Prowokuję, ale się już nie zmienię (2)

Rozmowa z Robertem Czechowskim

Powstało ważne przedstawienie. Kolejne zapowiadają się równie interesująco choć nie będzie łatwo dorównać spektaklowi „Gdy przyjdzie sen"! Ważne, że kolejny raz pokazaliśmy pracę drużynową. Zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby tego nie zmarnować idiotycznymi wojenkami, bezmyślną przepychanką. Po ostatnich doświadczeniach dużo bardziej krytycznie patrzę także na siebie. Może dyrektor powinien być bardziej zasadniczy, nieprzystępny, może... ale ja się już chyba nie zmienię?! Na ile jeszcze Pan Bóg pozwala, to staram się żeby wszyscy, którzy do nas przyjeżdżają czuli się tu jak u siebie. Jedni z tego korzystają, inni tego nadużywają. Samo życie.

Z Robertem Czechowskim - dyrektorem naczelnym i artystycznym Lubuskiego Teatru w Zielonej Górze - rozmawia Ryszard Klimczak.

Prowokuję, ale się już nie zmienię (część 1)

Ryszard Klimczak: Otwarcie nowego sezonu rozpoczął pan niezwykle skromnie, bez szumnych zapowiedzi, a jednocześnie jakby w cieniu ostatnich wydarzeń. Jednak po inauguracyjnej premierze wybuchła bomba. Takiego zakończenia dnia niewielu mogło się spodziewać. Spektakl „Gdy przyjdzie sen - Tragedia miłosna" został przygotowany przez parę reżyserów Katarzynę Dworak i Pawła Wolaka z Teatru Heleny Modrzejewskiej w Legnicy. Myślę, że zarówno tekst, jak i koncepcja spektaklu daleko wykraczają poza literacko-realizacyjną codzienność z jaką zazwyczaj spotykamy się w teatrze. W warstwie plastycznej, muzycznej stanowi nierozerwalny monolit. Jednak największą jego siłę oraz wartość stanowi niezwykłe zaangażowanie i pasja z jaką ten osiemnastoosobowy zespół aktorski przystąpił do jego realizacji. Emocje w tym spektaklu pulsują od jego niepokojącego początku, aż do tragicznego zakończenia. Nie spotkałem nikogo po spektaklu, kto nie byłby zachwycony efektem waszej pracy. Gratuluję.

Robert Czechowski: Dziękuję. Mam podobną opinię. Ten spektakl był dla mnie bardzo ważny na tym etapie relacji i zdarzeń w naszym teatrze. Wyjątkowo zależało mi na tym żeby wbrew wszystkiemu, co działo się pod koniec ubiegłego sezonu, pokazać, że zależy mi na zespołowości, drużynie, ekipie, która zmierza w jednym kierunku mimo różnic w myśleniu o teatrze, w możliwościach artystycznych każdego z nas, w doświadczeniu itd. Chciałem to wyjątkowo zaakcentować i sprawdzić czy w tym składzie to w ogóle jest możliwe. Świadomie „wrzuciłem" największych oponentów do ekipy, z którą nie było im chyba po drodze. Nie jest łatwo pracować wiedząc, że się jest nagrywanym i nigdy nie wiesz w jakim kontekście to zostanie użyte. Czasem trzeba po prostu powiedzieć „mocniej kurwa! „ a nie „kochany czy mógłbyś użyć nieco bardziej intensywnej ekspresji, oczywiście jeśli możesz?". Na Boga bądźmy normalni! Teatr to nie kościół, chociaż z niego się wywodzi.

Powściągliwość sztuce nie służy.

Trzeba dużo wiedzieć na temat procesu twórczego, na temat ceny jaką się płaci w pogoni za prawdą sceniczną. Teatr nie jest miejscem dla grzecznych dziewczynek. Artysta w procesie twórczym jest jak schizofrenik pomieszany z dzieckiem, narkomanem, psychopatą i geniuszem. To nie jest matematyka, a i matematyka jest szalenie abstrakcyjna. Proces twórczy to jest niebywały tygiel, który ogromnie dużo kosztuje i często gest albo jedno przekleństwo stają się prowokacją wobec kogoś po to, żeby wyzwolić w nim emocje, o które chodzi, a których nie dało się w sposób werbalny innego rodzaju zdefiniować, uskutecznić i wyzwolić. Są po prostu niezbędne i trzeba to rozumieć. Wiadomo, że to co się dzieje u nas wewnątrz to jest nasz język, to jest nasza poetyka, nie wolno tego wynosić na zewnątrz, a już na pewno nie wolno tego wyciągać z kontekstu i obrzucać błotem koleżanki i kolegów. To jest jakaś paranoja.

