Przebaczycie?

"Hekabe" - reż. Karolina Labakhua - Teatr Polski w Warszawie

Na deskach Polskiego wielka niespodzianka. Andrzej Seweryn postawił na oddanie sceny w ręce młodej reżyserki Karoliny Labakhua. ,,Hekabe", wystawiona w Polsce dopiero drugi raz, jest przypadkiem szczególnym w twórczości Eurypidesa. Dramat przez lata dość lekceważony, odstający wyraźnie od reguł klasycznych, ma silny potencjał subwersywny. Jego retoryka zemsty nie jest tożsama z tym, co pokazał Ajschylos w ,,Orestei".

Kierujące postaciami motywy nie są odgórnie narzucone. Bohaterowie są bardziej ludzcy i nie wyklucza tej humanizacji nawet nieco melodramatyczna struktura utworu.W prapremierowej polskiej inscenizacji tragedii żony Priama, którą pokazał Łukasz Chotkowski w TPB, głównym odniesieniem był Bliski Wschód. Współczesne palestyńskie matki, podobnie jak Hekabe, tracą swoje dzieci i mszczą się za ich śmierć. Problemem przedstawienia było zawężenie perspektywy, niekomunikatywność i przeładowanie rozmaitymi elementami. Grająca główną rolę Marta Nieradkiewicz uosabiała młodość i siłę Zemsty, podobną do postaci z filmu Chan-wook Parka. Jej młody wiek był ciekawą interpretacją samej bohaterki. Tym niemniej totalnym fiaskiem były próby pogłębienia relacji mitycznej matki z Odysem, Agamemnonem i Polikseną. Spektakl Chotkowskiego był nieudaną próbą naśladowania teatru Mai Kleczewskiej.

Przedstawienie, które zrobiła Labakhua jest diametralnie inne. Podstawowym zarzutem, którym mogą się posłużyć przeciwnicy tej inscenizacji to jego ,,szkolność”. Rzeczywiście, wierność literze Eurypidesa jest tutaj do bólu dokładna. Z wyjątkiem tylko zakończenia, ale o tym za chwilę. Cały spektakl zachowuje wszelkie zasady antycznego decorum, z prawem przebywania maksymalnie trzech postaci na scenie, nic nie sugeruje zmiany czasu i miejsca jednolitej akcji. Jednak reżyserka w detalach potrafi się wyrwać z tych więzów. Poliksena (Natalia Sikora) po śmierci na ołtarzu pojawia się jako skrwawione widmo. Chór nie jest tak ważnym elementem całości, stanowi głos spoza tego świata. A Labakhua stworzyła uniwersum niezwykłe – tak sterylnie czyste, zadbane, że tylko słowa naruszają tę tak dopracowaną, chłodną przestrzeń. Widownia znajduje się po lewej stronie dużej sceny, tak że przed sobą i po lewej ma jej ściany, po prawej rozciągają się puste rzędy miejsc. Dzięki świetnemu oświetleniu Marty Zając całość jawi się jako tajemnica; tak skonstruowana scenografia niepokoi i daje wrażenie autentycznego brania udziału w czymś istotnym.

A jednak widz nie ma poczucia, że to jego świat. Za bardzo jest on oddalony, doskonały. Świadoma tego zapewne Labakhua porusza spektakl w inną stronę. Nastrojowa muzyka grającego na żywo zespołu, z wiolonczelą i altówką w rolach głównych, jest niezwykle misteryjna. Opowieść o Hekabe będzie rozgrywana w bezpiecznym dla widza dystansie. Słowa, wypowiadane przez aktorów, przebijają się przez pustą przestrzeń i dzięki temu trafiają do odbiorcy dobitnie i dosadnie. Reżyserka oczyściła ,,Hekabe” z brudu własnych przeszarżowanych pomysłów i fantazji (czego w bydgoskiej realizacji nie ustrzegł się Chotkowski). Zmiana następuje na końcu, o czym za chwilę.

