Porzucić niebo i wrócić na Śląsk

"Czarny ogród" - reż. Jacek Głomb - Teatr Śląski w Katowicach

Czytałeś „Czarny Ogród" Małgorzaty Szejnert? Nie? To świetnie. Przyjdź do Teatru Śląskiego na sztukę w reżyserii Jacka Głomba. Oglądając spektakl będziesz miał wrażenie, że ten obraz został wymyślony specjalnie dla teatru. Oto największy sukces jego twórców.

Przedsięwzięcie ma być prezentem miasta, dla jego mieszkańców, z okazji 150-lecia powstania Miasta Katowice. Organizatorzy sięgnęli po dzieło arcy-śląskie - książkę-reportaż Małgorzaty Szejnert. Dzieło monumentalne, opisujące na przestrzeni wielu pokoleń dzieje miasta, a dokładniej Nikiszowca i Giszowca, związane z nimi historie ludzi, miejsc i wydarzeń historycznie przełomowych. „Czarny Ogród" tworzy ogromna ilość osobnych opowieści, informacji, strzępki dokumentów, wspomnień i historycznych faktów. Jak więc przenieść tak obszerny tekst o znamionach dokumentu na scenę? Jak zrobić to dobrze?

Kluczowym wydaje się także inne pytanie. Czy spektakl ma być dla nowicjuszy? Czy ci, którzy nie znają kultowej książki, pojmą jej fenomen? To, co pisarce świetnie wychodziło w formie reportażu, w ponad trzygodzinnej zostało sfabularyzowane przez Krzysztofa Kopkę, a miejsce wnikliwości zajęła poetyka. Wielbiciele Małgorzaty Szejnert będą zadowoleni z faktu, że reżyser odcina się od cepelii, w czytelny sposób opowiada jedynie wybrane historie i całkiem zgrabnie nawiązuje do najważniejszych motywów książki, nie tracąc przy tym autentyczności, która wynika jasno z faktu, że historie ze sceny wydarzyły się naprawdę. Miłośnikom to wystarczy, reszta z pewnością sięgnie po oryginał.

Fabularność tego spektaklu wydaje się płynąć pośród fal obrazków i wspomnień związanych postaciami, które pojawiają się u Szejnert. Tłem są najstarsze dzielnice Katowic – Nikiszowiec i Giszowiec. Klamrą spektaklu jest surrealistyczny wątek Wojciecha Bywalca, który porzuca niebo, żeby wrócić... na Śląsk. Kanwą są autentyczne historie Ślązaków. Poznajemy rodzinę Badurów i ją – Dorkę (Aleksandra Fielek), dziewczynę, która w młodości chciała zostać świętą. A została profesorem. Młody Ewald (Bartłomiej Błaszczyński), powołany do Wehrmachtu, jako obywatel gorszej kategorii musiał porzucić studia w Akademii Sztuk Pięknych w Dreźnie i zamiast do pracowni malarskiej trafił na front. Po wojnie oskarżony był o zdradę. Dziś Ewald Gawlik, zwany jest van Goghiem z Nikiszowca. Wzrusza historia Ludwika Lubowieckiego (Grzegorz Przybył), którego nieuleczalnie chory syn motywuje do wielkich (jak na owe czasy) czynów. To dzięki niemu powstał m.in. pierwszy ośrodek dla niepełnosprawnych dzieci w w Giszowcu. Te różne, pozornie nie związane ze sobą historie opowiedziane w subtelny sposób, składają się na panoramiczny i (teatralnie) wyczerpujący portret ludzi „stąd", które Krzysztof Kopka zapożyczył od Małgorzaty Szejnert.

Istotą spektaklu nie jest bowiem „dzianie się", ale szczególny klimat Jacek Głomb osiąga dzięki choreografii Witolda Jurewicza, muzyce Bartka Starburzyńskiego i scenografii Małgorzaty Bulandy. Jak za pomocą środków parateatralnych stworzyć tło, które nie epatuje śląskością, a jednak współtworzy z warstwą leksykalną klimat z reportażu Szejnert?

