Przedstawienie w stylu retro

"Porwanie Sabinek" - reż: W. Drozd - Teatr Muzyczny w Łodzi

Teatr Muzyczny zaserwował widzom przedstawienie w stylu XIX-wiecznej sceny, z ciężką, rozsuwaną kurtyną, statyczną scenografią i dowcipem rodem z przełomu XIX i XX wieku. Fakt, iż tekst przetłumaczył Julian Tuwim wiele tłumaczy, jednak nie jest to spektakl dla wszystkich. Miłośnicy współczesnego teatru spod znaku Klaty i Kleczewskiej nie mają tu czego szukać, widowiskiem są w stanie zachwycić się jedynie koneserzy konwencjonalnych widowisk.

Po rozsunięciu kurtyny naszym oczom ukazuje się mieszkanie profesora języków starożytnych Pawła Owidowicza - wielkie, zapewne dębowe biurko, olbrzymie okna zakryte kotarami ozdobionymi greckim motywem, dwie sztuczne „palemki”, sofa, stół i parę krzeseł. To tu rozwijać się będzie akcja, której zalążkiem staje się sekret - profesor ukrywa przez żoną, która wyjechała do Krynicy, że dyrektor objazdowego teatru Leonard Strzyga-Strzycki postanowił wystawić sztukę autorstwa Pawła Owidowicza. Nie byłoby w tym nic niestosownego, gdyby nie fakt, że małżonka profesora uważa teatr za wyjątkowo niegodną rozrywkę, zatem nie wybaczyłaby mężowi, że jego nazwisko kojarzone jest z teatralną tandetą. Profesora uwiodła jednak wizja sławy i finansowego sukcesu roztoczona przez dyrektora, który miał swój interes w zaangażowaniu starożytnika w przedsięwzięcie. Jak można się było domyślać żona profesora Ernestyna oraz córka Madzia wracają wcześniej z pobytu w sanatorium i trzeba włożyć niemało wysiłku w ukrycie poczynionych kroków, co staje się powodem zabawnych sytuacji. 

Aktorzy wypowiadają kwestie z niezwykłą emfazą, okazują emocje w sposób ostentacyjny - jest to konwencja bliska teatrowi muzycznemu, na którą widz niekoniecznie może się godzić. Statyczna scenografia sprawia, że skupiamy się raczej na fabule przestawienia, gdyż od strony wizualnej przez spektakl nic się nie zmienia. Jednak jeśli publiczność świadomie wybrała się na przedstawienie tego typu, powinna być zadowolona. Na wyróżnienie zasługuje Piotr Kowalczyk kreujący rolę Karola Justyńskiego, zięcia profesorostwa (wspaniały głos oraz świetna dykcja) oraz Andrzej Fogiel jako Antoni Gromski, kupiec z Tarnowa, zapomniany „przyjaciel” profesora. Atakująca go z uporem maniaka wątroba nie pozwala ani na chwilę o sobie zapomnieć, a pomstujący na krnąbrny narząd Antoni naraża się na niechęć otoczenia, bowiem wyzwiska kierowane pod adresem bolącego organu są przez niektórych odbierane personalnie. Powoduje to kolejne nieporozumienia, które napędzają oglądaną na scenie komedię pomyłek. 

Humor, scenografia oraz sposób gry przypominają raczej XIX-wieczny teatr z czasów Heleny Modrzejewskiej, który dla wielu odbiorców może posiadać urok. Widzowie, którzy przyszli posłuchać partii śpiewanych, mogli być nieco rozczarowani, niewiele ich bowiem było w tym spektaklu. Zachwyt budziły natomiast wspaniałe stroje - w szczególności suknia profesorowej Ernestyny (Anna Dzionek-Kwiatkowska). Trzeba jednak przyznać, że uzdolnionym aktorom trudno było rozwinąć pełnię swego talentu w tak niesprzyjającej konwencji - śpiewacy nie mogli popisać się głosem (choć Anna Dzionek-Kwiatkowska śpiewająca o domniemanej krzywdzie góralki Haliny naprawdę zapada w pamięć), ani pokazać swych umiejętności aktorskich w przedstawieniu, w którym próżno doszukiwać się skomplikowanych emocji, czy dramaturgicznego napięcia. Powtarzany w nieskończoność gag o księżycu (rekwizyt teatralny autorstwa Leonarda Strzygi-Strzyckiego) wrażliwszych na słowo widzów mógł po pewnym czasie nieco drażnić, będąc jednocześnie częścią składową spektaklu o bardzo specyficznej formie. Dla koneserów teatralnego stylu retro.

Olga Ptak
Dziennik Teatralny Łódź
12 czerwca 2009

Książka tygodnia

Sztuka aktorska Aleksandry Śląskiej
Uniwersytet Gdański
Marta Cebera

Trailer tygodnia