Pozszywany, patchworkowy "Faust"

Mało jest w owej poznańskiej inscenizacji "Fausta" dramatu autorstwa J. W. Goethego. Zresztą, jak sam niegdyś powiedział w jednym z wywiadów reżyser Janusz Wiśniewski: "Nie będę kurczowo trzymał się litery dramatu". No i mamy - postmodernistyczny konglomerat tekstów kultury, przeładowany wielością znaczeń i odniesień historycznych - spektakl, który - o dziwo - tworzy jedną spójną całość.
I o to chyba właśnie chodzi we współczesnej sztuce "wyczerpanej": korzystając z różnych toposów kulturowych, móc stworzyć dzieło niepowtarzalne, mające znamiona nowej jakości, poprzez nie znaną dotąd odbiorcy konfigurację tychże toposów. Jeśli chodzi o wykorzystanie treści dziewiętnastowiecznego dramatu, to pojawiają się w wersji Wiśniewskiego wątki, rzecz jasna, najistotniejsze. Zatem jest spotkanie w pracowni Fausta - podstarzałego filozofa z Mefistem i podpisanie cyrografu, uczta w karczmie u Madame Auerbach (jakże prosty, a skuteczny trick z lewitującym kielichem), historia pięknej Małgorzaty (spotkanie w kościele, oraz, zasygnalizowany jedynie, rozwój miłosnych wypadków, a następnie śmierć Małgorzaty na skutek obłędu), jest również wątek sąsiadki Małgorzaty, Marty i jej flirt z diabłem. No i śmierć Fausta, który z nieludzkiego otyłego potwora staje się nieco zbyt sentymentalnym kochankiem (symboliczna scena zerwania maski), pozbawionym wyrazu "mężczyzną w średnim wieku" w garniturze w prążki. Ciekawe, że dopiero pakt z diabłem uczłowiecza go na tyle, że ginie z miłości do ukochanej. W historię nieszczęsnego alchemika zaprzedającego swą duszę diabłu, aby cofnąć precz wszelkie rozterki i wreszcie móc żyć pełnią życia, zostają misternie wplecione sceny męki i śmierci Chrystusa. Jest więc droga krzyżowa, ukrzyżowanie oraz zdjęcie ciała Jezusa z krzyża. W tym celu reżyser wykorzystuje tłum, wyklętych mieszczan, żywych czy też martwych, od których pełne jest, zdaje się, piekło (na przykład postać Adolfa Hitlera czy żołnierza, wracającego z pola walki). Tworzą wspólnie jedną wielką "szopkę". To oni za kilkadziesiąt lat od wydania Goethe`owskiego "Fausta" zasieją w Europie, a potem na całym świecie zło kolejnych dwóch wojen światowych. Wszystkie owe postaci poruszają się (miotają się, maszerują, zastygają, krzyczą, szepcą, mamroczą, śpiewają, tupocą, biegają) po przestrzeni, której krańce wyznaczają: z lewej strony (zgodnie z średniowieczną symboliką teatralnych mansjonów) wrota piekielnych otchłani, figlarsko (zachęcająco, atrakcyjnie) oznaczone kolorowymi lampeczkami, zwiastującymi wieczną rozpustę, a po prawej Golgota z krzyżem, na którym zawisło ciało mało atrakcyjnego Jezusa, na które nikt nie raczy spojrzeć. Jezus doprowadzony (przez nas?) do granic wytrzymałości. Jezus tak ludzki i wystraszony, taki opuszczony. Jego wołanie trafia w pustkę, jego poświęcenie zdaje się być niezauważalne... Cała inscenizacja jest jawnym odniesieniem do tradycji teatru, którego twórcą był Tadeusz Kantor. Spektakl Janusza Wiśniewskiego jest wręcz osobisty hołdem, złożonym osobie Kantora. Dlatego też klimat panujący w "Fauście", poprowadzenie scen zbiorowych, marionetkowe podrygiwania motłochu, jego absurdalne wręcz udziwnienie i karykaturalność, a także znamiona obrzędowości, no i wprowadzenie na scenę głównego animatora - Mistrza Ołtarzy - wszystko przywołuje na myśl kantorowskie realizacje sprzed lat, zwłaszcza "Wielopole, Wielopole" oraz "Umarłą klasę". Oprócz licznych odniesień do teatru Tadeusza Kantora poznański "Faust" utkany jest również ze scen, które zapełniają obrazy wielkich mistrzów malarstwa światowego: mamy m.in. rekonstrukcję "Ostatniej wieczerzy" Leonarda da Vinci, jest "Złożenie do Grobu" Caravaggia (są nawet trzy Marie), jest inspiracja cyklem obrazów Francesca Goi "Czarne obrazy z domu głuchego", które to ryciny są zapisem niechęci hiszpańskiego malarza w stosunku do otaczającego go świata - pełnego zła i chaosu - wyrażone czternastoma stacjami Męki Pańskiej. Wiśniewski zaczerpnął również wiele z "tradycji" nurtu teatru tzw. offowego. Czyni to m.in. przez bliskie granie do widza tak, aby czuł on oddech aktora na swoich plecach, aby granica pomiędzy teatralnością, a realnością zanikła. Przez to widz automatycznie zostaje "wrzucony" w sam środek kreowanego świata. Do tego można by dodać: przełamywanie monotonii scen indywidualnych scenami zbiorowymi - z ich dynamiką i bełkotliwym zaśpiewem, kilka łatwych trików z ogniem, oraz lekki powiew dystansu, jaki tchnął z całości. Za to kreacje aktorskie były zaiste