Poznaj swojego widza

Rozmowa z Waldemarem Dąbrowskim

Swoboda w poruszaniu się w relacjach międzynarodowych kiedyś była czymś nadzwyczajnym, a dzisiaj jest tak naturalna jak oddychanie, i bardzo nam potrzebna, bo czas najwyższy, żeby polska kultura i Polska były postrzegane na miarę swoich prawdziwych wartości, a nie przez pryzmat stereotypów. Akurat tak się składa, że wczoraj dostałem z Nowego Jorku korespondencję - najnowszy egzemplarz "Opera News" - i jestem bardzo zadowolony: na okładce hasło: "Warsaw exports opera to the world", a w środku tekst zatytułowany "International Star", który opowiada historię Opery Narodowej, podkreślając, ile dzisiaj znaczymy.

Z Waldemarem Dąbrowskim, dyrektorem Teatru Wielkiego-Opery Narodowej rozmawia Kamila Łapicka z tygodnika wSieci.

Kamila Łapicka: Za pierwszym razem plany spotkania pokrzyżował nam przejazd Tour de Pologne. Wybrałam się wtedy do Kina Kultura, niedaleko opery, na "Kosmos" - ostatni film Andrzeja Żuławskiego. Widział go pan?

Waldemar Dąbrowski: - Jeszcze nie. Jak się pani podobał?

Ogromnie. Rzadko oglądam filmy dwa razy, ale tym razem, gdy skończył się seans, miałam nadzieję, że zacznie się jeszcze raz.

- To jest wysoka ocena. Bardzo się cieszę. Andrzej był bliskim mi człowiekiem i artystą, fantastycznie, że jego kariera zamknęła się czymś ważnym.

Często odpowiada pan na pytania o elitarność i niedostępność opery, tymczasem w maju Teatr Wielki dostał nagrodę International Opera Award, czyli operowego Oscara, w kategorii Accessibility (dostępność) za współtworzenie projektu The Opera Platform, który udostępnia w Internecie spektakle operowe za darmo. Opera Narodowa ma zresztą własny serwis VOD, w którym można obejrzeć spektakle i materiały zza kulis. Skąd ten paradoks?

- Elitarność opery sama w sobie nie jest niczym złym. Odkryłem pojęcie elitarności, jadąc kiedyś windą w hotelu w Rio de Janeiro. Zorientowałem się, że jest jedno, wtedy jeszcze niezrozumiałe dla mnie pojęcie executive floor, czyli takie piętro, do którego nie było bezpośrednio guzika, tylko kluczyk. Te kluczyki w recepcji dostawali nieliczni. Musiał stać za nimi jakiś dorobek. Krótko mówiąc, świat jest tak ułożony i taka jest natura ludzka, że zawsze są pewne hierarchie i do czegoś się zdąża. Ważne, żeby zdążać we właściwym kierunku. Opera jest takim cudownym miejscem, które wyznacza właściwy kierunek. Nawet jeśli ma się jakiś rodzaj wątpliwości co do tego, czy warto przekroczyć tę psychologiczną barierę i uwierzyć w to, że przyjście do opery będzie źródłem satysfakcji, to ja zawsze, i to jest jeden z głównych celów mojej dyrekcji, namawiam: miej tę odwagę!

Czy sądzi pan, że za jego sprawą Polacy przestali się bać opery? Do teatru, do kina łatwiej pójść niż do opery...

- Myślę, że jest parę zagadnień w tym jednym pytaniu. Ja naprawdę bardzo cenię osiągnięcia polskiej reprezentacji na Euro 2016...

Komu pan kibicował?

