Przede wszystkim być sobą

"Peer Gynt" - reż: Rafał Sabara - Teatr im. Słowackiego w Krakowie

Henryk Ibsen zagościł na deskach Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Rafał Sabara podjął się adaptacji i reżyserii "Peer Gynta", jednego z najsłynniejszych dramatów norweskiego pisarza, w przekładzie Andrzeja B. Krajewskiego - Boli. Efekt wprawia w zakłopotanie

Tę sztukę trzeba zrobić tylko dobrze. Obszerne dzieło wymaga w dzisiejszych czasach uważnej analizy, podobnie jak inne utwory Ibsena. Dodatkowy ciężar wnosi muzyczne przetworzenie dramatu przez Griega, który stworzył dzieło absolutnie fantastyczne. W adaptacji Sabary widać pragnienie nowoczesnego odczytania „Peer Gynta”, odnalezienia w tekście uniwersalnego tematu. Jednak spektakl nie udźwignął legendy dramatu.

Pierwsze sceny wytrącają widza z równowagi – przestrzeń sceniczna obudowana jest w sposób przypominający gigantyczny tor w skate parku. Z jednego z jego boków „wyrasta” przekrzywione drzewo – trudno określić je mianem żywego, po prostu tam jest, jako jedyny element niezmienny w całym spektaklu. Pojawia się Ase (Anna Tomaszewska), matka Peera, i on we własnej osobie, a właściwie w dwóch osobach: jako Peer Starszy (Marcin Kuźmiński) i Młodszy (Krzysztof Piątkowski). Plan ulega przełamaniu za sprawą kobiet ubranych w stroje stewardes, kuszących Młodszego do miłosnych uciech, którym ten ze skwapliwością się oddaje. Taki właśnie jest Peer – łobuz, awanturnik, z ambicjami sięgającymi tronu cesarskiego, uciekający spod ręki nadopiekuńczej matki. Kierując się wyłącznie miłością własną, za nic ma honor kobiet, wykorzystując je do własnych celów – uwodzi Ingrid (Marta Waldera), porywając ją z własnego ślubu, Kobietę w Zieleni (Marta Konarska), mając nadzieję za nobilitację za jej sprawą, a także Anitrę, traktowaną przezeń jak głupiutkie zwierzątko. Wpada jednak we własne sieci: przez takie zachowanie traci jedyną kobietę, którą był w stanie pokochać – piękną Solvejgę (Małgorzata Kowalska). Niespokojny duch prowadzi go przez wesele, na którym bije rekordy w zmyślaniu niestworzonych historii, zamek króla trolli, gdzie pozwala poniżyć swoje człowieczeństwo, przechodząc przez większość rytuałów inicjacyjnych, do roli oświeconego proroka (jako ziszczenia marzeń o panowaniu), uwikłanego w ciemne interesy. Ciągle towarzyszy mu postanowienie bycia sobą, pragnienie życia w prawdzie wobec własnej osoby. Ponosi klęskę – zapatrzenie w siebie i jednocześnie potrzeba posiadania kogoś nie pozwalają na stabilizację; żądza wrażeń i chora ambicja powodują, iż jego działania przeważnie nie są zgodne z prawem. Jedyna osoba, z którą jest emocjonalnie związany to matka, Ase. Po jej śmierci traci poczucie rzeczywistości i gdy wspina się po drabinie kariery, jego osobowość stacza się w dół...

Ciekawym pomysłem było zduplikowanie Peera, przedstawienie dwóch stron jego osobowości. Choć nie do końca konsekwentnie poprowadzone, pozwala na obserwację jego psychicznego rozbicia – bycia sobą, którąś wersją – które w efekcie końcowym prowadzi bohatera do zakładu zamkniętego. Zarówno Kuźmiński, jak i Piątkowski stworzyli silne strony osobowości Peera. Zresztą spektakl jest świetny aktorsko: w spektaklu występują też znakomici Błażej Wójcik, Tomasz Wysocki, Rafał Dziwisz. Część zespołumusiała zmierzyć się z kilkoma rolami, w „Peerze Gyncie” jest ich bowiem naprawdę wiele. Reżyser postanowił stworzyć dzieło monumentalne, wykorzystując jak najwięcej wątków – niestety, wyszła sztuka odczuwalnie zbyt długa. Może to wina jakiegoś lekkiego chaosu, który wdarł się w pewnym momencie do sztuki, a przez który spektakl wydaje się być rozbity, połączony w zasadzie tylko osobą Peera Gynta. Rozczarowuje również opracowanie muzyczne spektaklu (również Rafał Sabara), na które składa się miks piosenek popularnych: od Violetty Villas („Do ciebie mamo” w scenie śmierci Ase), poprzez ciężki trans, do równie ciężkich dyskotekowych hitów podczas wesela Ingrid (które wygląda jak kolejna wariacja na temat dzieł Wyspiańskiego i Smarzowskiego). Kilka naprawdę pięknych scen (spotkania z Solvejgą, którym towarzyszą ciekawe efekty, np. wizualizacja w chwili pożegnania) jest ucztą dla oka, łagodzi uczucie niedosytu. Ciekawe, co powiedziałby na to Ibsen...

Maria Anna Piękoś
Dziennik Teatralny Kraków
6 czerwca 2012

Książka tygodnia

Teatr lalek w dawnej Polsce
Fundacja Akademii Teatralnej i Akademia Teatralna
Marek Waszkiel

Trailer tygodnia