Tym bardziej, że tego typu zachowań, nawet jeszcze mocniejszych, słów, określeń używa się w sztuce i w tekstach.

Dokładnie. Czeka mnie 20 października rozprawa sądowa. Jak zobaczyłem pozwy, które są książkami to po prostu znowu ręce mi opadły. Czytałem to nad jeziorem kiedy moi przyjaciele kąpali się i grali w brydża, a ja musiałem odpisywać na maile, przez dwa tygodnie konsultując to z prawnikami i tracąc połowę wakacji. No ale taka dola dyrektora. Myślę jednak, że tak nie musi być. Starałem się pokazać tym ludziom wbrew logice, że można i nie ma innego wyboru, należy pracować w grupie. Ale nikogo nie można zmusić do normalności.

Tego typu gest, które pan im pokazał, proponując udział w zespołowym projekcie myślę, że w połączeniu z sukcesem jaki ten spektakl odniósł, mają być może szansę aby przyczynić się do rozładowania tych napięć i uporządkowania wszystkiego w jakiś sposób?

Powiem tak: chyba nie jestem na tyle naiwny, żeby wierzyć, że to się da rozładować. Jak króciutko powiedział pewien mały chłopiec zapytany o to, co to jest szczęście, a co to jest nieszczęście – „nieszczęście jest wtedy jak się złamie patyczek, a szczęście jest wtedy kiedy się go uda skleić". Boję się, że tego patyczka już się nie da skleić.

Usunięcie pewnych ludzi, w sumie na ich własne życzenie, dla pozostałej części jest szansą na uporządkowanie, pewne złagodzenie, możliwość rozładowania stresu i nagromadzonej złej energii, bo przecież oni także podlegają tym wszystkim napięciom.

Jest to ważne szczególnie dla młodych aktorów, którzy przyszli pełni wiary w to, że to jest piękne miejsce, świątynia sztuki, a nagle zostali oblani błotem. Nagle ktoś do nich telefonuje i pyta - „Czy dyrektor coś ci obiecywał za to żebyś go popierał, albo czymś ci groził?" Na co usłyszał odpowiedź - „Człowieku, jestem szczęśliwy, dostałem tu pracę, gram piękne role w bardzo dobrych spektaklach, nie wiem o czym mówisz i o co ci chodzi. Chcę pracować, nie chcę żadnych wojen!. Jak ci się tu nie podoba to stąd odejdź". Życie w tym środowisku kopało mnie nieraz po dupie bardzo mocno. Siniaki na tyłku zawsze mi przypominają, żeby bronić tego czego się wspólnie z innymi dokonało, nie zapominając, że czasem się przegrywa! Mój ojciec zawsze powtarzał : „synku pamiętaj, można leżeć w rynsztoku, ale z klasą, ładnie..."Czasem ktoś ze znajomych mówi ironicznie - „stary, Teatr w Zielonej Górze?". A ja na to - „A cóż na Boga jest złego w Teatrze w Zielonej Górze? Przyjedź na nasze spektakle, zobacz, wtedy pogadamy". Zdarza się, że po którymś z naszych przedstawień delikwent z wielkiego miasta powiada : „...jechałem do prowincjonalnego teatrzyku w mieście gdzie dalej są już tylko smoki,a wyjeżdżam z otwartą gębą. Stary jaki ty masz zespół! Jaki spektakl! Nie mógłbym u was zagrać? Tak było po „Wizycie starszej pani", po „Trash story", po „Kazimierzu i Karolinie", po „Trzech siostrach", po „Spiegel im Spiegel", po „Medei", po „Teraz na zawsze", po „Kasparze Hauserze", po „Łzach Ronaldo", po „Śnie nocy letniej", po „Nikt nie byłby mną lepiej – koncert", po „Ach Odessa Mama"i tak było po naszej ostatniej premierze „Gdy przyjdzie sen..." „ nie widzieliśmy od lat czegoś takiego, co by nas tak inspirowało." Ciągle powtarzam swoim aktorom – „Wyrzućcie z głowy kompleksy. Jesteśmy tu gdzie jesteśmy i szanujmy to miejsce. Bądźmy dumni z naszego miasta. Trzeba pracować, pracować, pracować..." Tam gdzie jestem, tam żyję, trwam, przemijam, umieram i muszę szanować to miejsce i tych ludzi którzy są świadkami moich doświadczeń!

