Przede wszystkim jestem aktorem

rozmowa z Konradem Imielą

Moim problemem jest to, że chciałbym robić wiele rzeczy naraz. Mam okresy fascynacji różnymi dziedzinami. Kiedy jestem głownie reżyserem, tęsknie za sceną, a jednocześnie cały czas pełnię funkcję dyrektora teatru, co wymaga ode mnie innego rodzaju kreatywności. Gdybym jednak miał określić siebie, to powiedziałbym, że przed wszystkim jestem aktorem i to jest mój kręgosłup artystyczny.

O musicalu "Hair" i przygotowaniach do jego wystawienia z Konradem Imielą, reżyserem i szefem Teatru Muzycznego "Capitol" z Wrocławia, rozmawia Irmina Rozmus.

Skąd pomysł, aby wystawić akurat musical "Hair"? Czy sądzi Pan, że w dzisiejszych czasach jest nadal aktualny?


Dziś jest w Polsce dużo bardziej aktualny niż w czasach, kiedy powstawał. Odczuliśmy to bardzo na próbach, kiedy np. w jednej ze scen Claude Bukowski zwraca się do swoich rodziców: "...zbieracie te swoje karty stałego klienta, kapsle, próbki, gratisy, to całe badziewie dołączane do gazetek, kupony dołączane do zupek, mydełek, napojów, ubrań i jeden pan Bóg wie jeszcze czego". Przecież to są nasze realia - to, co w Stanach miało miejsce w 40 lat temu, w sensie komercjalizacji życia, ma miejsce w Polsce obecnie.

Musical "Hair" to wielki bunt przeciwko ubezwłasnowolnieniu człowieka oraz nawoływanie do wolności. Dziś jest to oczywiście coś innego niż przymusowa służba podczas wojny w Wietnamie. Dziś jest to chodzenie na sznurku korporacji finansowych, sieci telefonii komórkowej, społeczny przymus robienia kariery w biznesie itd. Musical "Hair" oprócz tego ma bardzo mocny przekaz pacyfistyczny, a przecież w tej chwili jesteśmy zamieszani w wojnę. Wojny toczą się wszędzie i każdego dnia bez sensu giną ludzie.

Czy przy realizacji swojej wersji musicalu sugerował się Pan w jakiś sposób istniejącą polską wersją z lat \'90 Wojciecha Kościelniaka?

Nie odnosiłem się w żaden sposób do tej realizacji. Bardzo istotny jest w "Hair" szczery przekaz. Balansowanie na granicy teatru i happeningu, manifestu, koncertu. Twórcy tego musicalu określali to: "be in", czyli intensywne bycie, a nie teatralne udawanie papierowych bohaterów. W związku z tym "Hair" powinno bazować na konkretnej grupie artystów, konkretnym czasie i miejscu. Hipisowskie idee były czym innym dla Broadwayu lat sześćdziesiątych, dla grupy artystów wystawiających ten musical w latach 90. w Gdyni, w końcu dla artystów naszego "Hair" z Teatru Muzycznego "Capitol" z Wrocławia. Na nasze potrzeby stworzyliśmy też nowy przekład.

A co z istniejącym przekładem? Dlaczego nie zdecydował się Pan na skorzystanie z niego?

Analizowaliśmy bardzo dokładnie istniejący przekład. Przy realizacji tego musicalu zależało mi szczególnie na tym, że żeby słowa układały się trochę lepiej w nutach, żeby dialogi brzmiały szczerze i aktualnie. Bałem się, aby nie wyszła z tego taka cepelia hipisowska.

W sumie ile trwały przygotowania?

Przygotowania trwały ok. roku. Próby zaczęliśmy na przełomie września i października 2009 r.

Jest Pan reżyserem, aktorem, szefem teatru. Współtworzył Pan także programy telewizyjne, m.in. "Truskawkowe studio". Kim Pan się teraz czuje? W której działalności czuje się Pan najlepiej?

Moim problemem jest to, że chciałbym robić wiele rzeczy naraz. Mam okresy fascynacji różnymi dziedzinami. Kiedy jestem głownie reżyserem, tęsknie za sceną, a jednocześnie cały czas pełnię funkcję dyrektora teatru, co wymaga ode mnie innego rodzaju kreatywności. Gdybym jednak miał określić siebie, to powiedziałbym, że przed wszystkim jestem aktorem i to jest mój kręgosłup artystyczny.

Czy w ferworze obowiązków znajduje Pan czas na odpoczynek?

Nauczyłem się tego, gdyż miałem z tym ogromny problem na początku bycia dyrektorem teatru. Musiałem przeorganizować swoje życie i z pewnych sfer aktywności wręcz zrezygnować. Musiałem ograniczyć występowanie na scenie, nad czym ubolewam, ale w przeciwnym wypadku nie mógłbym uczciwie pełnić funkcji dyrektora.

A jakim jest Pan szefem? Zarządza Pan teatrem, w którym pracują Pańscy przyjaciele.

Zespół Teatru Muzycznego "Capitol" to mocno zaprzyjaźniona ze sobą grupa artystów. Zanim zostałem dyrektorem, byłem członkiem tego zespołu. Teraz muszę zarządzać przyjaciółmi. To nie jest łatwe ani dla mnie, ani dla nich. Na szczęście po 4 latach pełnienia tej funkcji muszę powiedzieć, że dzięki wsparciu i zrozumieniu przyjaciół udało mi się wypracować pewien sposób zarządzania teatrem. Należy nauczyć się oddzielać sprawy i relacje służbowe od tych prywatnych, towarzyskich. Mam wrażenie, że ten zespół ma zaufanie do moich decyzji artystycznych i gramy w jednej drużynie.

Irmina Rozmus
Echo Miasta
17 listopada 2010
Portrety
Konrad Imiela

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia

Roxana Songs
Krystian Lada
Lada wybrał na miejsce nagrania „Roxa...