Przed, po i między dzwonkami

"Bachantki" - reż. Maja Kleczewska - Teatr Powszechny w Warszawie

Otwierają się drzwi i już wiemy dlaczego kazali nam czekać. Po lewej „zupełnie nieciekawa" sterta szmat, szatnia jest znacznie ciekawsza. Jeszcze dalej zostały umieszczone telewizory, na których ktoś przemawia, ale stanowczo za daleko, by mogły budzić zainteresowanie. Na nagą waginę oczywiście nie patrzymy i udajemy że nie istnieje. Toaleta niestety znajduje się na tej samej trajektorii, więc nagle sterta szmat, znajdująca się na środku zali wydaje się ciekawsza (a przynajmniej bezpiecznie można zawiesić na niej wzrok).

Jestem jedyną osobą, która podeszła, by dowiedzieć się jakie treści płyną z wyciszonego telewizora. Wierzę, że twórcom nie chodziło w tym wypadku o dbałość o nasze bębenki. Powinieneś chcieć usłyszeć a nie tylko słuchać- uczynić działanie swiadomym. Ależ oczywiście, że całe przedsięwzięcie w holu to prowokacja (nie pierwsza i nie ostatnia w naszym życiu) i jak każda ma na celu sprawdzić nasze reakcje. _ Czy jesteście więc pewni, ze chcecie się cisnąć wraz ze wszystkimi innymi pod drzwiami? Ktoś odważny po dziesięciu minutach podszedł także, ale z pierwszym dzwonkiem rzucił słuchawki i pocwałował do drzwi. Świetnie się bawię obserwując. Zaczynam myśleć, że to może już nie tylko prowokacja, ale ktoś mi zafundował prywatny spektakl przed tym właściwym. Choć może to i niepoprawne myślenie. Właściwszym by było powiedzieć, że spektakl zaczął się od momentu gdy postawiłam nogę w holu. Zarówno ja, jak i ci pod drzwiami bierzemy w nim udział pierwszy i nie ostatni raz tego wieczoru, jak się później okaże.

Te ubrania rzucone na jedną kupę między filarami, faktycznie może i nie wydają się interesujące, wagina też nie -albo się ją ma, albo się z niej wyszło- ale one znalazły się tam nie bez powodu. Jaki strach zapanowałby w społecznej świadomości, gdyby okazało się, że nie jesteśmy już tylko narażeni na „zmierzanie się" tylko w przestrzeni od dzwonka do dzwona, ale także pomimo dzwonków. To tak, jakbyśmy idąc do teatru rezerwowali czas na bycie światłym i kulturalnym, ale tylko w określonym, zupełnie wystarczającym czasie.

Dla mnie „spektakl" Kleczewskiej jest czytelny znacznie bardziej jako happening. W zasadzie w dzisiejszych czasach to granice pomiędzy sztukami wizualnymi są pozacierane i trudno je zdefiniować. Czy w ogóle możliwe jest ich zdefiniowanie? Załóżmy jednak, że posłużymy się może i przedawnioną, może i kulawą definicją happeningu-zestaw znaków: haseł, obrazów, gestów, przedmiotów, postaci w przestrzeni. To jest właśnie to. Tym jestem bombardowana-jak już wiemy- od przekroczenia drzwi w holu. Po przejściu kolejnych zmieniłam tylko pozycję na bardziej statyczną. Wcześniej to ja miałam inwencję w nieco zastanym świecie, teraz inwencja przeszła na artystę. A jej dynamika jest ogromna, bez ustanku zmieniam miejsce i czas, sposób narracji i formę. W jednej chwili jestem obrzucana symbolami i muszę domyślać się ich znaczenia, by gwałtownie przejść do przestrzeni surowej dosłowności. Brak ciągłości, natomiast ciągłe zdarzenia. Nie ma scenografii, za to jest instalacja (Jonasa Staala). Hasła i obrazy, które bez wyjątku mają za zadanie sprawdzania moich reakcji. Skoro tak naprawdę nie wiemy czym jest sztuka teatralna z całą pewnością nie mam zamiaru mówić czym powinna być. Jedynie mogę powiedzieć, że jest to estetycznie męczące. Uświadamiam sobie właśnie, iż tym, co wyniosłam ze spektaklu/happeningu/instalacji są impresje a nie treści mające pobrzmiewać echem w mojej głowie. O! Na pewno jakieś były... tyle że jakoś przyćmił je ładunek emocjonalny ciągłych chaotycznych zdarzeń.