Lubuski Teatr nie musi mieć kompleksów wobec tego co się dzieje obecnie w polskich teatrach. W twórczości nie tylko teatralnej, po dobrym początku, po sukcesie bywa tak, że przychodzi refleksja, niepokój, obawa i pragnienie, żeby następne dzieło dorównywało jakością temu poprzedniemu i dawało równie wiele satysfakcji. W takim razie trudne zadanie przed dyrektorem. Co takiego przygotować na dalszą część sezonu aby ta poprzeczka została utrzymana na podobnym poziomie?

Przemek Jaszczak zaczyna realizację spektaklu na osiem osób na podstawie tekstu Maliny Prześlugi pod roboczym tytułem „Bestia". To projekt przedstawienia muzycznego o temacie luźno wywodzącym się z „Pięknej i Bestii". I przypominam, że będzie to trzecia cześć projektu „Teatr nie gryzie" polegającego na prezentacji spektakli dla dzieci i młodzieży w miejscowościach o utrudnionym dostępie do tzw."kultury wysokiej". Premierę planujemy na listopad.

A co dla dorosłych?

W grudniu jest planowana premiera spektaklu na podstawie tekstu Lecha Mackiewicza „Małgośka". To będzie realizacja z nurtu przedstawień inspirowanych wydarzeniami, ludźmi z Zielonej Góry. Tym razem inspiracją dla Lecha była postać słynnej zielonogórzanki Maryli Rodowicz.

Maryla Rodowicz miała tu zresztą spore sukcesy.

Owszem. Zamierzamy w sposób dosyć zabawny i luźny podejść do faktów z jej życia. To jest ważne żeby tam gdzie się jest penetrować przestrzenie, którymi jest się przesiąkniętym. Zresztą tak się z Mackiewiczem poznaliśmy. Na świetnej premierze „Miłobójców" w Zabrzu. Bardzo dobry tekst, znakomite przedstawienie. Zaraz potem, a właściwie równolegle z tym projektem będzie realizowana słynna, gorzka i bardzo aktualna komedia irlandzka „Samotny Zachód". Pochylimy się nad problemem nienawiści między braćmi, których los rzucił gdzieś na peryferie świata. To bardzo gorzki tekst o braku miłości i okrutnej pustce życia bez niej. Może przyglądając się skaczącym sobie do gardeł braciom dowiemy się czegoś o nas samych, o naszym konflikcie, który niestety jest częstym bywalcem polskich teatrów.

I mniej więcej na kiedy pan to planuje?

„Bestia" będzie miała premierę w listopadzie, w grudniu „Małgośka", w styczniu „Samotny zachód".

A dalej?

Potem będzie jeszcze bajka dla najmłodszych – „Tymoteusz wśród ptaków" w reżyserii Kasi Kawalec. Dla malutkich dzieci, klasyczna, piękna bajka, pełna tajemniczych stworów, bardzo plastyczna.
Następnie planujemy realizację sztuki Tankreda Dorsta"Fernando Krapp napisał do mnie ten list" o dosyć pokrętnych losach kolejnej walki w labiryncie miłości w reżyserii Carstena Knodlera, dyrektora niemieckiego Die Theater Chemnitz. To będzie kontynuacja wspólnie realizowanych przez nasze teatry projektów. Wymieniamy się twórcami, informujemy się o nowych, ciekawych tekstach, wymieniamy się doświadczeniami sporo ucząc się od siebie ( my przede wszystkim ich znakomitej organizacji pracy, oni naszego słowiańskiego szaleństwa twórczego ). Współpracujemy także z Czechami, Słowakami, Ukraińcami. W najbliższym czasie poszerzymy nasz krąg zainteresowań także o Francuzów i Węgrów.

