Próba podsumowania

Przeczytane... zasłyszane... obejrzane...

Kończy się sezon teatralny 2016/2017. Kilkanaście ostatnich miesięcy to był dla teatrów czas burzliwy. Postępowała dezintegracja środowiska, doraźna polityka coraz bardziej wpływała na upolitycznianie sztuki, a upolityczniona sztuka coraz bardziej angażowała się w bieżącą politykę, pogłębiały się podziały na scenie i widowni, mnożyły naciski ze strony decydentów różnego szczebla władzy.

Parę teatrów zmieniło artystycznych szefów, m.in. w Bydgoszczy, w Kaliszu, w Łodzi. Wreszcie zakończono spory wokół warszawskiego Teatru Ateneum (czy rzeczywiście zakończono?!). Nowego dyrektora powołano niedawno w Narodowym Starym Teatrze, a we wrześniu ub. roku nowi szefowie pojawili się również w Teatrze im Juliusza Słowackiego i w Teatrze Ludowym w Krakowie. Ciągle nierozwiązany był problem toruński. Prawny i dotyczący przeszłości. Bo nowy konkurs na dyrektora został rozstrzygnięty (na szczęście zgodnie z wolą zespołu). Zawierucha trwała nadal we Wrocławiu, a napięcia w innych miastach. Zmiany nie są niczym szczególnym, tylko dlaczego muszą odbywać się tak hałaśliwie? Odnoszę wrażenie, że wielu organizatorów naszego życia teatralnego sprzysięgło się, aby maksymalnie utrudnić funkcjonowanie podległych im scen. Duży w tym udział (całkowicie nieświadomy) miały zespoły artystyczne, które przez swoją krótkowzroczność często pomagały doprowadzać do ruiny własne placówki. Zbiorowa mądrość pozostała zbiorowa, ale jakże często przestawała być mądrością. Pisałem o tym wszystkim wielokrotnie, dzisiaj – jako podsumowanie.

Od dawna sądziłem, że konkursy w obecnym kształcie i przy obecnych uregulowaniach prawnych mają jedyną, niezaprzeczalną zaletę: rozmywają odpowiedzialność za decyzje personalne i zdejmują ją całkowicie z władz powołujących nowego dyrektora. Tymczasem w moim prywatnym archiwum mam kopię listu, w którym prezes Związku Artystów Scen Polskich przekonuje marszałka Województwa Małopolskiego o celowości i potrzebie przeprowadzenia konkursu na stanowisko dyrektora Teatru im. Juliusza Słowackiego, jako najbardziej doskonałej i demokratycznej formy wyboru szefa. Jednocześnie duża część środowiska teatralnego (w tym wielu członków ZASP-u) zdecydowanie podważa ideę konkursów w obecnym kształcie i kwestionuje ich wyniki. Słowem – konkursy są cacy, jeśli przynoszą rozstrzygnięcia zgodne z naszymi oczekiwaniami!

Zespoły artystyczne podejmowały w ostatnim sezonie różne wysiłki, aby uzyskać znaczące wpływy na obsadzanie stanowisk dyrektorskich. Na ogół czyniły to nierozważnie, zbyt późno, w dodatku najczęściej były podzielone i skonfliktowane. I kompletnie pozbawione pragmatyzmu. Nie zdawały sobie sprawy, że źle zaaranżowane przejawy buntu i gesty protestu służyły w gruncie rzeczy decydentom, a nie idei zespołowości i dobru instytucji. Uwarunkowania prawne, regulaminy konkursowe nie pozwalały zespołom na wykazanie skutecznej inicjatywy. Pozostawało lobbowanie u władz ogłaszających konkurs, akcje medialne, a także wciąganie do rozgrywki widzów. Media z rozkoszą podejmowały ten temat: pachniał aferą i zadymą.

