Powrót do domu

"Potop" - reż. Jakub Roszkowski - Teatr Śląski w Katowicach

Gdy opadł bitewny kurz, ucichły odgłosy walki, żołnierze polegli, gdy już dawno pochowaliśmy epickie opowieści o ich bohaterskich czynach, bo nas zwyczajnie znudziły, nieoczekiwanie znaleźliśmy się na wymazanym patriotyczną krwią cmentarzu, na którym ustawiono siedem białych trumien.

Niby nic osobliwego, gdyby nie przejmujący śpiew. To śpiewała zapomniana przez wszystkich Oleńka, jakby chciała zbudzić śpiących rycerzy, nie tych spod Giewontu, ale zaklętych w powieści Sienkiewicza. Czy ktoś ją jeszcze czyta? Pamięta z lektury, nie adaptacji filmowej czy streszczenia? Może warto przyznać się przed samym sobą, okazją ku temu znakomitą jest najnowszy spektakl Teatru Śląskiego.

"Potop", bo o nim mowa, przysposobił dla teatru i wyreżyserował Jakub Roszkowski. Po co mu to było? Może chciał coś istotnego zakomunikować widzom, których serc Sienkiewicz już nie pokrzepi. Może zapragnął przeczytać na nowo tego autora, ożywić jego mowę, ubrać w modne szaty, pokazać jak wiele współczesności, co prawda bardzo odległej od tamtych realiów, odbija się w opisanych zdarzeniach, wartkim toku akcji, postaciach, epizodach, obyczajowości. W końcu dotyczy to również nas, przeglądających się w Sienkiewiczowskich bohaterach, którzy wskrzeszają w spektaklu szczególne cmentarzysko zapomnienia.

Nie ma przy tym większego znaczenia - mimo że Roszkowski uczciwie podąża za autorem "Trylogii" - wierność prawdzie historycznej czy uproszczenia, które przez dziesiątki lat zarzucano pisarzowi. Sam kwitował je następująco: „czyż nie lepiej i zdrowiej, zamiast malować dzisiejszy stan umysłów i ludzi, dzisiejszą ich nędzę, sprzeczność z samymi sobą, bezsilność i szamotanie się - pokazać swemu społeczeństwu, że były chwile jeszcze gorsze, straszniejsze i bardziej rozpaczliwe i że pomimo tego ratunek i odrodzenie przyszło. Tamto może do reszty zniechęcić i zrozpaczyć - to sił dodaje, nadzieję wlewa, ochotę do życia zagrzewa".

I tu pojawia się zasadnicze pytanie: czy odkurzona galeria postaci, unieruchomiona przez szkolny kanon lektur, czytana przez stereotypy, znane od lat klisze, może dziś jeszcze stanowić pojemny w znaczenia materiał do opisywania obecnego świata i, co chyba najważniejsze, nas samych? Jak się okazuje może.

Twórcy tego bardzo oryginalnego przedstawienia pokazali, że mają sposób, aby z powieści Sienkiewicza wydobyć znane na pamięć historie, ożywić je w nieoczekiwanej, czasem prześmiewczej, groteskowej, ironicznej formie.

Przerzucać karty powieści i kolejne epizody nie izolując się od rzeczywistości pełnej wrzenia i hałasu. To właśnie stamtąd dotrą do nas wplecione w kwestie aktorów współczesne, czasem kiczowate, popularne brzmienia, piosenki znanych wykonawców, obecne w zbiorowej pamięci w charakterze komentarza do tekstu, czasem aby podnieść atrakcyjność epizodu, czy pokazać, iż każda żenada i patos mogą docelowo przybierać formę parodii. Stąd ABBA, Elektryczne Gitary, a nawet Pakto-fonika, Dwa plus Jeden, czy religijna Barka oraz wiele znanych melodii pobrzmiewających zupełnie nieoczekiwanie w niektórych miejscach spektaklu i nie ma co wydziwiać, bo wszystko, co popularne, zrozumiałe dla ogółu odnaleźć można również na kartach powieści.

Ten spektakl to bardzo atrakcyjny ciąg pędzących obrazów, grany w dobrym tempie, pośród świetnej, funkcjonalnej scenografii oraz imponujących kostiumów autorstwa Mirka Kaczmarka i mimo ewidentnych ukłonów w stronę publiczności, żartów, czasem wziętych w cudzysłów scen, przynosi fragmenty, których wymowa zachwyca, skłania do myślenia. Jest taki moment, gdy znakomita Anna Kadulska w poplamionej krwią sukience, jako pomięta przez narodowe obowiązki Najświętsza Panienka, niczym w figurze pięty, trzyma na kolanach zmęczonego Kmicica (dobra, grana z wyczuciem temperatury sytuacji rola, czasem zabawnego, innym razem refleksyjnego Michała Rolnickiego), który śpiewa parafrazując słowa Agnieszki Osieckiej: „a ja jestem, proszę pani na zakręcie". Podkreśla w ten sposób, że dość ma już tarzania się w pyle bitewnym, nie obchodzą go narodowe tromtadracje a jego powrót zza światów na zbrukaną krwią powierzchnię świata, ma pokazać, że podobni bohaterowie mogą powiedzieć coś współczesnym tylko podejmując, nawet narażając się na śmieszność, dialog z nowoczesnością. To chyba najbardziej nostalgiczne miejsce tego spektaklu, mimo ewidentnego dystansu, zwraca uwagę na bardzo istotny problem: powracającym zjawom coraz trudniej mierzyć się z życiem, wszak bardziej są przykładami nieprzystosowania niż bohaterstwa. Jak czytamy w innej powieści Sienkiewicza Bez dogmatu ten stan, który prezentują „pochodzi z wyłączenia się duszy z ogółu otaczających ją rzeczy" Pozostaje pustka, którą trzeba wypełnić.

