Preparacja szczęścia

"Burza" - reż. Izadora Weiss - Opera Bałtycka w Gdańsku

Rozpoczęta w 2009 przez Izadorę Weiss podróż z Szekspirem ("Romeo i Julia", "Sen nocy letniej" w 2013 roku) wkracza w nową fazę. Po raz kolejny dyrektorka Bałtyckiego Teatru Tańca, tym razem inspirowana "Burzą", opowieścią stradfordczyka dotyczącą między innymi konfliktu władzy oraz wielkiego przebaczenia, poważyła się napisać własne libretto, dając całości oryginalny tytuł. Ostatnia inscenizacja Izadory Weiss to także głos w dyskursie nad samotnością artysty, podążającego ścieżką kreacji okupionej niezrozumieniem, wyrzeczeniami i pychą.

Widz przygotowany do spotkania z "właściwą" "Burzą" Szekspira, w Operze Bałtyckiej może poczuć się zdezorientowany niektórymi pomysłami librecistki, które osłabiają zasadniczą myśl inscenizacji, ponadto są mało czytelne. Dyrektorka BTT pozbawiła dzieło znamion cudowności i baśniowości. Szekspirowska zasada trzech jedności, występująca w tym dramacie, została przez Weiss rozbita. W prologu widzimy małą dziewczynkę, która wniesiona na rękach przez ojca, przywoływać ma czasy przybycia na wyspę pozbawionego władzy księcia Mediolanu i jego córki, Mirandy. Krótko potem widzimy, że dziewczyna ma już kilkanaście lat więcej, choć nadal wydaje się niepewnie stąpać zarówno po ziemi, jak dziwić się wszystkiemu wokół. W finale, sztuka zamiast zmierzać w kierunku "zbawiennego" pogodzenia się z ludźmi i wybaczenia, zmierza ku pogodzeniu się z losem i przyjęciu śmierci. Zamiast radosnego powrotu do Mediolanu, stajemy się świadkami metafizycznego przejścia Prospero w niebyt.

Najbardziej czytelny jest motyw miłości Mirandy i Ferdynanda. I chociaż córka Prospera wydaje się początkowo zupełnie niedojrzała, to okazuje się ostatecznie, iż radośnie umie poddać się nowemu uczuciu, jakie wywołuje w niej młody mężczyzna. Nieco sztuczne wydawały mi się zabiegi, jakie czyniła Miranda, aby zwrócić uwagę ojca na siebie i na swoje potrzeby emocjonalne, zabrakło autentycznego buntu tak charakterystycznego dla dojrzewających dziewcząt. Prospero nie wydaje się już mędrcem, jakiego poznaliśmy u Szekspira. Bawi się z nimfami, "reżyserując" sytuacje, ulega mirażom wspomnień o niezawinionej krzywdzie, nie przekonuje co do swoich możliwości i siły. Choreografka w finale krępuje go nawet w kaftan, aby nie zniszczył harmonii, jaka ostatecznie wytworzyła się dzięki przybyłym na wyspę rozbitkom, wśród których jest nie tylko książę Ferdynand, ale również brat Prospera czy król Neapolu. Tłum, który "wpływa" na scenę, aby dać temu ostatniemu szansę na narcystyczne tańce, wywołuje nie tylko zdziwienie, ale przede wszystkim rozczarowanie dramatycznym pomysłem inscenizatorki. Członkowie chóru Opery Bałtyckiej dokładnie nic na scenie nie znaczą, nic nie robią, widz z kłopotliwym zdziwieniem stwierdza ich obecność.

Nie umiem oprzeć się wrażeniu, że Izadora Weiss przeliczyła się z przełożeniem swojej koncepcji na język tańca. Libretto, którego treść stanowi załącznik do programu, to wariacyjna wersja dzieła Szekspira i wyobrażeń na temat świata, roli artysty, związków międzyludzkich i nawiązań artystycznych (najbardziej dojmującym przykładem jest wykorzystanie gestu od Leonarda da Vinci z obrazu przedstawiającego Jana Chrzciciela i budowanie na tym niezrozumiałych znaczeń). Całość wpisana w symfonie Gustava Mahlera jest wymagająca w odbiorze. Oczywiście nie musi to stanowić o komunikatywności sztuki, ale stanowi. Wykorzystana przez większość czasu ponad godzinnego spektaklu I Symfonia nadaje inscenizacji lekkości i do pewnego czasu spełnia funkcję ilustracyjną. Widz poddaje się swobodnie przywołanym światom muzycznym. Taniec jednak prowadzi widza bez emocji przez historię postaci scenicznych, bez tempa ilustruje procesy zachodzące w bohaterach, jest powtarzalny, brakuje pomysłów. Najdynamiczniejszy wydaje się być Ariel, pozostający jednak w dużym dystansie do swojego pana, inaczej niż u Szekspira, gdzie odciska wyraźne piętno na relacjach z Prospero oraz jego działaniach.