Jak zwykle okazuje się, że proste rozwiązania są najlepsze. Tło scenografii nawiązuje do przestrzeni kopalni. Interesujące w swej prostocie okazują się przede wszystkim rekwizyty. Drewniane wagoniki imitujące te z kopalni, koniki na biegunach oraz obrotowa scena (stworzona specjalnie na potrzeby spektaklu) nadająca mu wymiar trójwymiarowości, wzbogaconej o przestrzenność ruchu, to koncepcja właściwa. To, co robią z nimi aktorzy to wartość dodana. Koniki na biegunach będące raz metaforą ogniska domowego, wojny, wesołego miasteczka czy zniszczeń dokonywanych przez komunistycznych urzędników aż proszą się o pochwałę. Kostiumy mówią same za siebie odsyłając widza w pożądaną epokę. Muzyka podkreślająca nostalgiczny charakter obrazu a jednocześnie podkreślająca muzyczne fascynacje Ślązaków i ich ciągoty do wspólnego śpiewania (w przedstawieniu znalazły się autentyczne pieśni górników). Choreografia sceny w salonie fryzjerskim bawi widzów swoją wymownością.

Spektakl traci nieco swoją poetycką dynamikę, zwłaszcza po drugiej połowie. Traci na rzecz wydarzeń dramatycznych. Może to efekt zamierzony? Wszak czas wojny oznacza koniec poezji i metafor. A główni bohaterowie czyli Nikiszowiec i Giszowiec, swoje lata świetności mają za sobą. Zostali tylko ludzie, którzy próbują niszczyć i próbują ratować.

Całości dopełnia nowoczesny PR i dobrze skrojony program. Są to elementy, o którym się zwykle nie mówi, ale w tym wypadku zasługują na wzmiankę (i naśladowanie)! Głośnym (także w mediach) był projekt instalacji scenograficznej, ustawiony tuż przed wejściem do budynku Teatru Śląskiego, który z pewnością intrygował przypadkowych przechodniów, będąc reklamą samą w sobie. Chapeau bas!

"Czarny ogród" Jacka Głomba nie jest opowieścią historyczną. Mimo, że sporo w nim faktów i odniesień do poszczególnych wydarzeń, to jednocześnie nie ma dat i nie ma dyscypliny faktograficznej. Jest za to szczególny, artystyczny wyraz, na który wpływają właściwie wszystkie elementy składające się na spektakl. Scenografia, muzyka, kostiumy, rekwizyty, ruch sceniczny całości i układy choreograficzne poszczególnych postaci to spójne, zależne od siebie nawzajem, uzupełniające się i poukładane w jedną konsekwentną, urokliwą całość elementy. Prowadzona w charakterystycznym klimacie, konsekwentnie od początku do końca nieśpieszna narracja, została zaprojektowana raczej na odbiorcę wrażliwego, potrafiącego dostrzec i życzliwie zaakceptować szczególny jej rytm dający czas na przemyślenie i refleksję. Właśnie z uwagi na te założenia wydaje się, że katowicka inscenizacja w przeciwieństwie do książki jest przeznaczona bardziej dla odbiorcy spoza Górnego Śląska niż dla tych, których ta opowieść bezpośrednio dotyczy. Jest to jedna z najważniejszych zalet „Czarnego ogrodu". Zrealizowana lekką, wprawną i doświadczoną ręką reżyserską przy znakomitej formie artystycznej aktorskiego zespołu, pozbawiona swojej językowej hermetyczności, pozwala nie tylko łatwiej poznać Śląsk i Ślązaków, ale także zrozumieć i zaakceptować obyczaje i historię dziejącą się tutaj przez ostatnie dziesięciolecia. Tym spektaklem Jacek Głomb w istotny sposób przysłużył się Śląskowi i jego mieszkańcom oddając na jubileusz ważny, niecodzienny teatralny prezent.

Alexandra Kozowicz
Dziennik Teatralny Katowice
20 kwietnia 2015
Portrety
Jacek Głomb

Książka tygodnia

Piękne zielone oczy
Wydawnictwo Czarne
Arnošt Lustig

Trailer tygodnia

Gdziekolwiek - wibracj...
Mariusz Kiljan
Wszędzie na świecie rodzimy się i umi...