Powrót na Zielone Wzgórze

"Ania z Zielonego Wzgórza" - reż. Marek Pasieczny - Teatr Współczesny w Szczecinie

Powrót na Zielone Wzgórze dla pokoleń, których dzieciństwo przypadło na drugą połowę XX wieku zawsze będzie bramą do beztroskich lat, kiedy to ekscytowała nas myśl o założeniu nowej sukienki i potrafiliśmy tygodniami rozprawiać o pikniku zaplanowanym na koniec miesiąca, a zgubienie broszki wydawało się największą tragedią, jaka może nas spotkać.

Niezależnie od tego, czy wracamy tam przy okazji kolejnej ekranizacji „Ani...", w trakcie powtarzania fragmentów powieści z dziećmi lub wnukami, czy podczas oglądania nowej scenicznej adaptacji, zwykle reagujemy wzruszeniem. Najnowszy spektakl Marka Pasiecznego, wyreżyserowany dla szczecińskiego Teatru Współczesnego, pokazuje jednak inną stronę kultowej historii. To opowieść nie tyle poruszająca, ile groteskowo śmieszna, szalona i momentami tak absurdalna, że po jej obejrzeniu pod powiekami odbiorców przesuwają się wyłącznie najbardziej słoneczne kadry z dzieciństwa.

Jeszcze przed rozbłyśnięciem pierwszych świateł i sceną, w której Mateusz spotyka Anię na peronie, widzowie są zachęcani do wyruszenia w sentymentalną podróż za pośrednictwem ankiet (zaprojektowanych na kształt kartek ze szkolnego zeszytu) z pytaniami, dotyczącymi tego, co udało im się zapamiętać z lektury oraz w jaki sposób wpłynęła ona na ich życie. Z zapisanych kwestionariuszy powstają tańczące w podmuchach powietrza ściany, przywodzące na myśl klasowe tablice z najlepszymi pracami i nie sposób przejść mimo, nie podczytując ukradkiem przemyśleń innych uczestników „testu". Szkolnego klimatu dopełniają plakaty i programy w kształcie kajetów, opatrzone urokliwą grafiką Oliwii Ziębińskiej.

Rozpoczęcie spektaklu ucina jednak wszelkie retrospekcje. Od pierwszej sceny na widowni rozlega się bowiem śmiech. Pasieczny z prawdziwym kunsztem wyzyskuje wszystkie komiczne sceny z życia Ani Shirley, wyjaskrawiając je za pomocą patetycznych monologów (intonowanych przez – fenomenalną w roli Ani – Magdalenę Wrani-Stachowską), zabiegów inscenizacyjnych, takich jak „jazda" bohaterów na nieruchomym wozie czy spacer groźnej i pretensjonalnej Pani Blewett (Barbary Lewandowskiej) pomiędzy widzami oraz groteskowych kostiumów i akcesoriów (projektu Anny Sekuły), spośród których największą wesołość wywołuje olbrzymia, natapirowana zielona czupryna Ani. Pasieczny obraca w żart nawet te wydarzenia, które na kartach powieści miały neutralny albo poważny charakter. Najbardziej komiczną sceną nieoczekiwanie staje się w ten sposób bożonarodzeniowy koncert w Domu Ludowym, podczas którego aktorzy grający uczniów (świetni: Adrianna Janowska-Moniuszko, Wojciech Sandach, Barbara Lewandowska i Michał Lewandowski) wykonują absurdalną choreografię (według pomysłu Arkadiusza Buszki), a Wrani-Stachowska przechodzi nad nimi wywijając suknią, po czym recytuje śmiertelnie poważny wiersz o róży. I choć spektakl nie pomija smutnych zdarzeń, o których mowa w oryginale ani nie zmienia ich ciągu przyczynowo-skutkowego, sprawnie dochowując wierności książkowej „klamrze", jego wydźwięk jest pozbawiony owej wzniosłej czułostkowości, jaka zawsze drażniła mnie w rozmaitych odczytaniach dzieła Montgmery. Aktorzy – w szczególności wyróżniona już Wrani-Stachowska, Grzegorz Młudzik (jako Mateusz) i Krystyna Maksymowicz (Pani Linde) nie tylko znakomicie odnajdują się w swoich rolach, tworząc wiarygodne portrety bohaterów, ale też dobrze się bawią, a ich werwa udziela się odbiorcom.

Kolorytu dodaje przedstawieniu plastyczna i zmyślnie zaprojektowana, piętrowa scenografia Ryszarda Warcholińskiego, pozwalająca widzom zaglądać przez okna facjatki Ani, a jednocześnie śledzić wydarzenia w salonie Maryli oraz sprawnie prowadzone światło (zasługa Krzysztofa Sendke).

Jako nastolatka znałam wiele dziewcząt, które utożsamiały się z książkową Anią i podobnie jak ona znosiły do domu bukiety polnego kwiecia, pisywały równie kwieciste listy i wzdychały w oczekiwaniu na romantyczne gesty młodzieńców, które oczywiście nigdy nie następowały. Wydawało mi się wtedy, że Montgomery nie do końca o to chodziło. Spektakl Pasiecznego, który dokonał adaptacji książki we współpracy z Joanną Gorecką-Kalitą, po wszystkich tych wzniosłych interpretacjach okazał się bardzo przyjemną i porywającą opowieścią „bez lukru", bliską mojej prywatnej perspektywie.

Agnieszka Moroz
Dziennik Teatralny Szczecin
12 maja 2018
Portrety
Marek Pasieczny

Książka tygodnia

Zimowa opowieść. Przepaść czasu
Wydawnictwo Dolnośląskie
Jeanette Winterson

Trailer tygodnia