na najwyższym, mistrzowskim poziomie. Znakomita większość aktorów w doskonały sposób zbudowała na kanwie swych ciał - zdziwaczałe, odrealnione postaci, które jednocześnie tworzyły zbity, wyrazisty tłum. Ich wyrazistość mocno zaakcentowana została poprzez demoniczną, ostrą kreską poprowadzoną - charakteryzację. Na pierwszy plan zdecydowanie wysuwa się postać Mefista, w którą pierwszorzędnie wcielił się Mirosław Kropielnicki. Mogłabym nawet rzec, że był to czasami "spektakl jednego aktora" - tak zdeklasował resztę swoich kompanów (również dobrych, aktorsko wyćwiczonych: wyraźna dykcja oraz intonacja, równość zbiorowych wykonań, pietyzm i dopracowanie indywidualnych wystąpień). Prosta, acz genialna charakteryzacja Mefista, od razu nasuwa skojarzenia z ekspresjonistycznymi dążeniami niemieckich filmowców sprzed niemal setki lat, a zwłaszcza pozwala kojarzyć się z filmową, niemą realizacją "Fausta" F.W. Murnaua z 1926 roku. Natomiast zupełnie chybioną postacią, wydaje mi się, wyżej już wspomniany Mistrz Ołtarzy - stworzony niby na wzór kantorowski, dyrektor teatru u Goethego. Kilkukrotne przejście po scenie, przeczytanie fragmentu dramatu na początku, zainicjowanie "gry", ustawienie krzeseł i rozdanie rekwizytów - myślę, że można było obejść się bez tego - wszak tłum ów nie raz i nie dwa "przemycał" na scenę różne rekwizyty i zmieniał ustawienie krzeseł. Być może postać Mistrza, oprócz hołdu w stronę Kantora miała być znaczącym symbolem "jawności" sytuacji teatralnej - jednakowoż znikomość czynów i kompletny brak charakteru owej postaci w zupełności nie pozwoliły mi jej odczuć. Po prostu zapomniałam o Mistrzu w momencie wejścia na scenę Mefistofelesa. Zło, jakie reprezentował Mefisto (powtarzam jeszcze raz - genialna kreacja Mirosława Kropielnickiego) było jednocześnie przerażające, straszne, nieludzkie, jak i pociągające, fascynujące, takie łatwe - po prostu. Nie na darmo mówi się przecież, że diabeł jest bliższy człowiekowi, bardziej go rozumie, bo razem z nim pełza po ziemi, podczas gdy Bóg oddalony jest o nas o "całą mądrość". Mefisto wszak walkę o Fausta przegrał, ale, zaczajony za rogiem czyha na zwątpienie kolejnej ofiary. Zło współistnieje obok dobra, musi istnieć, aby być jego antytezą, dzięki złu dobro może się odróżnić. Ten spektakl pozwolił mi głębiej wniknąć w istotę nierozstrzygniętego, nierozerwalnego konfliktu między dobrem a złem, które nieustannie się w nas dokonuje. "Faust" Teatru Nowego z Poznania nie jest już spektaklem "pierwszej świeżości". Wiśniewski zrealizował go w roku 2005, spektakl zdążył objechać już najważniejsze międzynarodowe festiwale teatralne, zdobyć prestiżowe nagrody i uzyskać status najlepszej autorskiej realizacji dzieła Goethego w historii teatru. Śląscy widzowie mieli okazję obejrzeć to "cudowne dziecko" Wiśniewskiego w ramach tegorocznego festiwalu Ars Cameralis Silesiae Superioris. Dziękujemy zatem, zaradnym organizatorom oraz kierownictwu Bytomskiego Centrum Kultury, za możliwość zetknięcia się z tak wyrafinowanym i mądrym, a jednocześnie (co chyba najważniejsze) z pozbawionym nadęcia i niezdrowej koturnowości - dziełem teatralnym. Teatr Nowy w Poznaniu Johann Wolfgang Goethe "Faust" przekład: Emil Zegadłowicz inscenizacja (reżyseria, scenografia): Janusz Wiśniewski muzyka: Jerzy Satanowski kostiumy: Irena Biegańska choreografia: Emil Wesołowski manekiny: Wojciech Myjak, Leszek Zieliński efekty iluzjonistyczne: Maciej Pol asystenci reżysera: Iga Figiel-Idziak Anna Wachowiak (Akademia Teatralna) asystent scenografa: Wawrzyniec Kozicki Obsada: Mistrz Ołtarzy - Witold Dębicki, Faust - Mariusz Puchalski, Mefistofeles - Mirosław Kropielnicki, Małgorzata - Edyta Łukaszewska, M-M Auerbach - Daniela Popławska, M-M Szwajcaria - Janusz Grenda (Gościnnie), Marta Schwerdtlein - Antonina Choroszy, Troska - Sława Kwaśniewska, Weronika - Krystyna Feldman, Baucis - Irena Grzonka (Gościnnie), Filemon - Edward Warzecha (Gościnnie), Wagner - Bolesław Idziak, Homunkulus - Andrzej Lajborek, Puk - Radosław Elis, Żołnierz - Waldemar Szczepaniak, Janusz Andrzejewski oraz mieszczanie niemieccy, demony, cienie, kelnerzy Premiera: 15 kwietnia 2005r. Spektakl zaprezentowano na Festiwalu Ars Cameralis Silesiae Superioris w Bytomskim Centrum Kultury.
Marta Odziomek
Dziennik Teatralny Katowice
4 grudnia 2007

Książka tygodnia

Kantor Nie/Obecność
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Katarzyna Fazan

Trailer tygodnia

Dzień Dziecka w Baju P...
Zbigniew Lisowski
Wycieczka po Teatrze Baj Pomorski w T...