Wersy Eurypidesa są wypowiadane z olbrzymim puryzmem i estymą. Numerem jeden widowiska jest Paweł Krucz w roli Zjawy Polidora. Jako duch jednocześnie jest obcy, ale i wzbudzający autentyczne współczucie. Czy niematerialne twory mogą cierpieć? Ta rola w wielkim stylu udowadnia, że tak. Poliksena Sikory jest pozbawiona emocji, co szkodzi nieco tej postaci, której Eurypides dał tyle wrażliwości. Taltybios Dominika Łosia miga przez  chwilę, ale niczym szczególnym się nie wyróżnia. Odyseusz Pawła Ciołkosza jest z kolei wyraźny i jak trzeba brutalny, choć za bardzo jednoznaczny. Dwoma biegunami są Redbad Klinstra i Leszek Teleszyński – ucieleśnienia zupełnie innych typów władców. Pełny szczerych emocji, choć jednocześnie miłosny hipokryta Agamemnon i zdradziecki, cyniczny Polimestor – dobrze zbudowane role, oparte na wnikliwej lekturze antycznego dramatu. Magda Smalara, jako Służąca, zaskakuje niewytłumaczalną wiernością wobec swojej pani; jest jednocześnie bardzo ludzka, nie jest automatem do spełniania życzeń. Szkoda, że Labakhua nie wysunęła tej postaci bardziej na pierwszy plan. I sama Hekabe – Jadwiga Jankowska-Cieślak nie zaskakuje wizerunkiem postaci. Stąd pewnie los matki Polidora pozostaje nam  dość obojętny. Dziwi przede wszystkim zbyt teatralne traktowanie swojej bohaterki przez tak doświadczoną aktorkę, której nie udało się pokonać  granicy, jaką teatr przeszedł ewoluując od czasów XIX-wiecznej opery romantycznej. Oczywiście, zmuszenie do posługiwania się głównie swoim głosem i tekstem ogranicza w dużej mierze aktorów, mających przecież czujące i gotowe ciała. Gdzie kończą się aktorskie możliwości, tam powinna pojawić się reżyserska inwencja (i vice versa zresztą), tu tego zabrakło. Stwarza to niedociągnięcie poważnie spektaklowi szkodzące. Chór nie odgrywa żadnej, szczególnej roli. Sześć kobiet, cztery siedzące we wnęce ponad widownią, dwie wchodzące na scenę, w tym Przodowniczka. I, jak to w polskim teatrze być musi, nie można zrozumieć ani słowa z partii śpiewanych. Ot, reguła. Grecki śpiew najlepiej brzmiał w starożytnej Grecji. Przekład Jerzego Łanowskiego nie tłumaczy braków umiejętności wokalnych. W czasach antycznych śpiew był złotą zasadą wygłaszania tekstu, dziś jest tylko dodatkiem. O wielkich pieśniach, trochejach i tym podobnych można dziś zapomnieć.

I może to wszystko układałoby się właśnie w szkolny, ,,ładny” spektakl, gdyby nie zakończenie. Hekabe odchodzi w zaświaty, gdy słychać łacińskie fragmenty ewangelii św. Mateusza i Listu do Koryntian. W antyczny, okrutny świat wkłada Labakhua szansę na przebaczenie. Ale kto komu? Matka-morderczyni przechodzi w czerwonej sukni koło rzędów miejsc dużej sceny. Może te puste siedzenia to jej zabite dzieci? Albo znak samotności kobiety, której nikt nie pomógł? Szkoda, że tak śmiałe posunięcie nastąpiło dopiero na koniec. Ale w gruncie rzeczy chyba dzięki temu zabrzmiało tak dobitnie. Nie chodzi o to, czy Hekabe przebaczyła, ale czy zrobią to widzowie. Dystans do świata dramatu Eurypidesa, jaki stworzyła Labakhua, zmusza widza do zajęcia miejsca w dyskusji o wartości rozgrzeszenia. Ten chrześcijański akcent dowartościowuje ,,Hekabe” i jest z pewnością mocną stroną przedstawienia, będącego największym zaskoczeniem od czasu początków dyrekcji Andrzeja Seweryna.

Szymon Spichalski
Teatr dla Was
16 grudnia 2011

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia