Powaga kiczu

"Posprzątane" - reż: Mariusz Grzegorzek - Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi

Eklektyzm tematów i środków językowych, jaki można odnaleźć w twórczości Sarah Ruhl, zadziwia, choć i budzi wątpliwości. Pojawiają się u autorki motywy antyczne (mit o Orfeuszu i Eurydyce), choć zdają się dominować historie romansowo-obyczajowe. Duży sukces dramatopisarki świadczy o niekwestionowanej wartości tych utworów, choć nie są one specjalnie odkrywcze. Przewijające się u niej główne tematy to między innymi: krytyka instytucji małżeństwa i mieszczańskiego sposobu życia (dziś powiedzielibyśmy: sposobu życia klasy średniej), pochwała romantycznej miłości czy ludzki lęk przed śmiercią i samotnością. Autorka ,,Posprzątane" mistrzowsko operuje językiem, niejednokrotnie pełnym banałów, choć świetnie skonstruowanym

W łódzkiej realizacji jej najsłynniejszego dramatu Grzegorzek stawia na dość niebezpieczny koncept - ucieka się do konwencji typowo komediowej, co przede wszystkim odbija się na odbiorze zawartego przekazu. Wierność didaskaliom objawia się głównie w scenografii - idealnie sterylnej, białej, z alabastrowymi ścianami i meblami - stworzonej w zgodzie z sugestią Ruhl. Nie ma jednak wyświetlania napisów, mających nazwać poszczególne części, co też zalecała autorka. Ale to ma pozytywny wpływ na płynność spektaklu, zyskującego dzięki całościowemu poprowadzeniu akcji. Pojawiają się latynoskie rytmy, portugalskie partie tekstu, piosenki i nawet akcenty.

Reżyser decyduje się na widowiskowość, choć - co ciekawe - pozbawioną złudzenia fikcji scenicznej. Wspomniany komizm osiąga przede wszystkim dzięki świetnej grze aktorów. Z dwójki sióstr wyróżnia się Gabriela Muskała jako Virginia, znerwicowana, zależna od konwenansów kobieta z tłumioną, wybuchową osobowością. Znakomita jest Ana Agnieszki Kowalskiej, dostojna, przyjmująca mastektomię i śmierć w wyniku raka z godnością dojrzałego człowieka. Justyna Wasilewska jako Matilde radzi sobie dobrze, ale jej postać grana jest na jednej nucie, nie ewoluuje jak inne postacie; może tylko z Charlesem jest podobnie. W wykonaniu Mariusza Witkowskiego jest on poważnym, statecznym przedstawicielem swojego zawodu, w wyniku miłości do Any literalnie wariuje i traci całą otoczkę stoika. Niestety jest to bardzo niewiarygodna i mało subtelna przemiana. Wreszcie Lane Mariety Żukowskiej, która wydaje się najbardziej płytką interpretacją aktorską w spektaklu, choć pokazuje jednak pazur w scenie depresji osamotnionej kobiety.

Te kreacje są niejako z góry wymuszone i psychologicznie uboższe przez zamysł samego Grzegorzka, który każe aktorom szarżować. W wyniku tego warsztatowo przedstawienie jest dopracowane, ale traci na emocjonalnej głębi. Do czasu pojawienia się na scenie postaci Charlesa i Any przypomina łódzki spektakl nieźle zrealizowaną komedię pomyłek, z taneczno-muzycznymi wstawkami, które irytują banalnością i brakiem pomysłu, jak przy ,,You and me and time" Georgetty Jones. Potem kicz wdziera się jeszcze mocniej - krzyk aktorów do włączonego mikrofonu nie jest wcale najlepszym sposobem zwrócenia uwagi widza ani podkreśleniem emocji granych postaci. Jeśli mowa o rybkach w akwarium, po co od razu wprowadzać na scenę latającego, dmuchanego błazenka? Komizm raz jest oparty na typowo angielskim czarnym humorze, ale głównie obraca się wokół schematów amerykańskich. A białe jelonki? Wyprawa Charlesa na Arktykę po cisa (u Ruhl drzewo było w Indiach)? Symbole miłości i poświęcenia ulegają zbanalizowaniu.

Tylko że w pewnym momencie Grzegorzek mówi: w tym szaleństwie (kiczu) jest metoda. Spod szwów wyłaniają się smutne obrazy i przekazy. Gorączkowe poszukiwanie przez Matilde dowcipu doskonałego kończy się opowiedzeniem go umierającej Anie. Mając w pamięci wspomnienia młodej sprzątaczki, według których jej własna matka umarła na atak śmiechu po żarcie ojca, dostrzegamy całą smutną ironię życia. Tylko pozornie Anę zabija kawał. Jej zgon i tak wynika z raka. Dowcip Matilde pomaga jej odejść z uśmiechem na ustach. Czy nie tak samo było z rodzicielką bohaterki Wasilewskiej? Mimo to ona sama, zdaje się, nie potrafi tego przyjąć do wiadomości.

Tytuł przedstawienia pokazuje jednocześnie chęć ułożenia sobie życia, uporządkowania go własnymi lub cudzymi rękoma. Tylko że bałagan robi się nieustannie. Warto zwrócić uwagę, że po kłótni z Virginią Lane zaczyna sama sprzątać swoje mieszkanie, choć podkreślała w pierwszym akcie, że nienawidzi tego robić. To, czy nieoczekiwana miłość Charlesa i Any albo wybuch złości Virginii pokazują wszystkie pozytywne i negatywne aspekty ludzkich poczynań i konfrontacji, które nie pozwalają, by koszule były wyprasowane, bielizna równo ułożona, a poduszki leżały na kanapie. Nie sposób zlekceważyć faktu, że cudowne i objawione uczucie męża Lane powoduje, że ona sama popada w ciężką depresję.

Wszystko to ujęte jest w olbrzymi nawias, o czym świadczą częste zwroty do publiczności. W jednej scenie bohaterka Żukowskiej mówi wprost: ,,czy to jakiś pierdolony brazylijski serial?". To nie przypadek. Konwencja opery mydlanej pasuje jak ulał do realizacji Grzegorzka. Realne problemy zostają tu w nieodpowiednich proporcjach przedstawione przez nieświadomie pusty śmiech, wzniosłe słowa i kiczowate efekty. Twórcy spektaklu muszą zdawać sobie sprawę z tego dysonansu.

Głównym problemem łódzkich ,,Posprzątane" jest nachalna tonacja buffo, która nie pozwala wybrzmieć w pełni tekstowi Ruhl, niejednoznacznemu i bardziej bogatemu stylistycznie. Podejściu Grzegorzka odpowiada pomysł zastąpienia tańczącej pary dorosłych w dramacie dziećmi. Infantylizowanie rzeczywistości w przedstawieniu nabiera wtedy ciężkości, jeśli tylko pozbyć się otoczki efekciarstwa. Mimo to wielką zaletą spektaklu jest fakt, że trwa on prawie trzy godziny, jednak ani razu nie zwalnia tempa i nie nudzi. Już to jest sporym osiągnięciem. Dzięki temu można oswoić się ze stylistyką reżysera i cieszyć się samym rytmem widowiska, spod którego nie wyziera pustka, lecz także to, co prawdziwe i dojmujące, choć ukryte.

Szymon Spichalski
Teatr dla Was
8 lutego 2012

Książka tygodnia

Kto ukradł jutro?
Wydawnictwo ALBUS
Olga Ptak

Trailer tygodnia