Pozwólmy Kotu umrzeć

"Jaskółeczka" - reż. Zbigniew Lisowski - Teatr Baj Pomorski w Toruniu

Spektakl pt. "Jaskółeczka" to ciekawa propozycja dla widzów, dla których teatr jest miejscem tworzenia niesamowitych obrazów scenicznych oraz zabawy ruchem i dźwiękiem

To barwne widowisko ogląda się bardzo dobrze i chociaż nie jestem zwolenniczką projekcji multimedialnych, tym razem większość prezentowanych w taki sposób obrazów nie przeszkadzała mi w odbiorze.

Powiem więcej - nasycenie obrazów intensywnymi barwami spowodowało, że spektakl zachwyca urodą plastyczną i z uwagą ogląda się wszelkie zmiany scenografii. Wyczarowany na scenie świat jest bardzo dynamiczny, wyrazisty,  sceniczne obrazy bardzo szybko zmieniają się, nic nie pozostaje w bezruchu. To wielka zaleta spektaklu, zwłaszcza, że żywe kolory bardzo dobrze współgrają z lekkimi, dużymi, złotymi  lalkami teatralnymi, a także wyrazistymi kostiumami. Mimo przepychu wszystko razem bardzo dobrze się komponuje i nie ma dostrzegamy konfliktu pomiędzy grą z przedmiotem w żywym planie, a dużymi płaszczyznami do wyświetlania multimediów.

W tej skomplikowanej przestrzeni teatralnej bardzo dobrze wypada gra aktorska prowadzona na przemian w planie żywym i lalkowym. I chociaż można mieć zastrzeżenia, co do doboru odsady postaci Jutrzenki i Czasu, którzy stojąc obok siebie wyglądają jak rodzeństwo, a nie jak córka, która ma respekt wobec ojca, to zadania aktorskie całego zespołu są poprowadzone dość sprawnie. Szczególnie mocno utkwiła mi kreacja Krzysztofa Grzędy, który wykorzystując elementy groteski zbudował równocześnie komiczną i tragiczną postać nieszczęśliwego gołębia, który ilekroć pojawiał się na scenie skupiał  uwagę widza. Przyglądając się sposobowi gry aktora momentami miałam wrażenie, że dokonał on całkowitego przekształcenia ruchu scenicznego. W jego nerwowym dreptaniu i piskliwym krzyku jest coś przerażającego i chociaż jego pojawienie się na scenie wywołuje śmiech, to równocześnie w jakiś sposób możemy zidentyfikować się problemami tej postaci. Natomiast przyglądając się kreacji Mariusza Wojtowicza (Kot, Wiatr) oraz Andrzeja Korkuza odnosiłam wrażenie, że aktorzy bardzo dobrze czują się w powierzonych rolach, a odgrywanie postaci sprawia im wiele radości.

Ciekawie prezentuje się także kreacja Piotra Dąbrowskiego (Słowika), który stworzył bardzo wyrazistą postać niezbyt bystrego ale żądnego sławy śpiewaka, głównie za pomocą gry w planie żywym, traktując lalkę jako dodatkowy znak sceniczny.

Żywiołowość gry aktorskiej, bogactwo znaków plastycznych, atrakcyjne projekcje oraz dynamiczna muzyka budują przedstawienie atrakcyjne wizualnie. Szkoda tylko, że przy wykorzystaniu tak bogatej oprawy teatralnej zagubiło się  przesłanie widowiska oraz wkradło się trochę chaosu. Rozumiem, że prowadzenie historii na dwóch poziomach jest zabiegiem kuszącym i mogącym wnieść nowe treści do przedstawienia, ale dokładanie kolejnych znaczeń (takich jak konkretne aluzje do dzieł surrealistycznych: klucze, samochody, mrówki) niepotrzebnie gmatwa dramaturgię. Sam tekst Słobodzianka jest już na tyle bogatym i wartościowym materiałem teatralnym, że dołożenie metafor niepotrzebnie zaburza konstrukcję świata scenicznego. Wierzę, że twórcy wprowadzając kolejne znaki mieli szczytne idee, ale czy młody widz musi koniecznie rozpoznać odniesienia do historii sztuki żeby odczuć dramat nieszczęśliwie zakochanych bohaterów spektaklu? Wzruszające sceny pomiędzy Kotem a Jaskółką zaginęły w natłoku efektów scenicznych, a naprawdę ciekawie zainscenizowana scena śmierci bohatera „nie miała szans”, żeby w pełni wybrzmieć, bo cały jej urok zagłuszył rewiowy finał. Szkoda, że ten główny wątek dramatu zagubił się w widowisku, w którym zaskakuje się nas pięknymi obrazami, melodyjnymi piosenkami o sensie życia oraz kusi multimediami.

Podziwiam rozmach, z jakim zrealizowano spektakl, ale równocześnie chciałabym, żeby najmłodsi widzowie przychodząc do teatru doświadczali autentycznego spotkania z drugim człowiekiem i jego problemami, żeby scena zamiast kusić multimediami rozwijała wyobraźnię, była alternatywą wobec telewizji czy Internetu. Spektakl „Jaskółeczka” zdaje się zbliżać do wyobraźni widza XXI wieku, ale czy w tym dążeniu do dorównaniu popularnym mediom nie zagubiono tego, co pominięte być nie powinno: refleksji nad opowiadaną historią i pokory wobec artystycznej materii?

Anna Nowak
Dla Dziennika Teatralnego
2 stycznia 2010

Książka tygodnia

Rzecz w teatrze Jana Klaty
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Michalina Lubaszewska

Trailer tygodnia