- W ogóle Polakom, a w finale Portugalczykom. Natomiast zmartwiony jestem tym entuzjazmem szerokich kręgów społecznych. Co by to oznaczało - że jesteśmy narodem na ćwierćfinał? Ja zobaczyłem wartość zespołu, przy niewielkich korektach półfinał i finał były absolutnie możliwe. Ale euforia narodowa z powodu ćwierćfinału? Głęboko się z tym nie zgadzam. Dlatego moim zadaniem tutaj w teatrze jest sięganie po te wartości najwyższe. Mam dookoła siebie wspaniałych ludzi, twórców, śpiewaków, muzyków, tancerzy... to z tego należy układać tę pierwszorzędność Polski. A jeśli chodzi o te Oscary operowe, to warto również podkreślić, że byliśmy nominowani także w kategoriach najlepszy teatr świata i najlepszy reżyser świata - Mariusz Treliński.

Co jest specyfiką opery?

- Opera jest urzeczywistnianiem powagi muzyki na scenie, które jest zaopatrzone we wszystkie wyrazy talentów artystycznych, jakie Pan Bóg do życia powołuje. Ma pani do czynienia z intelektualną refleksją, z cudownym obrazem, z tańcem, z maestrią dyrygenta, z doskonałością muzyków i oczywiście z urodą głosu ludzkiego, wyrażaną według koncepcji największych w historii kompozytorów świata. Bo na tym polega opera współczesna, że niegdysiejsi geniusze stworzyli materię, z którą mierzy się współczesny talent.

To postrzeganie opery jako syntezy sztuk przypomniało mi wywiad, w którym mówił pan o początkach swojej współpracy z Jerzym Grzegorzewskim w Teatrze Studio, był to rok 1982: "Miałem poczucie konieczności rozwijania idei, którą zapoczątkował Szajna, czyli budowania correspondance des arts, wspólnoty sztuk pod jednym dachem". Dzisiaj de facto zajmuje się pan tym samym, tylko pod dachem opery.

- W istocie rzeczy tak. Kiedy pracowaliśmy z Jurkiem, on budował swój teatr autorski, w jakiś sposób nawiązujący do teatru narracji plastycznej, w którym aktor, jego głos i tekst, jaki wypowiadał, były we właściwej proporcji do rangi obrazu teatralnego. Ja budowałem Galerię Sztuki Studio, razem z Franciszkiem Wybrańczykiem stworzyliśmy Sinfonię Varsovię dla Yehudi Menuhina - taki świat przenikania się sztuk to moja natura. Dobrze się czuję w tej aurze.

Jak pan myśli, jakie cechy predestynują go do współpracy z indywidualnościami twórczymi?

- Wie pani, ja naprawdę pracowałem z wielkimi już jako bardzo młody człowiek. Jurek Grzegorzewski był moim przyjacielem i partnerem, prowadziliśmy razem teatr, ale ja w tym teatrze tworzyłem także wątek Tadeusza Łomnickiego, Adama Hanuszkiewicza i budowałem na nowo rzeczywistość teatru Szajny, bo kiedy pan Józef odchodził z teatru, to właściwie nie było jego spektakli w repertuarze. A mnie się udało je odtworzyć, zarejestrować i pokazać światu. Więc w sumie miałem szczęście na swojej drodze zawodowej spotkać ludzi naprawdę wybitnych. Co predysponuje człowieka do tego? Przede wszystkim skromność [śmiech], chociaż ja lubię zawsze cytować Camusa, który powiedział kiedyś: "Ja jestem skromny, ale chciałbym, żeby inni o tym wiedzieli". Trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że nawet jeżeli ma się jakiś talent, mówię o sobie, jest to talent "mniejszy", zobowiązujący cię do tworzenia przestrzeni, w której się spełniają prawdziwe, czyste talenty, te dane nielicznym, prosto od Boga. Moim zadaniem jest nie marnować talentu.

Ma pan tę umiejętność w stosunku do artystów na każdym etapie kariery. Z pewnością nie każdy wie o istnieniu Akademii Operowej, która ułatwia młodym artystom wstęp na wielkie sceny.

- Jesteśmy poważnym europejskim krajem, mamy 40 mln ludzi i ja chciałem sobie postawić za cel, jako dyrektor opery, a później jako minister kultury i sztuki, żeby ustalić, dlaczego na tych najwyższych poziomach świata opery jest tak mało Polaków. Doszedłem do wniosku, że mamy dobrze rozwinięty system kształcenia muzycznego, ale zorientowany na kreowanie wartości średnich. Niewielu z "naszych" przebijało się do czołówki światowej. W ostatnich latach mamy Piotra Beczałę, który bezpośrednio po ukończeniu Akademii Muzycznej w Katowicach wyjechał do Linzu, gdzie zaczął się proces formowania najwybitniejszego dzisiaj tenora świata. Aleksandra Kurzak wyjechała do Hamburga, Mariusz Kwiecień do Nowego Jorku. I to są właściwie te trzy nasze prawdziwie wielkie gwiazdy. Oczywiście jest jeszcze Andrzej Dobber, teraz Artur Ruciński dołącza do tej grupy, ale to wciąż mało. Z maleńkiej, dwumilionowej Łotwy wywodzi się więcej najwybitniejszych osobowości muzycznych niż z dużej Polski. Musiałem sobie więc zadać pytanie, gdzie jest błąd systemu. I doszedłem do wniosku, że błąd polega na tym, iż nie ma liaison, takiego pomostu pomiędzy wyższymi uczelniami muzycznymi a sceną.

Akademia jest tym pomostem?

- Tak. Stworzyliśmy Akademię Operową, zresztą zrobiłem to z szefem Festiwalu Operowego w Aix-en-Provence, tworząc Europejską Sieć Akademii Operowych po to, żebyśmy mogli naszym talentom dać możliwość współpracy z praktykami scen operowych, którzy nie tylko wprowadzą młodych artystów bezpośrednio w świat poszczególnych kultur operowych: włoskiej, francuskiej czy niemieckiej, lecz także zbliżą ich do rzeczywistości scenicznej. I cieszę się, że już dzisiaj możemy mówić o, nazwijmy to, "pierwszym naborze" naszych kandydatów, którzy "przebijają" się w studiach operowych, na konkursach i scenach w Zurychu, we Frankfurcie, w Paryżu, Londynie czy Nowym Jorku. Zakładam, że w ciągu 10 lat od powstania akademii będziemy mieli w czołówce światowej nie trzy osoby, ale 10, a może 15. To jest mój cel. Oni wyjeżdżają w świat i nabierają szlifów międzynarodowych, ale tutaj dostali mocne, wartościowe podstawy. Wiedzą, skąd wyszli, i będą tu zawsze z przyjemnością wracać z poczuciem zobowiązania, bo to są młodzi, polscy patrioci.

Wszystko pan projektuje na międzynarodową skalę. To w operze norma?

- Swoboda w poruszaniu się w relacjach międzynarodowych kiedyś była czymś nadzwyczajnym, a dzisiaj jest tak naturalna jak oddychanie, i bardzo nam potrzebna, bo czas najwyższy, żeby polska kultura i Polska były postrzegane na miarę swoich prawdziwych wartości, a nie przez pryzmat stereotypów. Akurat tak się składa, że wczoraj dostałem z Nowego Jorku korespondencję - najnowszy egzemplarz "Opera News" - i jestem bardzo zadowolony: na okładce hasło: "Warsaw exports opera to the world", a w środku tekst zatytułowany "International Star", który opowiada historię Opery Narodowej, podkreślając, ile dzisiaj znaczymy. Przyzna pani, że nieźle.

Przyznaję. Chciałam w związku z tymi patriotycznymi wątkami zapytać o plany artystyczne konstruowane z myślą o rocznicy stulecia odzyskania niepodległości.

- Pierwszymi premierami z cyklu artystycznego myślenia o tym jubileuszu były "Halka" i "Straszny dwór", bo my ten plan realizujemy już od wielu lat. Najbliższa będzie "Goplana" Władysława Żeleńskiego, potem w 2017 r. - "Eros i psyche" Ludomira Różyckiego, a w 2018 - "Manru" Ignacego Jana Paderewskiego, jedyna polska opera, która była wystawiana na deskach Metropolitan. W ten sposób stworzymy katalog oper, które naznaczą rok 2018. Chcemy, żeby polskie tytuły były znacznie wyraźniej obecne w repertuarze.

