznych i popkulturowych (świetne tłumaczenie Lucasa Adamczyka), z tekstem przy tym mocno "przegadanym" w pozytywnym tego słowa znaczeniu - wszak jego postaci to swoiste karykatury ludzkich charakterów. Wszyscy tutaj chcą o sobie opowiedzieć: agresywna post-feministka wspomina pijacką imprezę na Kings Road ("W tę noc, kiedy Mick zerwał z Marianne Faithful"), jej zagubiona mentalnie córka chciałaby być kimś więcej niż tylko matką i żoną, a urażona studentka pisać genialne powieści. Tymczasem mężczyźni w tym inteligentnie dowcipnym przedstawieniu są "z Marsa": albo dbającym tylko o własne interesy gejem, albo głupkowatym zięciem czy też rozgoryczonym kobietami macho Tak postmodernistyczny świat gatunku ludzkiego widzi jego autorka, a my możemy się z niego głośno i szczerze pośmiać.

Tekst pochodzi ze strony: http://menazeria.eu/

Aram Stern
teatrdlawas.pl
6 lutego 2016

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...