Projekcje fikcyjnej bliskości

"Wiarołomni" - reż. Artur Ildefons Urbański - TR Warszawa

Słynna scena z ,,Siódmej pieczęci", gdy grany przez Maxa von Sydowa Antonius Block staje do szachowego pojedynku ze śmiercią, jakoś musiała wpłynąć na Bergmana później, gdy pisał ,,Wiarołomnych". Wizja zbliżającego się końca dochodziła do jego świadomości. Musiały stanąć mu przed oczami wszystkie dramaty obyczajowe, jakich był twórcą. Stąd osobliwość scenariusza, wystawionego przez Urbańskiego w warszawskich Rozmaitościach

Tu Bergman nadal stoi z boku, choć już się nie ukrywa. Kreując postać Reżysera, postawił pod znakiem zapytania swoje wcześniejsze dokonania. Każde z nich bowiem, choć wybitne, było jedynie wyobrażeniem swojego twórcy, narracją subiektywną. Adaptując ,,Wiarołomnych”, miał więc Urbański trudne zadanie. Historia przedstawiona w tekście brzmi dramatycznie i autentycznie.

Twórca przedstawienia umieścił Reżysera (Władysław Kowalski) na widowni. To on mówi głównej bohaterce, Marianne (wspaniała Maja Ostaszewska), jaka jest, jak wygląda, co ma robić. Dwuznaczna gra z tą postacią (w fabule jest ona… aktorką) wprowadza ferment niepewności. Bo odtąd cały spektakl, zagrany z dużą dawką emocji i realizatorskim zacięciem, jest wzięty w olbrzymi nawias. David, kochanek Marianne, odgrywany przez Redbajnda Klijnstrę, jest wyraźnie zdystansowany, a jego wybuchy gniewu aktor wyraźnie traktuje z dystansem. Adam Woronowicz, tworząc postać zdradzanego Markusa, balansuje na granicy tonu serio i buffo. Szkoda jedynie, że profile pozostałych bohaterów są za mało rozwinięte, stanowią jedynie tło dla czołowego trójkąta. Biorąc pod uwagę aspekt psychologiczny, ,,Wiarołomni” są obrazem rozpadu więzi rodzinnych, gry winy i osądu nad drugim człowiekiem. Spadkobiercami trudnego dziedzictwa, a jednocześnie ofiarami wojny dorosłych są dzieci. Mała Isabelle (dobrze radząca sobie z Bergmanem Aniela Nykowska) jest w stanie jedynie biernie przyjmować kolejne ciosy. Może w przyszłości znienawidzi mężczyzn, może pozostanie w niej odcień kompleksu Elektry. Ponury wydźwięk fabuły dominuje w spektaklu.

Nie da się jednak ukryć, że Urbański za szybko poprowadził całą akcję. Przebieg adaptacji przypomina sinusoidę – ekspresyjnym kłótniom odpowiadają chwile milczenia. I tak cały czas. Tempo przypomina przy tym thriller. Jakże odbiega to od enigmatyczności Bergmanowskiego stylu, atmosfery niedopowiedzenia. Choć film musi być oczywiście rozpatrywany w innych kategoriach niż teatr, to spokojne narracje ,,Jesiennej sonaty”, ,,Persony” czy ,,Fanny i Alexandra” bardziej trzymały w napięciu, budząc lepszej jakości wrażenia estetyczne.

Wielopoziomowość adaptacji Urbańskiego dopuszcza jednak i inne interpretacje. Poza wątkiem rodzinnym, rodzi się egzystencjalny. Reżyser-Kowalski pozwala Marianne, by ta tłumacząc swoje postępowanie, jednocześnie dokonywała wyborów. Pozwala? Czy jednak wszystko, co dzieje się w dramacie, nie jest wytworem wyobraźni Reżysera? Formą autoterapii? A może on sam jest ponadmaterialnym demiurgiem, a wszystkie wydarzenia to boże igrzysko?

Urbański odbiera jednak widzom możliwość takiej interpretacji. Przedstawienie kończy się bowiem nagłym deus ex machina. Choć wszystko kończy się dobrze, jedyne, co może teraz zrobić Reżyser to wyjść na scenę i podziękować widzom. Odczuwa się tu pewien niedosyt. Nie rozwinięto postaci Kowalskiego, a szkoda.

Nie znaczy to, że przedstawienie niknie w aurze niedokończenia, niedopracowania. Przeciwnie, klamrą czyni Urbański dwuznaczność ,,Wiarołomnych”. Może jest to opowieść o teatrze, sztuce w ogóle, w której artyści sami są tytułowymi ,,wiarołomnymi”, dającymi widzom artyzm z określonym przekazem, który upada pod natłokiem szarej, brutalnej rzeczywistości. Może to być opowieść o pułapkach pamięci człowieka, który próbuje odtworzyć pewne wydarzenia, jednak samego biegu czasu już nie zatrzyma. Pamięć jest bowiem ułomna, nie oddaje prawdziwości minionych dni. Wszystkie elementy scenografii mają dokładne geometryczne kształty, będące od czasów Platona symbolem idealizacji realności. I wreszcie, ,,Wiarołomni” mogą być opowieścią o nas samych, bezskutecznie próbujących wyreżyserować własne życie, a tak naprawdę będących w łasce i niełasce czegoś immanentnego.

W tym chyba tkwi siła przedstawienia Urbańskiego. Nie radząc sobie z adaptacją samego tekstu, zręcznie wydobywa z niego reżyser woal sugestii, które – może nieco za bardzo zdając się na samego widza – tkwią gdzieś w aurze przedstawienia.

Szymon Spichalski
Teatr dla Was
26 października 2011
Teatry
TR Warszawa

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia

Roxana Songs
Krystian Lada
Lada wybrał na miejsce nagrania „Roxa...