Izadora Weiss świadomie zmieniła wymowę dzieła Szekspira, być może chcąc osiągnąć pewnego rodzaju świeżość. Niestety, najbardziej zabrakło radości tworzenia, co było atutem w poprzednim przyglądaniu się Szekspirowi przez tę artystkę w "Śnie nocy letniej". Niemal całkowicie zmieniony skład Bałtyckiego Teatru Tańca nie sprzyja zachowaniu stałej uważności ze strony widza i stałemu poziomowi energii w zespole, w którym gwiazdami pozostali przede wszystkim Beata Giza (Anioł śmierci) oraz Filip Michalak (Prospero). Ona, mimo niewielkiej roli, pokazuje swój kunszt, tańczy precyzyjnie, w skupieniu, po mistrzowsku. Michalak ciekawie prezentuje się w interakcji z innymi, jest mniej ciekawy w scenach statycznych, kiedy "walczy" z mimiką. Tura Gómez Coll jako Ariel pokazuje różne odcienie postaci, mimo że inscenizatorka nie nadała jej wyraźnego charakteru.

"Burza" Izadory Weiss może się podobać przede wszystkim ze względu na muzykę Mahlera, ponieważ nie zaskakuje na poziomie choreografii oraz interpretacji sztuki Szekspira. Scenografia autorstwa Hanny Szymczak jest ciekawsza niż w "Otellu", jednak zastanawia mnie brak odwagi, pewien rodzaj wycofania twórczego realizatorki. To ostatnia premiera w sezonie. Czas na przemyślenia, co dalej z Bałtyckim Teatrem Tańca. Rozpoczął się już casting, czy zobaczymy zespół osobowości czy jedynie znakomicie wyszkolonych technicznie tancerzy? Kto pozostanie?

PS

Najnowsza premiera BTT zaskakująco rozczarowuje. Obnażyła słabości realizatorki i postawiła znak zapytania nad przyszłością całego projektu pt. "Autorski teatr tańca". Nie chcąc się wdawać w zbyt głębokie dyskusje pozaartystyczne, wyrażam żal spowodowany brakiem tancerzy, którzy do tej pory tworzyli jakość prezentacji BTT. Oświadczenie Michała Łabusia, że nosił się z zamiarem opuszczenia zespołu już od dłuższego czasu z powodów artystycznych, jest znamienne, szczególnie jeśli zestawimy je z wypowiedzią szefowej BTT, która twierdzi, że Łabuś i Natalia Madejczyk odeszli, bo nie mogli już podołać wymaganiom stawianym przez choreografkę. 5 czerwca Łabuś i Madejczyk zatańczą razem z Wioletą Fiuk i Patrykiem Gackim w bardzo oczekiwanej, tanecznej premierze ("Radio żelaza" na Gdańskim Festiwalu Tańca).

Po wielu latach budowania zespołu Izadora Weiss zaczyna od początku, choć oczywiście na innym poziomie. Wątek pobytu Prospera i Mirandy na wyspie dostarcza też zaskakujących koincydencji z losem małżeństwa Weissów, wyalienowanych, chyba na własne życzenie i przebywających na małej, dwuosobowej wyspie w Trójmieście. Marek Weiss, dyrektor instytucji kultury, reżyser i mąż, zdradza predylekcje do kształtowania opinii publicznej. W naszym regionie zdarzały się już przypadki, gdy dyrektor teatru nagradzał własną żonę, ale autorecenzje przed i po swoich oraz żony spektaklach, to już rarytas co najmniej lokalny. Mentorstwo weszło tutaj już na poziom groteski, najwyższy czas na autorefleksję. Marek Weiss czuje z pewnością szlachetną misję edukowania elity intelektualnej i artystycznej naszego regionu, ale czyni to w sposób coraz bardziej niesmaczny. Nadszedł czas na poważną, reprezentatywną i otwartą debatę na temat przyszłości Opery i BTT.

Opera i BTT są nasze? Tak.

Katarzyna Wysocka
Gazeta Świętojańska
6 czerwca 2015

Książka tygodnia

Teatr lalek w dawnej Polsce
Fundacja Akademii Teatralnej i Akademia Teatralna
Marek Waszkiel

Trailer tygodnia