Te oraz inne nawiązania, jak choćby w innej śpiewanej scenie, gdy Wołodyjowski (tę postać odtwarza bardzo oryginalnie i pomysłowo Mateusz Znaniecki) przypomina słynną "Pieśń o małym rycerzu" śpiewaną kiedyś przez Leszka Herdegena, autorstwa Wojciecha Kilara i słowami Jerzego Lutowskiego z 1969 roku; uzmysławiają nam jak daleko jesteśmy dzisiaj od tamtego pojmowania bohaterskich dokonań i jakie zmiany zaszły w zbiorowej świadomości przez wszystkie dekady, że teraz z dystansem, ironią i humorem patrzymy na pełne patosu rytuały. Spektakl Roszkowskiego za bardzo atrakcyjną, barwną fasadą kryje także gorzką prawdę o współczesnym sposobie pojmowania narodowych mitów i w ogóle wszelkich pokrzepień. Wobec faktu, że nasza świadomość opiera się na fragmencie, coraz trudniej jest nam pojąć, jak może wyglądać wspólnota, życie zbiorowe opisywane przez Sienkiewicza.

Należy pamiętać, że u niego za idealizowaną przeszłością funkcjonowała bolesna, nieakceptowalna teraźniejszość, więc może i my czytajmy opisywane historie w perspektywie współczesnej, jak w spektaklu, nieoczywistej, pełnej zdarzeń dokonanych, fikcjonalnych i dziś nieco zetlałych.

Twórcy "Potopu" wyciągają z cmentarzyska zapomnienia Kmicica, Oleńkę, czy Wołodyjowskiego nie po to, by krzepić współczesnych, ale poprzez umieszczenie ich w popkulturowym otoczeniu, przypomnieć, że gloryfikowana kiedyś przeszłość nie była tak postrzegana przez tych, którzy w niej żyli. Gdy wspomniana Oleńka (pokazana niezwykle atrakcyjnie przez Klarę Brodę) nuci pieśń otwierającą spektakl, towarzyszy nam przeczucie, że step szeroki nie będzie miejscem odtwarzania kolejnych, znanych na pamięć Sienkiewiczowskich historii, adorowania wytartych powiedzonek, znanych niektórym już tylko z reklam, ale dokona się tu coś więcej niż tylko grzebanie w idealizowanej literacko przeszłości. Z sensów, znaczeń, pomysłów, konceptów powieści udało się reżyserowi wydestylować to, co z trudem poddaje się przedstawieniu i może jedynie zaistnieć jako pogłos przeszłości, coś niespodziewanego, zaskakującego w zestawieniu z kultowymi tekstami naszych czasów. Gdy śledzimy dobrze zagrane potyczki, całe układy choreograficzne, spory bohaterów tej historii, gdy Zagłoba (Marcin Gaweł), Skrzetuski (Kamil Suszczyk) i Wołodyjowski przerzucają się dialogami budując ciekawe sytuacje znane nam od zawsze, gdy Roch Kowalski, przeor Kordecki, Janusz Radziwiłł uzupełniają miejsca w barwnym i szalonym korowodzie przypominającym o dziejowych momentach historii - mamy wrażenie, iż spotkanie z ich obecnymi wcieleniami jest szczególnego rodzaju przyjemnością, bo wyjętą z mogiły zapomnienia, nie stawiającą już żadnych wymagań, nie będącą zagrożeniem, która w pełni podlega władzy naszej wyobraźni. Tłem dla niej jest ciekawa muzyka Dominika Strycharskiego. W tym wszystkim nawet ból, by zacytować autora Potopu, przechodzi w rozkosz.

Nie wiadomo dlaczego, gdzieś pod koniec tego tętniącego kolorami, muzyką, ruchem i słowem widowiska przypomniała mi się znana piosenka Bułata Okudżawy o odważnym żołnierzu, który nie zdając sobie sprawy, że jest jedynie papierową zabawką, ginie wchodząc w ogień. Może sprawiła to świadomość płynąca z teatralnej lektury Sienkiewicza, że chyba żaden inny naród nie jest tak mocno przywiązany do rzeczy martwych i mimo upływu czasu wciąż nie umie obchodzić się z pamięcią o przeszłości, wyzwolić się z idealizującego ją postrzegania. Widzowi oglądającemu przedstawienie na szczęście towarzyszy nadzieja, bo przekonano go w prosty sposób, że przeszłości nie należy traktować jako ideału i takie o niej myślenie trzeba odsunąć w historyczny oraz materialny niebyt.

A Sienkiewiczowski obraz życia ukazany na kartach poczytnej kiedyś powieści niech stanie się, jak w opisywanym tu teatralnym spektaklu, pełnym blasku i barw powrotem w przeszłość z wszystkimi możliwościami, jakie daje współczesna lektura.

Wojciech Lipowski
Śląsk
25 lutego 2021
Portrety
Jakub Roszkowski

Książka tygodnia

Piękne zielone oczy
Wydawnictwo Czarne
Arnošt Lustig

Trailer tygodnia

Gdziekolwiek - wibracj...
Mariusz Kiljan
Wszędzie na świecie rodzimy się i umi...