Pro memoria

Przeczytane... zasłyszane... obejrzane...

Był piękny, ciepły, słoneczny, prawdziwie wiosenny dzień. Na krakowskim Cmentarzu Rakowickim pożegnaliśmy Jana Pawła Gawlika. To historia powojennego polskiego teatru – człowiek legenda, z wszystkimi blaskami i cieniami peerelowskiej rzeczywistości. Jego pogrzeb był gorzkim postscriptum książki Joanny Krakowskiej, która poświęciła mu niewiele miejsca, ot tyle, aby zasugerować jego związki z aparatem partyjnym tamtej Polski i podjęcie wspólnej politycznej akcji wystawienia w Krakowie „Dziadów" w reżyserii Konrada Swinarskiego (1973) w odległej koincydencji (ulubione słowo autorki!) z „Dziadami" w reżyserii Kazimierza Dejmka (1967).

Słowem, że arcydramat Mickiewicza nie powinien był się pojawić na deskach Starego Teatru, bo obowiązywało (od ponad 5 lat) ciche zalecenie ZASP-u, aby go po wypadkach warszawskich nie wystawiać na znak protestu. Nie chcę przedłużać tego tematu, a o książce „PRL. Przedstawienia" już pisałem. Pewnie łatwo jest dzisiaj dorobić Gawlikowi gębę komucha, łatwo przekreślić w ten sposób dokonania tego człowieka. Cóż to znaczy dla wyznawców teatralnej nowej wiary! Jednak za dyrekcji Jana Pawła Gawlika Stary Teatr wzniósł się na absolutne wyżyny artystyczne, niedościgłe do dziś dnia. Wiem, że takie porównania są trudne, inne wówczas były okoliczności, inna wrażliwość społeczna, inne oczekiwania estetyczne. Ale zaryzykuję...

Teatralna droga Jana Pawła Gawlika warta jest przypomnienia. Przed objęciem dyrekcji Starego Teatru (1970) był w latach 1968 – 1970 kierownikiem literackim Teatru Rozmaitości (dzisiejsza Bagatela), w latach 1977 – 1982 dyrektorem Teatru Telewizji, w latach 1983 -1985 dyrektorem naczelnym i artystycznym warszawskiego Teatru Dramatycznego i równolegle Teatru Rzeczpospolitej, w latach 1985 – 1989 Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Trzeba dodać, że równolegle zajmował się pisarstwem, dramaturgią, publicystyką, eseistyką, krytyką teatralną, dziennikarstwem. Kochał sporty motorowe, uprawiał je czynnie, pasjonowało go żeglarstwo. Jako instruktor jazdy samochodem uczył młodych kierowców (!!!).

Urodził się we Lwowie w roku 1924. Podczas II wojny światowej był żołnierzem Okręgu Lwowskiego Armii Krajowej. Po wojnie ewakuował się ze swojego rodzinnego miasta z zamiarem przedostania się w Poznańskie, gdzie brat jego matki miał (jeszcze wówczas!) spory majątek ziemski. Chciał zająć się rolnictwem. W 1946 roku zatrzymał się w Krakowie, który okazał się jego „ziemią przeznaczenia". Tutaj ukończył studia: w Akademii Handlowej, a także na UJ (dziennikarstwo i nauki polityczne). Na przełomie lat 40. i 50. związał się ze środowiskiem Tygodnika Powszechnego, które – jak twierdził – ukształtowało go na całe życie. Z tamtego okresu szczególnie wspominał Antoniego Gołubiewa i jego nieformalne pisarskie seminarium, które prowadził dla młodych, „zielonych" jeszcze dziennikarzy, takich jak on, Zbigniew Herbert, Tadeusz Chrzanowski czy Zdzisław Najder. Dysputy prowadzono w Klubie Logofagów, do którego należeli „seminarzyści". Wielkie wrażenie zrobił na nim Stefan Kisielewski (Kisiel), z którym – jak wspominał - założył „Partię Wariatów Liberałów". No i rzecz jasna pan i władca redakcyjny – Jerzy Turowicz. Nawiązał też kontakty z księdzem Janem Zieją, postacią niezwykłą i charyzmatyczną. Po terminowaniu w Tygodniku Powszechnym pracował przez krótki czas w Muzeum Narodowym, potem w Wydawnictwie Literackim i w redakcji Życia Literackiego, coraz bardziej łykając bakcyla teatralnego.

Jego pogmatwany życiorys, ale przede wszystkim oszałamiająca kariera w peerelowskiej Polsce powodowała, że tu i ówdzie szeptano o jego powiązaniach i układach. „On może wyżej, niż sięgają łapy lokalnych władz!", „Znaczy - centralnie, w Warszawie?", „No nie, jeszcze wyżej!"... I tu wchodzimy w teorię spiskową, swoisty political fiction. Mało mnie to dzisiaj obchodzi. Jeśli istniała jakaś tajemnica jego skuteczności, to Jan Paweł Gawlik zabrał ją do grobu i nigdy nie wykorzystał swoich domniemanych układów przeciwko polskiemu teatrowi. A iluż mamy dzisiaj takich, którzy z gębami pełnymi narodowych frazesów w gruncie rzeczy nam szkodzą. Zresztą życie Gawlika nie składało się z samych sukcesów, były też bolesne porażki... Ale fakt pozostaje faktem: ON potrafił (albo mógł) z NIMI skutecznie rozmawiać.

Trzy daty w karierze Jana Pawła Gawlika wydają mi się znaczące. Pierwsza to 1970 rok, kiedy po Zygmuncie Hübnerze (ustąpił ze stanowiska w proteście przeciwko cenzurze) przejął Stary Teatr. Dziesięć lat, które potem nastąpiły to w historii tej sceny czas wspaniały. Gawlik mądrze zarządzał, balansując między skrajnie różnymi osobowościami najważniejszych reżyserów: Konrada Swinarskiego, Jerzego Jarockiego i Andrzeja Wajdy. Wraz z nimi otrzymał w 1974 roku niezwykle wówczas prestiżową nagrodę „Drożdże", przyznaną przez tygodnik Polityka „za nowatorską działalność teatralną, która wzbudziła szeroki oddźwięk społeczny". A przecież wprowadzał na scenę również młodszych reżyserów: Grzegorzewskiego, Lupę, także filmowych: Kieślowskiego, Holland, Zanussiego i wielu innych. Stworzył i wylansował aktorów, którzy przez długie lata zajmowali (i zajmują nadal) wysokie pozycje w polskim teatrze, filmie, telewizji. Za Hübnera Stary Teatr nie był słaby, absolutnie nie! Miał liczne sukcesy, które Gawlik potrafił znakomicie wykorzystać i wzbogacić własnymi, świetnymi pomysłami.

Druga data, która wydaje mi się ważna to 1980 rok. Na fali porozumień sierpniowych i legalizacji „Solidarności" doszło do konfliktu między grupą zrzeszonych w nowym, niezależnym związku aktorów, a dyrektorem, w wyniku czego ten ostatni został odwołany ze stanowiska. To była niewątpliwie porażka Jana Pawła Gawlika. Nie chcę wnikać w istotę konfliktu, zresztą za mało o tym wiem. Myślę, że wówczas toczyła się ostra walka polityczna i - jak zawsze w takich wypadkach - liczyły się czarne i białe schematy. Widać, że pozbywanie się z różnych powodów zasłużonych dyrektorów - to nie jest wynalazek ostatnich lat.

Wreszcie trzecia data. W kwietniu 1983 roku Jan Paweł Gawlik został powołany na stanowisko dyrektora naczelnego i artystycznego warszawskiego Teatru Dramatycznego po odwołanym na początku stycznia Gustawie Holoubku. Jednocześnie został dyrektorem Teatru Rzeczpospolitej, wymyślonej przez władze impresaryjnej instytucji mającej organizować krajową i zagraniczną wymianę najlepszych spektakli teatralnych. Warto przypomnieć, że u podstaw tego politycznego pomysłu legła chęć upokorzenia środowiska teatralnego związanego z „Dramatycznym", który w stanie wojennym był głównym ośrodkiem opozycji. Docelowo Teatr Dramatyczny miał zostać zlikwidowany, a jego siedzibę miał przejąć Teatr Rzeczpospolitej. Tymczasem pojawił się Gawlik z propozycją koegzystencji obu scen, na co władze przystały. Czy miał taki dar przekonywania, czy też władze szukały sposobu, żeby wycofać się z niefortunnego, zbyt radykalnego pomysłu i posłużyły się Gawlikiem. Nieważne! Dość, że Gawlikowi udało się przynajmniej częściowo ocalić substancję artystyczną i infrastrukturę „Dramatycznego". Rychło zafundował (1984) „nieprawomyślną" premierę „Róży" Żeromskiego w reżyserii Macieja Wojtyszki (grałem w tym spektaklu rolę Bożyszcza), która została zdjęta przez cenzurę! A pierwszą premierą Teatru Rzeczpospolitej było przywiezione z Krakowa „Wyzwolenie" Wyspiańskiego w reżyserii Konrada Swinarskiego, Potem zaczęły jeździć po Polsce spektakle Kantora. I paradoksalnie idea „Rzeczpospolitej" zaczęła się przebijać, mimo środowiskowego i nie tylko środowiskowego ostracyzmu. Czy był to sukces Gawlika? Nie do końca. Z teatru odeszła spora grupa wybitnych aktorów i nie udało się ich zatrzymać, scena była bojkotowana przez dużą część publiczności. Do tej pory zastanawiam się po co mu to było? Myślę, że zdecydowała żyłka hazardzisty, którą Gawlik niewątpliwie posiadał. W latach 70. oba teatry - „Stary" i „Dramatyczny" - były w jakiś sposób ze sobą związane. Stanowiły niewątpliwie dwie najlepsze sceny w Polsce, dyrektor Gawlik często w Warszawie bywał, raz nawet przyjechał czarnym retro motocyklem! Jerzy Jarocki reżyserował i tu i tu. Myślę, że po detronizacji Holoubka Gawlik rzucił sobie wyzwanie. Wydawało mu się, że uratuje i scali tą zasłużoną warszawską scenę. Chyba przegrał, bo już w 1985 roku wrócił do Krakowa i objął dyrekcję Teatru im. Juliusza Słowackiego. W Warszawie, w marcu spłonął Teatr Narodowy i władze chciały wprowadzić pogorzelców do „Dramatycznego", jako trzecią scenę (ostatecznie wybrano Teatr na Woli). Myślę, że Gawlik nie chciał w tych przepychankach uczestniczyć i dlatego skorzystał z propozycji krakowskiej, gdzie doczekał emerytury (1989). Nie było mu łatwo. Sił ubywało, a tu trzeba było prowadzić bezpardonową walkę ze środowiskiem operowym o ocalenie teatralnej infrastruktury w kształcie historycznym, to znaczy przeznaczonym dla sztuki dramatycznej.
Moje kontakty z Janem Pawłem Gawlikiem rozpoczęły się w 1983 roku, kiedy został dyrektorem Teatru Dramatycznego. Chyba mnie lubił i cenił. Oczywiście, ktoś mógłby powiedzieć, że czynił tak z wyrachowania, bo skoro odeszli najlepsi, musiał pozyskiwać trochę gorszych. Ale był życzliwy ludziom, twórcom, aktorom, wiem to i z autopsji, i z opowiadań wielu kolegów ze „Starego". Pod okiem dyrektora Gawlika nie tylko jeszcze grałem, ale już stawiałem pierwsze poważne kroki w dziedzinie reżyserii. A potem, gdy zostałem dyrektorem „Słowaka" Jan Paweł Gawlik uczestniczył we wszystkich premierach, często rozmawiał ze mną telefonicznie, spotykaliśmy się, okazywał wielkie zainteresowanie tym, co się w teatrze dzieje. Gesty koniunkturalne? Nie, od dawna był przecież na emeryturze.

Był człowiekiem czynu, niewątpliwie uwikłanym w ówczesną polityczną rzeczywistość, tak jak wielu koryfeuszy kultury w tamtych czasach. To żadne odkrycie napisać lub powiedzieć, że ktoś był „powiązany". Gra polegała na tym, żeby nie dawać siebie używać w złej sprawie, żeby nie szkodzić, a gdzie można – pomóc. Wszyscy mądrzy ludzie wiedzieli, że podstawowa tkanka narodu musi zostać zachowana! Gawlik wykorzystywał swoje układy dla dobra teatru, dla jego przetrwania, dla jego rozwoju. Oczywiście, lepiej czuł się za głębokiej komuny, jako podmiot rozgrywki, niż później, kiedy stawał się nieuchronnie jej przedmiotem. Na Cmentarzu Rakowickim kondukt pogrzebowy nie zajmował dużo miejsca, tyle, ile zmarłemu poświęciła w swojej książce Joanna Krakowska. Nie było mów, ani orderów. Nie pojawili się reprezentanci władz, nie pojawił ZASP, nie było dyrektorów teatrów (z wyjątkiem „Starego") , nie było tych, którzy wiele Gawlikowi zawdzięczali. On umarł stanowczo za późno, żył zbyt długo, a ludzka pamięć bywa, albo raczej chce być nadmiernie krótka. Jakże trudno dzisiaj o szacunek i wdzięczność! I dlatego ten felieton. PRO MEMORIA!

Krzysztof Orzechowski
dla Dzienika Teatralnego
8 kwietnia 2017
Wątki
KO

Książka tygodnia

Iłła. Opowieść o Kazimierze Iłłakowiczównie
Wydawnictwo Marginesy
Joanna Kuciel-Frydryszak

Trailer tygodnia