Czy ma szansę na ponowną odsłonę, rozpoczęta w 2011 roku, oryginalna, potrzebna i piękna idea festiwalu Pro Vinci?

To dla mnie bardzo ważna idea polegająca na prezentacji najciekawszych spektakli teatrów prowincjonalnych. Nie boimy się tego często omijanego słowa „prowincja". Nie widzę w nim nic złego. Przeciwnie! Chcemy wspólnie z naszymi przyjaciółmi z podobnych do naszego teatrów dzielić się doświadczeniami i realizować wspólne projekty, które mogą nam pomóc w niełatwej sytuacji finansowej. Nasz festiwal ma być szansą dla nas i naszych przyjaciół na spotkanie. Tak rzadko oglądamy się nawzajem. Tak rzadko ze sobą rozmawiamy o wspólnych problemach i pomysłach na ich rozwiązanie. Tak rzadko dzielimy się radością z naszych sukcesów. Tak rzadko pijemy ze sobą wódkę. A życie nieubłaganie mija, mija...

Życzę w takim razie aby nowy sezon poszedł za pierwszym ciosem, aby te wszystkie założenia, które sobie postawiliście, okazały się takim samym sukcesem, jakim okazał się pierwszy spektakl – „Gdy przyjdzie sen...". Miejmy nadzieję, że wszystkie te kłopoty, które pojawiły się w ubiegłym sezonie znikną na dłuższy czas i nastanie pokój.

Nie dziękuję za życzenia zgodnie z naszą tradycją, żeby nie zapeszyć. Sezon zaczął się świetnie, zobaczymy jak to się rozwinie i skończy. Jestem wdzięczny Kasi Dworak, Pawłowi Wolakowi, Gosi Bulandzie, Jackowi Hałasowi, że przywieźli nam trochę legnickiej atmosfery, pokazali ich sposób pracy. Powstało ważne przedstawienie. Kolejne zapowiadają się równie interesująco choć nie będzie łatwo dorównać spektaklowi „Gdy przyjdzie sen"! Ważne, że kolejny raz pokazaliśmy pracę drużynową. Zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby tego nie zmarnować idiotycznymi wojenkami, bezmyślną przepychanką. Po ostatnich doświadczeniach dużo bardziej krytycznie patrzę także na siebie. Może dyrektor powinien być bardziej zasadniczy, nieprzystępny, może... ale ja się już chyba nie zmienię?! Na ile jeszcze Pan Bóg pozwala, to staram się żeby wszyscy, którzy do nas przyjeżdżają czuli się tu jak u siebie. Jedni z tego korzystają, inni tego nadużywają. Samo życie. Teatr to nie jest zwykła praca. Tu się nie przychodzi jak do zakładów mięsnych. Nie rozumiem człowieka, który o godzinie 13:59 wychodzi na scenę i pokazuje Janowi Szurmiejowi, że minął już czas. A ten mówi „ a o której się zaczęła próba?" , "o 10:25", a na to Szurmiej, że miała się zacząć o 10:00 i na to słyszy „no to mógł pan wyegzekwować, żeby się zaczęła o 10:00, ale zawodowiec kończy o 14:00". W zakładach mięsnych i innych fabrykach pewnie tak trzeba pracować. Teatr wpisany w kodeks pracy – w porządku, jako dyrektor szanuję to i staram się tego przestrzegać. Ale nie rozumiem takich ludzi, nie rozumiem takiej postawy i nigdy tego nie nie zaakceptuję. Kończąc, powiem tak: za otwartość, witalność, chęć stworzenia rodzinnej atmosfery często zapłatą jest kopniak... mimo wszystko jednak warto!

Dziękuję bardzo.

Ryszard Klimczak
Dziennik Teatralny
5 października 2015

Książka tygodnia

Trening fizyczny aktora. Od działań indywidualnych do zespołu
Wydawnictwo Biblioteki PWSFTviT
Rodowicz Tomasz, Jabłońska Małgorzata, Toneva Elina

Trailer tygodnia