Reżyserem "Goplany" będzie Janusz Wiśniewski, są też w repertuarze spektakle Jarosława Kiliana czy Mai Kleczewskiej. To nazwiska ze świata teatru dramatycznego. Kim właściwie jest reżyser operowy?

- To bardzo dobre pytanie, na które nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Niewątpliwie to człowiek, który umie się zmieścić w zadanym czasie. Kto zadaje czas i strukturę dzieła? Kompozytor. Tu nie można sobie, tak jak np. robił Jurek Grzegorzewski, swobodnie żonglować frazą. Trzeba przeczytać sens dramatyczny zawarty w muzyce, sens dramatyczny zawarty w kreacjach wokalnych i do tego dołożyć swoim talentem wartość aktorską oraz inscenizacyjną przedstawienia. Ale nadrzędną wartością jest muzyka.

Jednym z pana odkryć reżyserskich jest Mariusz Treliński, obecnie dyrektor artystyczny Opery Narodowej, który otwarcie przyznaje, że nie gustuje w tradycyjnych realizacjach. Jak zachowują panowie proporcje między klasycznymi a awangardowymi inscenizacjami?

- To jedno z zasadniczych pytań, jakie sobie stawiamy. Odpowiedź na nie jest możliwa tylko wtedy, kiedy znasz swojego widza. My mamy obowiązek, i to święty, odpowiedzieć na zapotrzebowanie tej części widowni, która jest rozkochana w tradycyjnych inscenizacjach arcydzieł XIX w., ale obok niej istnieje także publiczność, która jest zainteresowana XX w. i współczesnością. Wie pani, ja nigdy nie gotowałem, ale układanie repertuaru wydaje mi się podobne do przygotowywania dobrej zupy - muszą być dobrze rozłożone proporcje między wszystkimi składnikami, żeby na końcu to było smaczne. Przypuszczam, że jesteśmy jednym z domów operowych świata, który zamawiał najwięcej współczesnych dzieł, czyli dawał szanse kompozytorom współczesnym. Ja sam na przestrzeni swojej dyrekcji zamówiłem kilkanaście oper.

Jak długo powstaje opera pisana na zamówienie?

- To długi proces. Na przykład w przypadku Pawła Szymańskiego i "Qudsji Zaher" to było ponad 10 lat. W przypadku Eugeniusza Knapika - chyba sześć czy siedem. Ale jeżeli mówimy o opus magnum kompozytora rangi Knapika czy Szymańskiego, to nie liczmy czasu.

Czy pan ma słuch muzyczny?

- Wie pani, to jest tak: ja się uczyłem jako dziecko muzyki, ale prawda jest taka, że nie chciałaby pani usłyszeć mnie śpiewającego.

Możemy zaryzykować.

- Na pewno nie [śmiech]. To nie jest ryzyko, to jest pewność. Natomiast mam słuch.

Więc może gra pan na jakimś instrumencie?

- Niestety okazałem się z naszej trójki rodzeństwa najmniej uzdolniony. Chociaż przyznam, że lata spędzone nad klawiaturą były bardzo wartościowe. Uważam, że moje kompetencje w dziedzinie muzyki nie są wystarczające, natomiast mam swój gust, swoje wrażenia i kiedy fachowcy rozmawiają na tym wysokim diapazonie, a jestem nimi otoczony, milczę i słucham.

___

Waldemar Dąbrowski - urodził się 23 sierpnia 1951 w Radzyminie – polski animator kultury, polityk. W latach 2002–2005 minister kultury. Dyrektor teatrów. Od 2008 dyrektor naczelny Opery Narodowej.

Kamila Łapicka
wSieci
28 lipca 2016

Książka tygodnia

Teatr lalek w dawnej Polsce
Fundacja Akademii Teatralnej i Akademia Teatralna
Marek Waszkiel

Trailer tygodnia