Porozmawiajmy o kobietach

"Bachantki" - reż. Maja Kleczewska - Teatr Powszechny, "Cząstki kobiety" - reż. Kornél Mundruczó - TR Warszawa

Temat feminizmu i kobiet w polskim teatrze nie milknie i w tym sezonie był poruszany przez wielu twórców. Ostatni miesiąc roku przyniósł widzom dwa przedstawienia, które zdecydowały się odnieść do tej problematyki. Jak wyszło? W każdym ze spektakli z innym skutkiem.

Nic nie skumaliście z tego feminizmu

Wydaje się, że „Bachantki" w reżyserii Maji Kleczewskiej dotknęła Klątwa. Z rozmysłem piszę słowo Klątwa z dużej litery, bo odnoszę wrażenie, że teatr Powszechny nadal nie może znaleźć swojej drogi po wielkim sukcesie spektaklu pod tym właśnie tytułem. I niestety ze sztuką Kleczewskiej stało się podobnie.

Duże oczekiwania, premiera w czasie wydarzenia „Feminizm! Nie faszyzm" zapowiadały ucztę. Ucztę wizualną i intelektualną, którą Kleczewska pokazała chociażby w swoim tryptyku (Dybuk, Malowany Ptak i Golem). Liczne wywiady w prasie zapowiadały przedstawienie o równości, siostrzeństwie i kobiecej rewolucji. Stało się jednak inaczej, a reżyserka zamiast budować feminizm, wepchnęła jego przeciwnikom broń w rękę. Kleczewska od początku zdecydowała się dzielić, sadzając oddzielnie kobiety i mężczyzn, a ostatecznie wypraszając ich z końcowego aktu. Nie pomogło również wykorzystanie na scenie żywych węży. I niestety, co piszę z wielkim zawodem, przedstawienie „Bachantki" idealnie podsumowują słowa siedzącej obok mnie dziewczyny, która wykrzyczała: „nic nie skumaliście z tego feminizmu" i wyszła nie czekając na oklaski.

Co się udało? W spektaklu świetnie zagrała Magdalena Koleśnik. Na ogromną uwagę zasługuję również Sandra Korzeniak, w roli upiornego Dionizosa. Uwodziła również pierwsza scena, w której Kleczewska bawi się przyjętymi rolami kobiecymi, wchodząc z nimi w dialog. Niestety reszta przedstawienia to zbitki z "Wesela" Klaty, naciągane nawiązania do „Mefisto" Błońskiej i wspominanej już „KIątwy" w reżyserii Frljića. Niestety, tym razem nie wyszło.

Zebrane „Cząstki Kobiety"

Skrajnie inne uczucia towarzyszą poruszającej sztuce Mundruczó. Aby zakochać się w „Cząstach Kobiety" wystarczy moment. Moment, w którym widzimy genialną Justynę Wasilewską w czasie porodu, chwila w której bohaterowie gromadzą się przy rodzinnym stole udając, że wszystko będzie dobrze czy scena, w której dwie zwaśnione i nierozumiejące się siostry zaczynają „rytualny" taniec z szarfami przy utworze Felicità. Wybitne jest tutaj wszystko poczynając od gry aktorskiej (każdemu z aktorów należą się ogromne słowa uznania!), kończąc na prostych, ale jakże aktualnych i ważnych dialogach. To Teatr przez duże T, taki który siedzi w widzu długo po zakończeniu wszystkich braw i taki na który ma się ochotę pójść po raz kolejny i wracać jeszcze raz.

Doskonały jest tutaj również sposób, w jaki reżyser rysuje kobiety. Mundruczó kreuje silne i niezależne postaci, a monolog Mai (rewelacyjna Justyna Wasilewska) powinien zostać zapamiętany przez kolejne pokolenia. Wychodząc z teatru miałam łzy w oczach, nie ja jedyna. Również nie ja jedyna wstałam z miejsca i klaskałam. Niech to będzie rekomendacja, aby zobaczyć ten genialnie prosty i potrzebny spektakl o nas samych.

Julia Downarowicz
Dziennik Teatralny Warszawa
21 grudnia 2018

Książka tygodnia

Tamara Łempicka. Sztuka i skandal
Wydawnictwo Marginesy
Laura Claridge

Trailer tygodnia

Artyści w spocie przec...
Andrzej Seweryn, Magdalena Boczarska,...