Przedstawienie pachnące naftaliną

"Przyjaciele" - reż: T. Zięba - Teatr im. Słowackiego w Krakowie

"Przyjaciele" na Scenie w Bramie Słowackiego to rodzaj teatralnego, niespecjalnie szlachetnego bibelotu. Kilka przyjemnych piosenek, kilka różnej klasy żartów sankcjonowanych nazwiskiem Dostojewskiego. Można tego słuchać, ale żeby od razu organizować premierę?

Wertyński jest wiecznie żywy, o Dostojewskim nie wspominając. Literacka klasyka rosyjska ma się w Polsce bardzo dobrze. Widowisko Tadeusza Zięby bazuje na tego typu popularnych resentymentach, nie proponując jednak niczego więcej. Nie ma wprawdzie kalinki, wódki i Lenina, mamy za to pozostałe "atrakcje".

Tytuł ma sens podwójny. W sensie dramaturgicznym, chociaż w widowisku ciężko doszukać się jakiegokolwiek trudu inscenizacyjnego, chodzi o wywiedzioną z opowiadania Dostojewskiego wymianę korespondencji dwojga byłych przyjaciół, spośród których jeden zadłużył się u drugiego, a pierwszy chciałby odebrać wpłaconą kwotę. Panowie chcą się spotkać i nie potrafią, prawią sobie dusery i przeklinają dzień, w którym się poznali. Najpierw piszą, potem wstają i śpiewają. To już wszystko.

Artystycznie natomiast spektakl przypomina dosyć przypadkowe spotkanie muzykalnych kumpli z teatru, którzy postanowili zrobić coś "na boku". Tadeusz Zięba i Błażej Wójcik, wspomagani przez Karolinę Kazoń i Katarzynę Zawiślak-Dolny, śpiewają Wertyńskiego, nicując songi obłymi scenkami dramaturgicznymi. Miałoby to być może jakiś urok, gdyby nie było do tego stopnia tandetne.

To historyjka o dwóch gamoniach i ich niekoniecznie wiernych żonach przypomina zemstę scenografa. Urodziwa Katarzyna Zawiślak-Dolny występuje natomiast w czymś, co można by określić dezabilem niższej klasy. Dla odmiany akompaniujący aktorom muzycy - Halina Jarczyk (również autorka opracowania muzycznego) i Jacek Hołubowski, zostali poprzebierani w paradne stroje marynarzy z dziecięcej bajki. To jakiś dowcip?

"Przyjaciele" na Scenie w Bramie z pewnością znajdą entuzjastów. Spektakl jest z założenia oldskulowy, staroświecki do tego stopnia, że na kilometr pachnie naftaliną, nieantagonizujący, nie zadający pytań. Bo przestrogi, żeby nie zapożyczać się u przyjaciół i oddawać pieniądze na czas, nie nazwałbym odkryciami Kolumba. Tymczasem Tadeuszowi Ziębie chodzi jedynie o to, żeby było miło. To szczyt ambicji. Przedstawienie trwa odpowiednio krótko (godzinę z hakiem), żeby widzowie nie znudzili się konsekwentnie, ale raczej bez sensu powtarzanym schematem narracyjnym: gadanie, piosenka, gadanie.

A fakt, że historyjka o dwóch gamoniach i ich niekoniecznie wiernych żonach, którzy handryczą się o 350 rubli w srebrze, wzmacniana jakimiś pożal się Boże wizualizacjami, ma się nijak do przejmujących pieśni Wertyńskiego, chyba nie była przedmiotem jakichkolwiek sporów artystycznych. Piosenki śpiewane są przecież po rosyjsku. "My nie gawarim pa ruski".

Łukasz Maciejewski
Gazeta Krakowska
8 lutego 2012

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...