Poznań prosi nas do tańca

zbliża się 40-lecie Polskiego Teatru Tańca

Po 24 latach rządów Wycichowskiej w Polskim Teatrze Tańca należy zadać szereg pytań dotyczących stanu tego Teatru, jego sytuacji artystycznej, wzbudzających zainteresowanie inicjatyw oraz tych, które ciągle nie przynoszą rezultatów, jak choćby w dziedzinie frekwencji, zwłaszcza na licznych, a kiepskich debiutach choreograficznych - pisze Sławomir Pietras w Angorze.

Zbliża się 40-lecie Polskiego Teatru Tańca. Jedyny raz w życiu miałem okazję współtworzyć nieistniejący organizm teatralny od samego początku, od pomysłu, jego propagowania, po organizowanie siedziby, sprawy kadrowe, pierwsze działania impresaryjne i branie za to wszystko odpowiedzialności. Oczywiście oprócz idei, jakości i cech artystycznych uprawianej tam sztuki. To była wyłączna domena jej wielkiego kreatora Conrada Drzewieckiego, w szczytowej formie choreograficznej, wszechstronnego i wybitnego pod każdym względem artysty. 

Ówczesna władza wezwała mnie, mówiąc: Ty odpowiadasz przed nami za wszystko. On ma tworzyć rzeczy wielkie, czuć się wolnym od trosk i mieć sukcesy. Będą one również twoimi sukcesami, naszymi sukcesami. I tak było.

Czterdzieści lat w życiu teatru to szmat czasu. Większą jego część po Drzewieckim wypełniła swym działaniem Ewa Wycichowska. Przyszła z Łodzi w najlepszym okresie swej twórczości choreograficznej (Stabat Mater, Serenada, Faust Goes Rock, Republika - rzecz publiczna, Święto Wiosny). Kiedyś gdzieś napisała, że opuściła Łódź, bo Sławomir Pietras chciał się jej stamtąd pozbyć.

Nieprawda! Przekonywałem tylko poznaniaków, że to właśnie ona uratuje Teatr Tańca opuszczony z dnia na dzień przez Drzewieckiego i dryfujący pod tymczasowym kierownictwem bezradnego Różalskiego. Oto, co pisałem w roku 1986 w łódzkim "Głosie Robotniczym" w felietonie pt. "Poznań prosi nas do tańca":

"O ile najbieglejsi w buchalterii nie są w stanie doliczyć się wieku Ewy Wycichowskiej, niemal każdy baletoman może bezbłędnie ustalić, że mija właśnie lat dwadzieścia od debiutu scenicznego łódzkiej primabaleriny (...). Gdybym nie pozwolił Kowalskiej na zmierzenie się z samodzielnym zadaniem wykreowania nowego artystycznego oblicza szkoły baletowej w zaprzyjaźnionym Poznaniu albo przeciwstawił się propozycji powierzenia Wycichowskiej jedynego polskiego teatru stworzonego dla tancerzy i choreografów, wykazałbym co najmniej brak wyobraźni (...). Przyszedł czas, kiedy Poznań poprosił o pomoc obydwie córy łódzkiej Terpsychory. Wysyłając je tam, czuję się jak gospodarz, co pożyczył żonę i szwagierkę, aby pomóc w zasiewach na polu u teściowej".

Po 24 latach rządów Wycichowskiej w PTT należy zadać szereg pytań dotyczących stanu tego Teatru, jego sytuacji artystycznej, wzbudzających zainteresowanie inicjatyw oraz tych, które ciągle nie przynoszą rezultatów, jak choćby w dziedzinie frekwencji, zwłaszcza na licznych, a kiepskich debiutach choreograficznych.

Podczas multidyscyplinarnego wydarzenia "Conrad Drzewiecki - in memoriam. Artyści wczoraj i dziś", audio-wideo-performance, pokazano taki debiut Pawła Malickiego pt. "The Unknown - Niewiadoma" [na zdjęciu]. Pomijam tu nagminne używanie obcych terminów i określeń w tytułach oraz magicznych zaklęć typu 10x4 = XL. Natomiast półgodzinne wyginanie się pięciu koślawych tancerek pod szyldem wspomnień o Drzewieckim do muzyki, której Nieboszczyk nie tylko by nie słuchał, ale nawet nie trzymał w domu, uważam za wielce niestosowne.

Mimo wszystko wieczór ze starymi filmami, z rozmową Wycichowskiej z Conradem odpowiadającym na pytania prosto z nieba (Czy On tam na pewno już jest?), wieczór przydługich wspomnień Krysi Kostrzemskiej (jedyne w długoletniej karierze solo starej ladacznicy na śmietniku w "Cudownym Mandarynie") oraz prezentacja nowych tancerzy dobrze mnie usposobiły.

Liczę na to, że następne tego typu wydarzenia (a zaplanowano ich 10) stworzą forum dyskusji o tym, co Teatr Tańca znaczy w dziejach baletu polskiego, czym był za Conrada Drzewieckiego, a czym stał się pod wodzą Ewy Wycichowskiej.

W drukowanym programie znalazłem dwa pisemne wynurzenia dawnych naszych protektorów. Pierwsze nieco egocentryczne, drugie na poziomie szkolnego wypracowania z błędami. Sytuację ratuje tekst o Conradzie autorstwa Jagody Ignaszak. Zwięzły, konkretny, napisany dobrym językiem. Sam bym nie zrobił tego lepiej. Szczere gratulacje!

Sławomir Pietras
Tygodnik Angora
25 października 2012

Książka tygodnia

Złoty garnek i inne opowiadania
Wydawnictwo Media Rodzina
E.T.A. Hoffmann

Trailer tygodnia