Powrót Maricy

"Hrabina Marica" - reż: Henryk Konwiński - Gliwicki Teatr Muzyczny

Czytasz "Hrabina Marica". Myślisz - kolejna niecodzienna historia miłosna. Myślisz - lekki i przyjemny sposób na spędzenie sobotniego wieczoru. Myślisz - chwila wytchnienia i oderwania od rzeczywistości. Myślisz i masz rację. Na scenie Gliwickiego Teatru Muzycznego ponownie zagościła słynna operetka Kalmana.

Po prawie dwudziestu latach na deski gliwickiego teatru powróciła jedna z najsłynniejszych operetek Kalmana w reżyserii Henryka Konińskiego. Powróciła odświeżona i „wypoczęta”, pełna entuzjazmu i humoru.  

Jak wiadomo, temat operetek powinien być lekki i przyjemny. Jeżeli chodzi o przedstawienie „Hrabina Marica” tak właśnie jest. To perypetie miłosne pięknej i bogatej hrabiny Maricy (Małgorzata Długosz) oraz Tassilo Endrody-Wittenburga (Witold Wrona) – zubożałego hrabiego, pod przybranym nazwiskiem zatrudnionego, jako rządca w jej majątku. To stylizowana na baśniową opowieść historia, która swą fabułą przypomina trochę sławnego Kopciuszka, tyle że tym razem do czynienia mam raczej z „Kopciuchem”, bo to Tassilo jest biedny i dumny, natomiast Marica bogata i wydawałoby się dla niego nie dostępna. Oczywiście wraz z rozwojem akcji dowiadujemy się, że para głównych bohaterów zakochuje się w sobie, ale aby ich miłość mogła zostać spełniona, musi przejść wiele prób, na które wystawi ją los. 

Operetka zachwyca pięknym rozwojem akcji (tutaj oklaski w stronę reżysera). Na początku bowiem widzowie poznają smutną historię życia Tassilo, co kojarzy się raczej z dramatem, jednak wraz z pojawianiem się na scenie kolejnych postaci, akcja dramatyczna przeradza się w zupełną komedię. Sprzyjają temu przede wszystkim bohaterowie, tacy jak np. Koloman Żupan (Arkadiusz Dołęga), który zostaje określony mianem „przystojnego, mądrego, ale przede wszystkim szalonego” (słowa zakochanej w nim Lizy – Wioletta Białk), na co składają się wszelkie jego podrygi, podskoki i zabawne wypowiedzi, Populescu (Jerzy Gościński) podstarzały arystokrata, którego hasłem wieczoru jest zdanie: „Nie denerwuj się Moryc”, Księżna Cudenstein (Danuta Orzechowska), tutaj nie mogę nie wspomnieć też o jej szoferze (Jurij Stesew) ubranym w kłusą, skórzaną kamizelkę, który pomimo braku kwestii mówionych, śmieszy przede wszystkim swym strojem i zachowaniem.  

Piękna scenografia i kolorowe kostiumy zachwycają, ale to tylko tło dla aktorskich popisów, gdzie najważniejszy jest śpiew. Aktorzy, kiedy śpiewają, wyrażają emocje, które drzemią głęboko w ich bohaterach. To właśnie śpiew, a nie dialogi jest podstawą całej operetki, to podczas śpiewu przecież toczą się najbardziej przejmujące dyskusje i mają miejsce długo oczekiwane wyznania. Drugim nieodłącznym elementem każdej operetki jest taniec. W „Hrabinie Maricy” taniec odegrał jednak rolę drugoplanową, zupełnie został bowiem zdominowany przez śpiew. Choreografie ułożone do czardasza, czy walca niestety przysporzyły niektórym z tancerzy kłopoty. Ale to tylko niewielkie niedociągnięcia.  

Całość naprawdę kolorowa. Cieszy ucho i oko widza. Bajeczna atmosfera odrywa od codziennej szarości, a humor (uzupełniony elementami współczesnymi, m.in. postać Szofera) wprowadza we wspaniały nastrój.  

To spektakl zdecydowanie wart polecenia.

Joanna Garbarczyk
Dziennik Teatralny Katowice
8 grudnia 2009

Książka tygodnia

Rzecz w teatrze Jana Klaty
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Michalina Lubaszewska

Trailer tygodnia