Praca czyni cuda

"Ceglorz" - reż. zespół - Teatr Ósmego Dnia - 23. maltafestiwal

W "Ceglorzu" Teatru Ósmego Dnia fabryka jest przepiękną katedrą, a praca świętością. Czy to nowy wymiar rewolucji?

Przez bramę zakładu W-7 wchodzi się w siermiężność typową dla większości fabryk w naszej części Europy. Na industrialnej architekturze odciskały swoje piętko koleje epoki, w których nie dbano specjalnie o wystrój wnętrza. Przez buro-ponure przedsionki trafiamy do wielkiej, nieczynnej już dziś hali, a naszą uwagę przyciągają metalowe, zdobione oryginalnym wzorem płyty, którymi wyłożona jest podłoga. Za chwilę wielkie wrażenie zrobi cała przestrzeń oświetlona skąpo teatralnymi reflektorami. Z podestu w centrum troje aktorów serwuje wszystkim gorącą herbatę z ogromnego kotła. Mamy fajrant? Mamy strajk? Nie wiadomo, ale poczęstunek dla zmokniętych gości sprawia, że od razu robi się tu swojsko. Z czasem oswajamy się coraz bardziej. Jedni spacerują, inni gadają, kolejni oglądają zdjęcia pracowników Cegielskiego, następni próbuję się wsłuchać w ich opowieści płynące z głośników.

Za chwilę to miejsce zostanie zaczarowane jeszcze bardziej. Najpierw zamieni się w salę projekcyjną, potem w monstrualną galerię malarstwa, a wreszcie zakołysze się, popłynie i wprawi nas w trans. Wszystko za sprawą filmów nakręconych w "Cegielskim" przez Maciejów Włodarczyka i Sierpnia oraz zmontowanych przez Jacków Chmaja i Kolasę. Obrazy grają tu główną rolę, więc to ta czwórka pełni tego wieczoru rolę mistrzów ceremonii. Nie da się tych obrazów opowiedzieć: są i realistyczne, i surrealistyczne, i abstrakcyjne. Dokumentalne i fikcyjne. Pokazują rzeczywistość i zabierają nas z niej: nad morze, na pole słoneczników, do ogrodu zoologicznego. Nasączone są kolorem, pulsujące rytmem. To bardzo atrakcyjne widowisko, dopełnione muzyką Arnolda Dobrowskiego. Wpisują się w nie aktorzy, ich silne, męskie, piękne ciała, których urodę eksponuje ruch związany z pracą. Stukają, naginają, dociskają, wtłaczają, prężą się, silą. To nie antyczne rzeźby adonisów ani socrealistyczne freski przedstawiające przodowników pracy. To żywi ludzie, których praca czyni pięknymi: i przy maszynie, i pod prysznicem, który zmywa pot. Ulegamy temu pięknu. Bo jak mu nie ulec?

Żeby jednak nie było za pięknie, w teatralną wizję wdzierają się odpryski rzeczywistości: transparenty z żądaniem chleba i szacunku, plakaty z twarzami rewolucjonistów, anarchistów. Kilka zdań do przemyślenia wyświetlonych na ekranie. I jeszcze wielkie, stare pięciozłotówki, które nagle wyświetlają się na wszystkich ścianach.

Na finał rozlega się monumentalny koncert walenia młotami. Hala aż drży od tego dźwięku, a ja słyszę obok siebie głosy: "Też mam ochotę w to wszystko walnąć." I mnie dopada czasem taka potrzeba. Eksplozja dźwięku zamiera jednak, by przejść płynnie w motyw z "Greka Zorby". A my zostajemy otoczeni postaciami głównych bohaterów tego przedstawienia, robotników "Ceglorza", którzy do tego motywu tańczą.

- To nie spektakl - mówią niektórzy przy wyjściu. Rzeczywiście, to nie spektakl. Ale też nie agitka polityczna ani wiec. To spotkanie, które jakoś nie chce się skończyć. Pod warunkiem, że się nie jest tylko widzem i zostaje po oklaskach. Bo skupiony starszy pan oprowadza wtedy po hali swoją wnuczkę i opowiada, jak to wszystko wcześniej wyglądało. Bo przemiła pani zaprasza do stołu na domowy bigos. Bo grupka ludzi opowiada o tym, jak przed laty robili tu "bombki choinkowe", a tak naprawdę broń. A potem dziękują aktorom za ich pracę. Zatem wszyscy są tu u siebie. I ze sobą. My też.

Bo stało się coś ładnego. I wiadomo, że na ładnym nie da się skończyć. Ale może ładne sprawi, że choć przez chwilę zastanowimy się nad tym, co zrobić, żeby potrzeba walnięcia młotem we wszystko nie była w nas tak dojmująca. Może zastanowimy się, dlaczego właściwie nam doskwiera. Może poczytamy tych rewolucjonistów jeszcze raz. Może poczujemy się odpowiedzialni za stan rzeczy i uwierzymy, że możemy mieć na niego wpływ.

"Jak mnie się nie chce iść do pracy." "Moja praca to fabryka i kierat". "Mam dosyć tej kretyńskiej roboty". "Marzę o piątkowym wieczorze". "A ja nawet nie mam weekendów - pełna dyspozycyjność. Koszmar". Kto z nas nie słyszał któregoś z tych tekstów? Kto z nas któregoś nie wypowiedział?

A przecież znamy i tych, którzy pracy nie mają, a podjęliby się każdej. Znamy tych, którzy wierzą głęboko, że "To przecież tylko praca. Nie ma się co przejmować".

Tymczasem jest się czym przejąć. "Ósemki" bardzo dyskretnie nam o tym przypominają. A komu mało, niech zajrzy na http://osmego.blox.pl i pozna trochę bliżej tych, którym ten spektakl zawdzięczamy, bo on się przecież nie wziął z powietrza.

Ewa Obrębowska-Piasecka
http://Kultura.poznan.pl
29 czerwca 2013

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia