Promieniowanie Marii Curie

"Madame Curie" - reż: Marek Weiss - Opera Bałtycka w Gdańsku

Premiera opery, której główną bohaterką jest dwukrotna laureatka Nagrody Nobla, była największym formalnym i estetycznym wyzwaniem tegorocznego festiwalu.

Największą zaś towarzyską niespodzianką było pojawienie się na widowni, bardzo ciepło przyjętej, kompozytorki "Madame Curie" - Elżbiety Sikory. Zaiste rzadki to przypadek, co podkreślił na wstępie prowadzący festiwalowe spektakle Sławomir Pietras, by kompozytor opery był obecnie człowiekiem żywym, Polakiem oraz kobietą. Elżbieta Sikora, mimo że wkroczyła już w wiek emerytalny (także w myśl proponowanych przepisów), jest nie tylko człowiekiem żywym, ale i żywotnym. W ubiegłym roku, krótko po gdańskiej premierze "Madame Curie" zapowiedziała, iż nie jest to jej ostatnie operowe słowo, lecz że dopiero teraz rozsmakowała się w tym gatunku i już myśli nad kolejnym dziełem. 

Znawcy muzyki współczesnej często narzekają na niewdzięczną pamięć Polaków w stosunku do tych naszych twórców, którzy zdecydowali się na pracę za granicą i w dodatku odcinają się od romantycznej tradycji. W tym kontekście wymieniana jest też Elżbieta Sikora, która w latach siedemdziesiątych błysnęła w Europie jako młoda, świetnie zapowiadająca się kompozytorka muzyki elektroakustycznej, po czym, w 1989 r., osiadła na stałe w Paryżu. I od tamtego czasu Polska o niej powoli zapominała, natomiast Francja doceniała coraz bardziej.

Powrót na salony

Madame Sikorze nad Wisłą nie pomogło nawet to, że z czasem pogodziła się z muzyczną tradycją, szukając inspiracji m.in. u Chopina i Lutosławskiego. Na nasze muzyczne salony na dobre powraca dopiero dzięki tej operze, wystawionej w październiku 2011 roku - Międzynarodowym Roku Chemii i w stulecie przyznania Nagrody Nobla Marii Skłodowskiej-Curie.

Fakt, w "Madame Curie" nie znajdziemy arii, którą można nucić przy goleniu czy partii chóralnych, które, jak pieśń niewolników z "Nabucco", stale zamawia się w koncertach życzeń. Festiwalowa publiczność miała jednak okazję przekonać się, że opery współczesnej nie trzeba się bać. Orkiestra rzeczywiście grała mało melodyjnie, ale opera niesie potężny ładunek emocji. Ogromna w tym zasługa Anny Mikołajczyk, która musiała udźwignąć arcytrudną nie tylko muzycznie, lecz i aktorsko rolę tytułowej bohaterki. To rola bezwzględnie kluczowa dla tego dzieła, wyczerpująca także fizycznie - dość powiedzieć, że Maria jest cały czas na scenie przez wszystkie trzy akty, odgrywane bez przerwy w czasie blisko dwóch godzin. I uwagi od wokalno-aktorskiego popisu nie odciąga ani kostium (Maria występuje w skromnej, białej sukience, przypominającej nocną koszulę, z narzuconym na nią szarym prochowcem), ani symboliczna scenografia - będąca skrzyżowaniem prymitywnej pracowni naukowca z salą wykładową.

Madame Curie zmaga się na scenie z rozterkami, czy jej odkrycia będą dla ludzkości dobrodziejstwem, czy przekleństwem. Poza tym szczuta przez dziennikarzy kołtuneria Paryża wyrzuca jej, że odważyła się sięgać po naukowe zaszczyty będąc kobietą i cudzoziemką. Mocno wyeksponowany jest też motyw jej "grzesznego" romansu po śmierci Piotra Curie z Paulem Langevinem, młodszym od niej o cztery lata naukowym wychowankiem męża, na domiar złego człowiekiem żonatym i ojcem czworga dzieci. Ataki prasowe w życiu i na scenie zmusiły Marię do odrzucenia uczucia, o czym współcześni Polacy mało wiedzą, wychowani na wyretuszowanych biografiach uczonej.

Miłość dziadka

 Co ciekawe, oba rody połączyły się jednak... dwa pokolenia później, gdy wnuczka polskiej noblistki poślubiła wnuka Paula Langevina. Przed napisaniem opery Elżbieta Sikora miała sposobność przeprowadzenia długiej rozmowy z Helenę Langevin-Joliot, która kontynuuje rodzinne tradycje - jest profesorem, fizykiem jądrowym. Madame Helenę nie miała nic przeciwko uwzględnieniu historii miłości jej dziadka w libretcie "Madame Curie".

Jarosław Reszka
Nowości
7 maja 2012

Książka tygodnia

Monty Python. Autobiografia według Monty Pythona
Czwarta Strona - Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o.
Monty Python

Trailer tygodnia