Przedzawałowy stan teatru

Brzoza chce tworzyć teatr otwierający wyobraźnię i rozmawiający o ważnych sprawach

Dyrektorzy łódzkich teatrów dopinają ostatnie szczegóły planów na sezon 2009/2010 (przedstawimy je w kolejnych wydaniach "Kocham Łódź"). Ale nie wszyscy mają taki komfort. O problemach Teatru Nowego Annie Pawłowskiej opowiada jego dyrektor artystyczny Zbigniew Brzoza

W jaki sposób dowiedział się Pan, że jest osobą niepożądaną na stanowisku dyrektora artystycznego Teatru Nowego w Łodzi?

Oficjalnie niczego nie wiem. Wszystko dociera do mnie bokiem. Wiem, że były prowadzone rozmowy o przejęciu stanowiska dyrektora artystycznego z Olgierdem Łukaszewiczem. Wiem, że dyrektor naczelny Teatru Nowego Janusz Michaluk wyraził swoją opinię. Wiem, że byli pracownicy teatru, pan Marczewski i pan Baranowski, podszywając się pod organizację ZASP w Teatrze Nowym napisali list do prezydenta Kropiwnickiego z prośbą o odwołanie mnie. Wiem, że został przeprowadzony zamach na mojego kierownika literackiego, Tomasza Śpiewaka. Natomiast wprost nie otrzymuję żadnych informacji.

Na czym polega konflikt, którego osią jest Pan, jako dyrektor artystyczny i Bożenna Jędrzejczak, sekretarz literacki?

To konflikt pomiędzy dwoma podejściami do tego, czym jest teatr i jakie są jego powinności. Ja reprezentuję pogląd, że teatr powinien być miejscem otwierającym wyobraźnię, miejscem, w którym twórcy spotykają się z ludźmi otwartymi na twórczość. To jest jedyna forma, która może być finansowana ze środków publicznych, tak jest w całej Europie. Argumenty, którymi posługuje się druga strona, to argumenty najeźdźców Polski, argumenty, jakimi posługiwał się carat po 1905 roku i jakich używali naziści, zamykając polskie sceny i skazując Polaków na teatry popularne, ogródkowe, rewie.

Przeciwnicy zarzucają Panu, że robi Pan teatr elitarny...

Teatr, który prowadzę, wynika z tradycji Dejmkowskiej. To teatr poważnej rozmowy na poważne tematy. Jednocześnie otwarty na twórczość. Dejmkowskie spektakle były na pewno nie w mniejszym stopniu awangardowe, czy offowe, niż to, co my robimy. Spektakle takie, jak "Ciemności kryją ziemię", "Historyja o chwalebnym zmartwychwstaniu Pańskim" czy "Żywot Józefa" były niesłychanie odważnymi formalnie, artystycznie przedstawieniami. Teraz Dejmek nam się wydaje być klasykiem, a to był artysta o niezwykłej skali, otwarty na poszukiwanie języka. To, co my robimy, jest kontynuacją myślenia Dejmkowskiego. A to zawsze był w polskim teatrze i teatrze europejskim główny nurt.

Zarzucają Panu także spadek frekwencji na spektaklach.

Frekwencja spadła w tym roku w stosunku do poprzedniego roku, czyli trzeciego roku dyrekcji Jerzego Zelnika, raptem o dziesięć procent. Owszem, graliśmy mniej przedstawień, ale to normalne zjawisko, w momencie kiedy się buduje nowy wizerunek. Kiedy zostawałem dyrektorem Teatru Studio w Warszawie, to teatr w ogóle nie miał publiczności. Po pięciu latach doszliśmy do 80-procentowej frekwencji.

Co zapisałby Pan po stronie sukcesów w tym roku?

Jesteśmy dumni ze Złotych Masek, z Grand Prix przywiezionego z Krakowa. Największym sukcesem jest to, że Teatr Nowy jest dobrze postrzegany w Łodzi i w Polsce. Zaczął mieć dobrą opinię. Pięć przedstawień z naszych siedmiu premier było prezentowanych na znaczących festiwalach poza Łodzią, albo będzie na nich pokazywanych. To się wiąże z tym, że organizatorzy musieli za te przedstawienia zapłacić. Uznali, że warto ponieść koszty zaproszenia. Przez ostatnie lata ten teatr praktycznie nie jeździł, a jeśli jeździł, to wyjazdy były dofinansowywane z kasy miejskiej bądź z budżetu teatru. Teraz chce się Teatr Nowy oglądać poza Łodzią.

Miał Pan pomysły na Centrum Edukacji Teatralnej i art-bus, który krążyłby między teatrem, a dworcami kolejowymi. Jak z ich realizacją?

Z Centrum Edukacji Teatralnej ruszamy jesienią. Wystąpiliśmy o fundusze unijne do marszałka województwa na ten program, który ma bardzo wysoką ocenę merytoryczną. Wszystko wskazuje na to, że od września bardzo intensywnie zaczniemy realizować projekt, który w Polsce jest nowatorski, a z drugiej strony jest oparty na najlepszych wzorcach edukacji teatralnej - niemieckich i amerykańskich.

Na czym będą polegały działania centrum?

Działania będą skierowane do grupy potrzebującej największego wsparcia, a więc do instruktorów teatralnych. W Łodzi, w województwie łódzkim, to środowisko jest bardzo żywe. Chodzi zarówno o to, aby wspierać ich merytorycznie, dzięki całemu systemowi warsztatów, które mają ich świadomie kształcić ku teatrowi. Drugim, równie ważnym nurtem, będzie pomoc w codziennej pracy: pomoc techniczna, organizacyjna, warsztatowa. Obecnie Polska należy do nielicznych krajów w Europie, w którym nie ma edukacji teatralnej w programie szkolnym. Pracuję od lat w szkole filmowej, więc wiem, jaki jest poziom edukacji artystycznej w szkołach średnich i nie wygląda to najlepiej. W dzisiejszych czasach nie wyobrażam sobie teatru, galerii, nie prowadzących działań edukacyjnych. Taki jest standard europejski. To jest równie ważne, jak produkcja i prezentowanie nowych przedstawień.

A co z art-busem?

Krążył całą jesień i zimę pomiędzy teatrem, a dworcem. Znajdowały się w nim informacje o ofercie artystycznej, teatralnej. Myślę, że spełniał swoje zadanie. Warto by było ten pomysł kontynuować. Fajnie byłoby, gdyby jeździł przez cały sezon, czyli od wczesnej jesieni do późnej wiosny, ale to z kolei bardzo kosztowne przedsięwzięcie. Więc najważniejsze jest, żeby pojawiał się wtedy, kiedy czekanie na przystanku jest najbardziej uciążliwe, czyli od połowy października do końca lutego.

Jakie ma Pan plany na nowy sezon w Nowym?

Układając repertuar braliśmy pod uwagę trzy wydarzenia: rocznicę likwidacji getta, rocznicę powojennej reaktywacji teatru żydowskiego, bo przecież w miejscu, gdzie obecnie znajduje się Teatr Nowy aż do lat 60. mieścił się również teatr żydowski, trzeci zaś powód wiąże się z zagadnieniami tolerancji i otwartości, przeciwko ksenofobii. Zaczniemy od "Rękopisu znalezionego w Saragossie", do którego próby zaczęliśmy pod koniec ostatniego sezonu. Chcemy wznowić "Kadisz" w reżyserii Remigiusza Brzyka, który był wielkim sukcesem w czasach dyrekcji Grabowskiego, choć po latach będzie to zupełnie inne przedstawienie, niż tamto. Ale oparte na dramacie Gorina, który czerpie w tej samej historii, na bazie, której powstał "Skrzypek na dachu" - opowieści o wypędzeniu Żydów z Anatewki. Nieprzypadkowo pojawia się "Natan mędrzec" wśród naszych propozycji na ekumeniczny dialog, na myślenie o wspólnocie polifonicznej, otwartej na wielość kultur. Na małej scenie przedstawienia będą robili moi byli studenci. Mam zamiar zaprosić do współpracy Jana Komasę i innych uczniów.

Przygotował Pan repertuar na następne dwa sezony, czyli jednak jest Pan optymistą. Wierzy Pan, że będzie dyrektorował teatrowi przez następne dwa lata?

Czy zostanę w teatrze, czy nie zostanę, nie jest w moich rękach. Repertuar został przygotowany późną wiosną. W maju spotkaliśmy się z Tomaszem Śpiewakiem, z reżyserami, zastanawialiśmy się co robić, jak tworzyć wizerunek teatru, jak budować z wielu pojedynczych przedstawień wspólny mocny głos. Myślę, że to, co, jest potrzebne w dyskusji publicznej, artystycznej, to właśnie te tematy.

Jak się Panu pracuje w takich niepewnych warunkach?

W tej chwili się nie pracuje. To nie są warunki. Nie można pracować twórczo bez jakiejś perspektywy, bez poczucia bezpieczeństwa. Ten sezon się nam wyjątkowo udał, ponieważ wiedzieliśmy, do czego zmierzamy i jaka jest perspektywa. Wyglądało na to, że to będzie perspektywa pięcioletnia.

Myśli Pan, że w Teatrze Nowym powtórzy się historia, sprzed lat, kiedy prezydent Kropiwnicki siłą obsadził na stanowisku dyrektora swego kandydata, Grzegorza Królikiewicza, wbrew woli zespołu teatru?

To byłoby straszne, gdyby historia się powtórzyła. Ja sobie poradzę, czy my sobie poradzimy, nie wiem - mówię także o reżyserach, których ściągnąłem tutaj do pracy, o nowym szefie marketingu, pierwszym profesjonalnym marketingowcu w tym teatrze, który został zatrudniony w czerwcu. To będzie nieszczęście, bo ja nie wiem, czy ten teatr przeżyje drugi zawał.

Oprócz listu otwartego skierowanego do prezydenta Kropiwnickiego, w obronie Pana na chodnikach Łodzi pojawiły się napisy wykonane sprayem: "Elita pyta Brzoza czy lipa?", "Przyjaciele Nowego wyrzuceni na ulicę", widział je Pan?

Jestem w tej chwili w Warszawie. Widziałem je tylko na zdjęciach w internecie. Nie wiem, kto to robi, ale bardzo mnie one rozbawiły. Jest jeszcze petycja, pod którą ktoś, nie wiem kto, zbiera podpisy. Wiem jeszcze o listach wysyłanych do prezydenta Kropiwnickiego przez ważne postaci w polskim i europejskim środowisku teatralnym. Bardzo mnie to wzrusza i powoduje, że mam poczucie, iż ten rok nie poszedł na marne. To dla mnie bardzo budujące.

Anna Pawłowska
Polska Dziennik Łodzki
14 sierpnia 2009
Portrety
Zbigniew Brzoza

Książka tygodnia

Sześć opowieści o tym, jak godnie przeżyć życie
Agencja Dramatu i Teatru "Adit"
Tomasz Kaczorowski

Trailer tygodnia