Proza życia, poezja śmierci

"Makbet" - reż: Mariusz Grzegorzek - Teatr im. S. Jaracza w Łodzi

Brak tu brutalnych gwałtów, czy naturalistycznego przelewu krwi, a morderstwa dokonywane są w sposób symboliczny - dotknięciem dłoni oraz nakryciem głowy kawałkiem czerwonej materii. Jest poetycko, metaforycznie, oszczędnie. Więcej się dzieje w duszach bohaterów, niż na scenie - "Makbet" Mariusza Grzegorzka pod wieloma względami znajduje się na przeciwnym biegunie w stosunku do głośnej inscenizacji Mai Kleczewskiej sprzed kilku lat.

Grzegorzek w każdej ze swoich realizacji ucieka od dosłowności, operuje metaforami wizualnymi, budując tym samym bogatą symbolikę pojawiających się na scenie elementów. W jego „Makbecie” rany zadane żołnierzowi zostały zasygnalizowane przez poszarpane łaty na jego mundurze (a właściwie kombinezonie, większość strojów przypomina bowiem czarne kombinezony), śmierć bohaterów ogranicza się do wykonania umownych ruchów odbierających życie, a zamiast ducha Banka podczas uczty - w miejscu, gdzie przygotowano dla niego krzesło, na biały obrus kapie z sufitu krew. Pałacowe wnętrza tworzą nieustannie przemieszczające się rzędy świec, pozwalając wyobraźni widza zabawić się w architekta, a w scenie uczty szaleństwo Makbeta (Ireneusz Czop) i jego żony, bezkompromisowej Lady Makbet (Ewa Audykowska-Wiśniewska) w ryzach trzymają sztywne kołnierze, oplatające szyje królewskiej pary.

Scena przez cały spektakl pogrążona jest w mroku, jedynym źródłem światła są świece. Na ścianie znajdującej się naprzeciw widowni widzimy ich płonące knoty - trzy rzędy po siedem sztuk. Przestrzeń sceny zamknięta jest natomiast przez dwa rzędy dwunastu świec umieszczonych na wysokich drewnianych postumentach trwale ze sobą połączonych podstawami. Chwilę później dwie dwunastki zamienią się w cztery szóstki. Nie trzeba zaawansowanej wiedzy numerologicznej, czy znajomości astrologii, aby wiedzieć, że trójka, siódemka i dwunastka to liczby znaczące, w większości kultur uznawane za dobre (siódemka w wielu kulturach jest święta: Grecy wyliczali siedem cudów świata, siedem gwiazd w gwiazdozbiorze Seta, istniało siedem sztuk wyzwolonych; w chrześcijaństwie mamy siedem cnót głównych, siedem grzechów głównych i siedem sakramentów, a tydzień podzielono jest na siedem dni, uważano, iż istnieje także siedem wzgórz Rzymu i że niebo i piekło podzielone są na siedem sfer; w hinduizmie znanych jest siedem matek, a w astronomii znano do czasów nowożytnych siedem planet), szóstki natomiast symbolizują zło i chaos. Czarne stroje większości postaci dopełniają ten monochromatyczny obraz oraz przypominają, że to jeden z najmroczniejszych dramatów Szekspira. 

Mariusz Grzegorzek w swoim spektaklu wyeliminował wątek Fortynbrasa (przedstawienie kończy śmierć Makbeta), naszej uwagi nie zajmują także rozgrywki polityczne, czy toczące się w Europie wojny. Reżyser skupił się wyłącznie na Makbecie, jego relacji z opętaną ambicjami żoną oraz z otoczeniem, które przez długi czas było mu przychylne. Jego „Makbet” ukazuje proces dezintegracji osobowości, sytuując genezę stopniowego odczłowieczania gdzieś między miłością do toksycznej kobiety, a nagłym odejściem od wartości, które wyznawało się przez całe życie. Uruchomienie tak skomplikowanej psychologicznej maszynerii wymagało bezwzględnie oddanego reżyserowi, zdyscyplinowanego zespołu, lecz trzeba przyznać, że trudno byłoby znaleźć aktorów bardziej skupionych na swoim zadaniu. Każda szekspirowska kwestia wybrzmiewa do końca, rani celnie, dotyka trafnością. Całości dopełnia grana na żywo muzyka - olbrzymie bębny wyznaczają rytm i wybijają sens najmniejszych gestów, drgnień, grymasów (idealna synchronizacja Jakuba Jeziorowskiego i Łukasza Warenicy z Akademii Muzycznej w Łodzi). Każdy z tych elementów buduje spójną całość, wizję świata, który poraża swoją prawdziwością. 

Mariusz Grzegorzek pozostał jednak wierny Szekspirowi. Zrealizował spektakl, który od strony wizualnej odrzuca brutalizm i okrucieństwo zawarte w tekście dramatu, ideologicznie natomiast pozostaje w ścisłym związku z wizją dramatopisarza wszechczasów. Reżyser „Makbeta” po raz kolejny zdołał wprowadzić publiczność w hipnotyczny trans, podczas którego ani na chwilę nie wyłączmy ani emocji, ani intelektu. Pokazał prozę życia i poezję śmierci.

Olga Ptak
Dziennik Teatralny Łódź
13 listopada 2009

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia