Przed sezonem

rozmowa z Markiem Weissem

W moim przekonaniu wszyscy, którzy próbują naśladować np. Piwnicę pod Baranami czy pantomimę Tomaszewskiego, czy teatr Grotowskiego, nie maja szans stworzyć czegoś równie wartościowego. Oleksemu się nie udało, chociaż jest wartościowe, co robi, trzymam za niego kciuki. Pantomima Tomaszewskiego odeszła jako całość razem z nim, tak jak teatr Kantora. Polski Teatr Tańca jakimś cudem uratowała Ewa Wycichowska, bez Drzewieckiego, nadała mu nową jakość

Rozmowa przedsezonowa z Markiem Weissem, dyrektorem Opery Bałtyckiej

Piotr Wyszomirski: Rozmawiamy tuż przed festiwalem teatrów tańca w Gdańsku...

Marek Weiss: To nie jest festiwal. Powoli całe nasze życie artystyczne zaczyna być ciągiem festiwali i regularna działalność schodzi na plan dalszy, ale konfrontacja i wymiana doświadczeń musi nastąpić. Jeżeli zespół ma mieć jakąś rangę, ma być sensowny i naprawdę na poziomie, musi się wymienić różnymi doświadczeniami, choreografami, publicznością. Bałtyckie Spotkania Teatrów Tańca (BSTT) mają być okazją, która w niczym nie podważy dorobku Gdańskiego Festiwalu Tańca (GFT). Nasze spotkania dotyczą innych teatrów i maja inną formułę, ale na tyle pojemną, że jak wszyscy trochę zmądrzejemy i przestaniemy się zachowywać jak w jakiejś prowincjonalnej piaskownicy, to być może dojdziemy wszyscy do wniosku, że takie spotkania mogą mieć formułę mieszcząca zarówno BSTT i GFTT. Trójmiasto raz na rok lub raz na dwa lata, mogłoby być miejscem festiwalu tańca o randze światowej. Znaczenie ma ranga zespołów, nie nazwiska i firmy, selekcja może zagwarantować prawdziwe przeżycia artystyczne. Nie można iść na kompromisy. Każda inicjatywa, które podejmują wspólnie trzy miasta w naszej metropolii , ma sens. Upłynie jeszcze sporo czasu, zanim nabierzemy do siebie zaufania, mówię przede wszystkim o zaufaniu artystycznym. Pierwsze kroki zostały już wykonane, Leszek Bzdyl dał się zaprosić na Bałtyckie Spotkania Teatrów Tańca.

Jakie były założenia odnośnie reprezentacji polskich zespołów podczas Spotkań?

The best of.

A Wrocław, była pantomima Tomaszewskiego?

W moim przekonaniu wszyscy, którzy próbują naśladować np. Piwnicę pod Baranami czy pantomimę Tomaszewskiego, czy teatr Grotowskiego, nie maja szans stworzyć czegoś równie wartościowego. Oleksemu się nie udało, chociaż jest wartościowe, co robi, trzymam za niego kciuki. Pantomima Tomaszewskiego odeszła jako całość razem z nim, tak jak teatr Kantora. Polski Teatr Tańca jakimś cudem uratowała Ewa Wycichowska, bez Drzewieckiego, nadała mu nową jakość. Nasza formuła Spotkań obliczona była na dwa tygodnie. Bardzo liczyliśmy na ministerstwo i trzy miasta, ale prawda jest taka, że nie dostaliśmy ani złotówki. Pewnie dlatego, że robimy to po raz pierwszy, być może za rok będzie łatwiej.

Myśleliście o zaproszeniu Wima Wendersa na pokaz filmu o Pinie Bausch?

Nie, dlatego, że zbyt długo trwały pertraktacje z Gutek Film, który chciał potraktować pokaz filmu bardzo komercyjnie. Cały wysiłek finansowy włożyliśmy w projekt „Jiri Kylian”. To niesamowite, że zgodził się przyjechać i wystąpić w panelu za darmo. Sam koszt hotelu jest dla naszego budżetu ogromnym obciążeniem. Dodatkowo i Leszek Bzdyl, i Ewa Wycichowska, i Jacek Łumiński tak zaniżyli swoje wymagania, że dzięki temu udało nam się to wszystko przygotować. Dla mnie bardzo istotnym elementem Spotkań jest panel dyskusyjny i to, co może z tego panelu wyniknąć. Zaproponowałem dość poważny temat, od Kyliana do Piny Bausch. To duży rozrzut między dwoma wielkimi artystami, którzy stworzyli zupełnie inny sposób myślenia o teatrze. On uważa, że jest to kontynuacja tańca i muzyki z tym związanej, a Ona stworzyła teatr wizualny, gdzie ważniejszy jest powód, dla którego ludzie tańczą, a nie sam taniec. To jest zasadnicza linia podziału między dwoma światami, które teraz w świecie tańca istnieją. Mnie ta dyskusja bardzo interesuje.

Dla mnie to naturalna kolej rzeczy, że musiało powstać takie wydarzenie. Opera jest obecnie jedyną sceną repertuarową z prawdziwego zdarzenia, która wystawia teatr tańca. Jesteście też jednymi z ostatnich, którzy traktują sezon od jesieni do końca czerwca...

Łamiemy tę zasadę w tym roku. Ze względu na EURO 2012 przesunęliśmy jedną z premier na sierpień, a w czerwcu dajemy ludziom wolne.

To, co najważniejsze, czyli premiery...

Uważam, że w sezonie powinno być minimum pięć premier. Nie wyobrażam sobie inaczej. Pięć premier w roku i dziesięć spektakli w miesiącu. To jest konkretna suma, którą można wyliczyć. Jeżeli tego nie będzie, to nie da się utrzymać instytucji na wysokim poziomie, nie da się rozwijać artystów, nie będzie możliwości do poszukiwań rozwoju sceny operowej. Każdy spektakl operowy kosztuje w granicach 80. tys. złotych, spektakl taneczny w granicach 30. tysięcy. Premiera minimalnie kosztuje 800 tysięcy, co jest kwotą kilkukrotnie wyższą niż w teatrze dramatycznym. My nie mamy pracowni, musimy zamawiać kostiumy, robić przetargi, co często jest karkołomne.

Zaczynamy od „Madame Curie”, pierwszą operą z cyklu „Opera Gedanensis”, czyli utworem zamówionym przez miasto Gdańsk i mam nadzieję, że ta tradycja będzie kontynuowana. Ważne jest to, że zainteresowało się tym tytułem UNESCO i projekt ten został umieszczony na liście 10. najlepszych projektów polskiej prezydencji w Unii Europejskiej. Z jednej strony jest to podniecające, z drugiej nakłada na nas obowiązki pozaartystyczne. Na sierpień przyszłego roku planujemy premierę „Czarnej maski” Krzysztofa Pendereckiego w ramach Festiwalu „Solidarity of Arts”, inscenizację przygotuje Janusz Wiśniewski. To może być wizytówka naszego teatru na zewnątrz. Kolejnym tytułem jest „Carmen”, repertuarowy odpowiednik „Traviaty”, którą spróbuję przygotować pod koniec marca sam z jakąś wybitną śpiewaczką. Pod koniec sezonu, na zaproszenie telewizji Mezzo, zrobimy dwie jednoaktówki Szostakowicza i Fleischmana. Jako jedyny teatr na świecie zostaliśmy zaproszeni na ten festiwal po raz trzeci. Tak na marginesie: ciekawa jest historia tych dwóch kompozytorów, których „połączymy” w naszym projekcie. Uczeń Szostakowicza, Fleischman, rozpoczął prace nad operą „Skrzypce Rotszylda”, ale jej nie skończył, za to Szostakowicz za niego to zorkiestrował. A Szostakowicz pod koniec życia rozpoczął pisać operę „Gracze”, której też nie dokończył, czego dokonał za niego nasz kompozytor Krzysztof Meyer. Pierwszą jednoaktówkę zrobię sam, natomiast do „Graczy” zaproszę jakiegoś wybitnego aktora, który pokaże, jak wystawić to niedramatyczne dzieło.

Jeżeli chodzi o balet, to w grudniu mamy premierę „Kopciuszka” Prokofiewa w choreografii Włocha Eugenio Scigliano. Będzie to wersja bardzo uwspółcześniona, daleka od pierwowzoru, z włoska ekipą scenografów. Myślę, że będzie to spektakl, na który będzie można się wybrać z młodszą publicznością. Emil Wesołowski zrobi drugą część „Chopina”, czyli zamienimy choreografię chińską, która tam była, na autorski balet Wesołowskiego. Izadora Weiss robi swoją premierę o nazwie MWM (Mozart, Weiss, Możdżer) w maju. Będzie składała się z dwóch części, z muzyka Leszka Możdżera i Mozarta. Projekt zmierza do połączenia tego, co stare i nowe. Być może, gdyby dzisiaj żył Mozart, byłby raczej kimś takim jak Możdżer niż Krzysztof Penderecki.

Wojciech Kościelniak w końcu odmówił pracy nad „Carmen” w naszej operze. Propozycja współpracy jest jednak nadal otwarta. Jego tłumaczenia wydają mi się rozsądne. To wybitny reżyser, w Polsce jeden z nielicznych, do robienia spektakli muzycznych i mam nadzieję, że nasze drogi twórcze kiedyś jednak się spotkają.

Projekt Opera? Si! Będzie kontynuowany, ponieważ jest to doskonała przeciwwaga dla naszych bardzo na serio przedsięwzięć operowych. Jerzy Snakowski świetnie sobie z tego kpi, przekomarza się, a jednocześnie popularyzuje to w taki sposób, że przyciąga tłumy odbiorców. Cykl musi być kontynuowany z pożytkiem dla naszej opery i publiczności. Prawdziwa edukacja jest wtedy, gdy można oglądnąć prawdziwy spektakl. Nie będziemy na pewno robić tak zwanych poranków dla szkół.

Czy miejsce Jose Mari Florencio jest już na stałe zajęte?

Nie. Przyjęliśmy zasadę, że do każdego spektaklu przyjeżdżają najlepsi z najlepszych. Lista najwybitniejszych dyrygentów w Polsce powoli się zamyka. Każdy z nich ma swój blok prób i spektakli tak, jakby był tutaj na miejscu. Wiadomo, że początkowo pracę z orkiestrą zaczyna asystent, w fazie zaawansowanych prób przyjeżdża dyrygent. To on decyduje o kształcie muzycznym przedstawienia. Na co dzień w operze decyzje muzyczne będzie podejmował kierownik muzyczny teatru , czyli już niedługo Dariusz Tabisz, były asystent Florencia, który poprowadził „Salome” Okazał się bardzo utalentowanym człowiekiem i jest bardzo oddany temu teatrowi. Na razie nie będzie zastępcy dyrektora, tylko kierownik muzyczny. Za poziom muzyczny odpowiada każdy z zaproszonych dyrygentów.

Czy Komitet Obywatelski Budowy Nowej Opery Bałtyckiej podejmował w ostatnim czasie jakieś decyzje?

Czekam na rozpoczęcie roku akademickiego, gdyż wielu członków komitetu to wybitni profesorowie pracujący na różnych uczelniach. Prezydent Gdańska, Paweł Adamowicz, ma świadomość, że do końca roku musi podjąć decyzję, gdzie ma stanąć opera. Czekamy z niecierpliwością. Moim zdaniem najlepszym miejscem byłby obecny Plac Zebrań Ludowych, gdzie kiedyś opera miała powstać. Ołowianka, obok Filharmonii, to jest druga opcja, choć tam Roman Perucki chciałby jeszcze wybudować salę koncertową z prawdziwego zdarzenia.

W takim mieście jak Gdańsk, ale także myślę o Trójmieście, nie mogą być dwie symfoniczne orkiestry, bo to będą dwie średnie orkiestry. Mam na myśli instytucje utrzymywane z publicznych pieniędzy i które mają mieć światowy poziom. Na miarę jakości tego rozkwitającego miasta, Perły Bałtyku, powinna powstać jedna instytucja, Opera i Filharmonia Bałtycka W pięknym, wspaniałym gmachu powinna powstać jedna orkiestra, gdzie na każdy instrument będzie kolejka chętnych muzyków. Taka orkiestra obsłuży program koncertowy, symfoniczny, kameralistykę i bloki operowe. Tak jest na całym świecie. Tylko Paryż, Berlin, Moskwa, tego typu ośrodki, mogą pozwolić sobie na kilka orkiestr, ale tam jest inna skala. Nie chodzi tylko o ilość muzyków, ale także o publiczność. Ilu jest w Trójmieście melomanów? To jest moje proroctwo. Czasem prawdzie trzeba spojrzeć w oczy. Ciągle wierzę, że najważniejsza jest sztuka.

Premiery:

Elżbieta Sikora, Madame Curie
libretto Agata Miklaszewska
adaptacja Elżbieta Sikora, Gregor Blumstein
inscenizacja i reżyseria Marek Weiss
kierownictwo muzyczne  Wojciech Michniewski
scenografia Hanna Szymczak
światowa prapremiera 15 listopada 2011, Paryż, sala UNESCO
polska premiera 23 listopada 2011, Gdańsk

Sergiusz Prokofiew, Kopciuszek
kierownictwo muzyczne Jakub Kontz
choreografia Eugenio Scigliano
scenografia Carlo Cerri
dyrygent Jakub Kontz
Bałtycki Teatr Tańca
Orkiestra Opery Bałtyckiej
premiera 4 grudnia 2011

Balet do muzyki Chopina
Choreografia Emil Wesołowski
Muzyka Fryderyk Chopin
Premiera 18.02.2011

George’s Bizet, Carmen
inscenizacja i reżyseria Marek Weiss
kierownictwo muzyczne Dariusz Tabisz
scenografia Hanna Szymczak
Premiera 24.03.2011

MWM
libretto i choreografia Izadora Weiss
muzyka : Wolfgang A.Mozart, Leszek Możdżer
kostiumy: Paprocki&Brzozowski
projekcie multimedialne Radosław Moenert
Premiera 26.05.2011

Krzysztof Penderecki, Czarna Maska
inscenizacja i reżyseria Janusz Wiśniewski
kierownictwo muzyczne Łukasz Borowicz
Premiera 25.08.2011 w ramach Festiwalu „Solidarity of Arts”

Personalia

Z Orkiestrą Opery Bałtyckiej pracował: Jose Maria Florencio(zastępca dyrektora, dyrygent i kierownik muzyczny)

Z Orkiestrą Opery Bałtyckiej będą pracować: Łukasz Borowicz (kierownictwo muzyczne „Czarnej maski”), Jakub Kontz (kierownictwo muzyczne „Kopciuszek”), Tadeusz Kozłowski (dyrygent, „Traviata” 22,23,25,26.10.2011) , Wojciech Michniewski (kierownictwo muzyczne „Madame Curie”), Andrzej Straszyński (dyrygent, „Halka”), Dariusz Tabisz (kierownik muzyczny), Tadeusz Wojciechowski (dyrygent, Makbeth, luty 2012).

Piotr Wyszomirski
Gazeta Świetojanska1
8 września 2011
Portrety
Witold Malesa

Książka tygodnia

Monty Python. Autobiografia według Monty Pythona
Czwarta Strona - Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o.
Monty Python

Trailer tygodnia