Kakofonia. Nie wiemy do końca jak wyglądał teatr antyczny. Opisy i badania dają pewne wyobrażenia, lecz wyobrażenia to nadal pole do wolnej interpretacji. Opera powstała jako próba rekonstrukcji teatru antycznego, ale za pomocą ówczesnej wiedzy i wyobrażeń, oraz za pomocą narzędzi którymi dysponowali. Teoria muzyki od tego czasu się zmieniła i pojęcie harmonii także. „Bachantki" są skądinąd na postawie tekstu antycznego i widać w nich próby przedefiniowania funkcji jaką spełna chór w sztuce antycznej, oraz rekonstrukcji brzmienia, choć za pomocą współczesnych środków. Take eksperymenty zawsze są pozytywne, nawet jeśli nie zawsze udane- w taki sposób sie rozwijamy- i w tym wypadku kakofonia nie jest niczym złym. Jeśli ponownie spojrzymy na sztukę antyczną przez pryzmat opery (a może i na operę przez pryzmat teatru antyczego) to także dostrzegamy pewne kuriozum.

Manipulacja. Także w teatrze nic nowego. Sztuka w najlepszym razie ma nam przynajmniej grać na emocjach, w najgorszym wykorzystać nas jako żywe zobrazowanie problemu o którym mówi. Wagina na zewnątrz sali, w środku segregacja ze względu na płeć. Zastanawiasz się, czy jeśli nie tańczysz z innymi, to jesteś odporny na manipulacje, czy sztywny. Co należało by zrobić, gdyby to tobie, a nie sąsiadowi obok przypadła rola zakładania prezerwatywy na mikrofon. Czy to naprawdę ja zabiłam Penteusza i w takim razie obrazem jakiej idei jestem? Non stop myślisz nad tym, jaka jest twoja rola w tym całym przedsięwzięciu. To dobrze, że niektóre rzeczy zmuszają nas do myślenia. Ja na przykład uprzednio posadziwszy tyłek przypadkowo nie tam gdzie trzeba myślę o tym, czemu w zamierzeniu miałam być odseparowana jak w Meczecie? Przeczytałam dokładnie opis spektaklu ze strony teatru i nawet go chyba zrozumiałam. „Jeśli grupa uprzywilejowana – białych, heteroseksualnych mężczyzn – nie stanie w jednym szeregu z kobietami w tej walce (...)". Skoro mamy stanąć w jednym szeregu, czemu nas od siebie separują? Chyba tylko by artystom było łatwiej grać z widownią. Apelujecie do kobiet, czy do społeczeństwa?

Pretekst. Trudno mówić o „Bachantkach" w odniesieniu do sztuki antycznej, bo odnoszę wrażenie, że właśnie tym była dla Kleczewskiej- pretekstem. „Bachantki" to bardziej aluzja niż bazowanie na dziele Eurypidesa, którą moim zdaniem równie dobrze można sobie już było darować, bo dzieło Kleczewskiej i bez niego mogłoby być kompletne. Tym bardziej w momencie, w którym „tradycyjny" teatr- czym kolwiek jest- zastąpiony został happeningiem.

Stojąc już na zewnątrz słyszę rozmowy a w nich sformułowania takie jak „podobało mi się", „nie podobało mi się", „czasem mi się podobało a czasem nie podobało". Cóż, nie wiem, czy mi się podobało, ale to jakie to jest kryterium oceny?

Martyna Malenta
Dziennik Teatralny Warszawa
11 lutego 2019
Portrety
Maja Kleczewska

Książka tygodnia

Wybór poezji
Wydawnictwo Ossolineum
Zbigniew Herbert

Trailer tygodnia

5. Międzynarodowy Fest...
Adolf Weltschek
W tegorocznym programie znalazło się ...