Reżyserzy skonsolidowali się i założyli Gildię: w obronie prawa do wolności twórczej i teatru artystycznego w Polsce, ale przede wszystkim w obronie zespołu Narodowego Starego Teatru przed niechcianym nowym dyrektorem, narzuconym decyzją ministra. Wsparcie moralne – przy równoczesnej odmowie reżyserowania na tej scenie – budzi moje wątpliwości. Prędzej czy później może doprowadzić do rozpadu tego wspaniałego zespołu. Pół biedy, jeśli pod wzniosłym oświadczeniem Gildii podpisują się twórcy o uznanej renomie, choć w tym wypadku często dochodzi do rażących niekonsekwencji i zmiany poglądów w zależności od okoliczności. Gorzej, jeśli do chóru starszych dołączają osoby o niewielkim dorobku artystycznym, o nierozpoznawalnych nazwiskach, bywa, że jeszcze studenci.

Nie mogę pozbyć się wrażenia, że – mimo szczytnych haseł – góruje nad tym wszystkim interes własny. Poza ogólnikami – mało jest głębszych refleksji na temat przyszłości i perspektyw rozwoju sztuki teatru. Brakuje odpowiedzi na pytanie: dokąd zmierzamy i po co. A praktycznie – jaką skuteczną strategię przyjąć wobec politycznego zagrożenia (bo tak większość ludzi teatru to definiuje). Samo hasło wolności twórczej oraz walka o stanowiska dla kogoś „z naszych" (podobnie robi strona przeciwna!) to jakby trochę za mało. Brakuje też pamięci, choćby o tym, że po zmianach ustrojowych pierwszy cios teatrom zadały koncepcje neoliberalne, które sztukę sceniczną usiłowały wprowadzić w obieg gospodarczy, czyli w komercję. Wówczas zagubiło się pojęcie misji oraz zaczęto przyglądać się z nieufnością sztuce wysokiej. Zapomniano o modnej w swoim czasie triadzie: media – kultura – biznes. Teraz w to wszystko wmieszała się polityka i dokonuje dalszego spustoszenia.

Trudno zorientować się, jaką politykę stosuje wobec teatrów Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Minister, nie mając głosu decydującego w przypadku scen samorządowych, a tych jest u nas większość, mógł jedynie wywierać naciski, co przynosiło umiarkowane skutki. W jego gestii pozostawały i pozostają nadal sceny narodowe oraz, w stosownej proporcji, tzw. współfinansowane (np. Teatry Polskie – we Wrocławiu i w Warszawie). Ministerialne działania kojarzą mi się nieodparcie ze słynną fredrowską frazą: „i chciałabym, i boję się". Widać, że zmierzały w kierunku ograniczenia swobodnej szarży artystycznej, zwłaszcza młodych reżyserów, na rzecz sprawdzonych wartości o zauważalnym posmaku narodowym. Ale trudno jest mówić o jakiejś czytelnej polityce kulturalnej. Ministerstwo cechuje ostrożność, niepewność i omylność (najśmielej poczyna sobie z muzeami), tak jakby obawiało się opinii środowiskowej, akcji protestacyjnych, głosu mediów, zwłaszcza internetowych. To dobrze. Póki co (wybaczcie rusycyzm!) nie można mówić o zdecydowanym trybie nakazowym, ale niejasna i mało przewidywalna sytuacja zaczyna być groźna, środowisko obawia się tego, co może nastąpić za chwilę. W moim przekonaniu pierwszym konsekwentnie i brutalnie(!) zrealizowanym posunięciem ministerialnym była zmiana dyrektora Narodowego Starego Teatru. Na dobre czy na złe? Znając siłę środowiskowego ostracyzmu, raczej na złe. Ważne, żeby Jan Klata wyłamał się z bojkotu (choć wiem jakie to trudne!) i nadal reżyserował w „Starym", bo jego pomysły na prezentowanie klasyki dzielą lata świetlne od wytrysków intelektu nieco młodszych, ale już sławnych, kolegów.

A samorządy? W przeważającej większości składają się z ludzi, którzy o kulturze i sztuce (zwłaszcza wysokiej) nie mają bladego pojęcia. Za to wydaje im się, że „robią politykę". Tak, bo samorządność obywatelska jest u nas fikcją. Liczą się przede wszystkim przepychanki i roszady partyjne. Przykład? Proszę bardzo! W pierwszych dniach czerwca (2017) marszałek Adam Struzik (PSL) oraz wicepremier i minister Piotr Gliński (PiS) podpisali w świetle jupiterów umowę o współfinansowaniu warszawskiego Teatru Polskiego przez Województwo Mazowieckie i MKiDN. Szansę podjęcia rozmów na temat takiego samego sposobu dotowania krakowskiego Teatru im. Juliusza Słowackiego (to duży zastrzyk gotówki!) miał na początku ubiegłego roku marszałek Województwa Małopolskiego. Ale małopolskie władze nie chciały nawet o tym słyszeć. Nie było im po drodze (partyjnej) otrzymywać pieniądze (moje i Twoje, Czytelniku – bo z naszych podatków) z rąk pisowskiego ministra. Zawsze starałem się być elegancki, tym razem nie daruję sobie ostrzejszych słów: nieprzemyślane politykierstwo. Stanowisku samorządowców sekundował krakowski „Dziennik Polski", roztaczając wizje aktorów z feretronami i wieczornic patriotyczno-religijnych zamiast spektakli – jako cenę, którą przyjdzie zapłacić za ministerialne dofinansowanie Teatru Słowackiego. A jak to nazwać inaczej niż dziennikarskim nadużyciem?

Wprowadzanie politycznej prowokacji do teatrów realizuje zarówno jedna, jak i druga strona: i rządzący, i opozycja. Sądzę, że i jedni, i drudzy (tu trzeba też dołączyć artystów) przestali myśleć w kategoriach sztuki i jej społecznych powinności na rzecz artykułowania własnych poglądów – nie tylko w życiu, ale i na scenie. Naganne jest, jeśli chce się ograniczyć swobodę artystycznej wypowiedzi. Domaganie się prawa do wolności twórczej brzmi znacznie lepiej. Ale natychmiast rodzi się pytanie: czemu ma ona służyć? Czyżby obrażaniu tych, którzy myślą inaczej? Jak dzisiaj odpowiedzieć młodym ludziom (np. moim studentom) na pytania o przyszłość teatru, jak wytłumaczyć przedziwne postawy koryfeuszy (pomińmy nazwiska) środowiskowych? Ten zamęt skutecznie podgrzewają lokalne i ogólnopolskie media. Ich rola często bywa obrzydliwa.

Publiczność jest zdezorientowana. Unikam czytania ewidentnie obraźliwych hejtów, ale racjonalne komentarze internautów zawsze mnie interesowały. Przebija z nich coraz większa niechęć do ludzi teatru i powszechne niezrozumienie środowiskowych postaw.

Pod koniec sezonu rozgorzał spór o ministerialną dotację na poznańską „Maltę". Poszło o Olivera Frljicia, który decyzją organizatorów został kuratorem tego zasłużonego festiwalu. Tragifarsa z udziałem chorwackiego reżysera ma u nas długą historię. Jej pierwszy akt rozegrał się w Narodowym Starym Teatrze podczas prób „Nie-boskiej", drugi – w warszawskim Teatrze Powszechnym, który poszedł w zaparte: „Klątwa" Frljicia nikogo nie obraża, to tylko fikcja, ironia, cudzysłów... Dyrektor i aktorzy powołali się na art. 73 Konstytucji RP, który gwarantuje nieskrępowaną wolność twórczą. Ale ktoś, a raczej ktosie byli na spektaklu, wyszli przed końcem, czując się dotknięci tym, co zobaczyli na scenie. Przywołali m.in. art. 53 (p.1 i 2) oraz art. 31 (p. 1 i 2) Konstytucji RP, ale przede wszystkim art. 196 kodeksu karnego, który nakazuje karać za obrazę uczuć religijnych (wg orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego – zgodnie z ustawą zasadniczą). Czyje odczucia są bardziej przekonywające: obrażonych, czy obrażających? Jakie uregulowania prawne są ważniejsze, gdy dochodzi do kolizji, a postawy konfrontacyjne wzajemnie się wykluczają? Rozpętało się piekło, nad którym unosi się widmo Frljicia, arcymistrza prowokacji, bo to główny środek artystycznego przekazu, któremu chorwacki reżyser zawdzięcza zawodową karierę. Czy prowokacja jest rzeczywiście jedynym sposobem gwarantującym rozwój teatru artystycznego w Polsce, o co tak zabiega reżyserska Gildia? Nie, zdecydowanie nie! Jest jednym z wielu. Za głębokiej komuny, przy szalejącej cenzurze, teatr artystyczny w naszym kraju rozwijał się i święcił triumfy (Grotowski, Kantor, Szajna i wielu innych). To nie jest kwestia prowokacji, wrzasku, ogólnej zadymy, zakazów i nakazów, to po prostu kwestia talentów! Co do mnie, rozumiem ludzi, którzy nie życzą sobie, aby z ich pieniędzy (podatnika) utrzymywano reżysera – prowokatora, co wcale nie znaczy, że postuluję cenzuralne zamknięcie mu ust. Ale w wielu demokratycznych krajach tego typu projekty realizuje się na własną odpowiedzialność, za własne, lub pozyskane od sponsorów pieniądze. Część umiarkowanych (nie fanatycznych) przeciwników twórczości Frljicia zwraca uwagę, że inscenizuje on swoje prowokacyjne spektakle w obszarze infrastruktury utrzymywanej z pieniędzy publicznych – i to wystarczy, po co specjalnie je dotować?! Tymczasem rozpoczął się akt trzeci tragifarsy – mam nadzieję, że nie pięcioaktowej. Dzięki „Malcie" chorwacki reżyser stał się w polskim teatrze pierwszym rozgrywającym. Nie powiem, transfer efektowny, on umie mieszać w naszym narodowym kotle, lub służyć za łyżkę tym, co mieszają. Najpierw był pierwszy prowokacyjny gest: mianowanie Frljicia kuratorem festiwalu i jego zgoda. Wiadomo było, że tego minister nie przełknie. I rzeczywiście, dał się sprowokować. Po wysłaniu ostrzegawczego pisma minister zerwał trzyletnią umowę o dofinansowanie festiwalu, wycofał patronaty. Podjął krok ryzykowny, przekazując piłeczkę (i argumenty) organizatorom „Malty" – bo prawny aspekt umowy, bo moralny wydźwięk danego słowa... itp. Co na to media? Może organizatorzy festiwalu pójdą do sądu? A krewki Chorwat ogłosił, że do Poznania nie przyjedzie na znak protestu, bo nikt nigdy go tak nie obraził, jak minister polskiego rządu. I tak zaczęła się nakręcać następna spirala prowokacji, bez czego już nie umiemy w naszym kraju żyć. Ludzie, opamiętajcie się! Przecież Frljić z takich zadym żyje i dzięki nim robi artystyczną karierę (sam o tym mówił w jednym z wywiadów). Czy akurat on musi być u nas wzorcem i miernikiem wolności twórczej?

Zdumiewające jest podejście do demokracji naszych środowisk artystycznych, zwłaszcza ich najbardziej opiniotwórczej części. Cieszmy się nią, korzystajmy z niej, byle na naszych warunkach! Niedawno gdzieś przeczytałem wywiad z Agatą Młynarską. Na pytania dziennikarza o jej telewizyjne losy, dobrą zmianę itp. odpowiadała spokojnie (cytuję z pamięci): „Mój czas w telewizji się skończył. Wiele się tam nauczyłam. Wiele wspaniałych rzeczy zrealizowałam. Teraz niech próbują inni po swojemu." A Andrzej Seweryn u Andrzeja Morozowskiego (TVN24) zadał istotne pytanie: „Czy władze mają prawo mieć poglądy, czy tylko powinny dzielić pieniądze pod nasze dyktando?" I dodał, że nikogo nie powinno się artystycznie wykluczać. Nie jest to wszystko proste. Demokracja ma swoje prawa i konsekwencje wyborów: dzisiaj rządzą ci, wczoraj – i być może jutro – inni. Można protestować, nie zgadzać się, ale tą podstawową regułę trzeba umieć przyjąć. Tymczasem u nas zawsze znajdą się tacy, którzy wiedzą lepiej i są nieomylni. Artystyczna pycha? Megalomania? A może rzeczywista troska o losy kultury, tylko artykułowana trochę bezsensownie?

Nie należę do zwolenników ekipy obecnie rządzącej w Polsce. Podobnie jak inni – widzę poważne zagrożenia dla demokracji, w tym również dla kultury. Przez 17 lat mojego dyrektorowania w Teatrze im. Juliusza Słowackiego byłem postrzegany jako zwolennik Platformy Obywatelskiej, choć do tej partii nigdy nie należałem. Również i wówczas doznałem szeregu rozczarowań. Właśnie dlatego uważam, że dzisiaj trzeba próbować patrzeć na bieg wypadków chłodnym okiem, pragmatycznie oceniać szansę, wybierać przemyślaną strategię, unikać prowokacji. Ale przecież artyści to ludzie emocjonalni!

Co wyniknie z tego chaosu? Trudno powiedzieć. Nie jest mi łatwo się z nim pogodzić. U schyłku mojej kariery teatralnej chciałbym odchodzić w smugę cienia w jakim takim porządku wartości. A jednak trzeba zachować optymizm, może się wszyscy opamiętają. Wątłą nadzieję daje fakt, że w minionym sezonie powstawały od czasu do czasu spektakle na miarę moich oczekiwań. W Krakowie największe triumfy święciło „Do DNA" Ewy Kaim w PWST, W Starym „Triumf woli" Pawła Demirskiego i Moniki Strzępki, a ostatnio „Wesele", jeden z najlepszych, o ile nie najlepszy spektakl Jana Klaty. I przedstawienia w Łaźni Nowej: „Wieloryb the Globe" Mateusza Pakuły w reżyserii Evy Rysovej oraz „Wszystko o mojej matce" Tomasza Śpiewaka w reżyserii Michała Borczucha. W Poznaniu reżyserskie sukcesy dwóch pań: Agaty Dudy-Gracz w Teatrze Nowym („Będzie pani zadowolona, czyli rzecz o ostatnim weselu we wsi Kamyk") oraz Mai Kleczewskiej w Teatrze Polskim („Malowany ptak" wg Jerzego Kosińskiego). W Warszawie najlepiej mówiono i pisano o „Idiocie" Dostojewskiego w inscenizacji Pawła Miśkiewicza (Teatr Narodowy), najwięcej i najgłośniej o „Klątwie" wg Wyspiańskiego w reżyserii Olivera Frljicia (Teatr Powszechny). Warto jeszcze wspomnieć spektakl Janusza Opryńskiego „Punkt Zero: Łaskawe" wg Jonathana Littella i Wasilija Grossmana w lubelskim Teatrze Provisorium. Najbardziej płodnymi reżyserami sezonu byli niewątpliwie Agata Duda-Gracz i Krzysztof Garbaczewski. Hitami okazywały się spektakle zarówno bardzo nowatorskie, jak i bardzo tradycyjne (choćby gdyńskie „Café Luna" Anny Burzyńskiej w reżyserii Józefa Opalskiego). To dobrze! Bo teatr powinien zaspokajać różne gusta publiczności. Ciekawe rzeczy działy się na małych scenach offowych, choć licho wie, czym jest dzisiaj off, a czym mainstream. A jeszcze Srebrny Lew na Biennale w Wenecji dla Mai Kleczewskiej za twórczość teatralną! Więc może nie jest aż tak źle?

Mimo wszystko – miłych wakacji i dobrego sezonu 2017/2018!

Krzysztof Orzechowski
dla Dzienika Teatralnego
24 czerwca 2017

Książka tygodnia

Wróg publiczny i inne dramaty węgierskie
Agencja Dramatu i Teatru "Adit"
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia