Przejmujące "Wyspy GUŁag"

"Wyspy Gułag" - reż: Piotr Ziniewicz - Teatr Dramatyczny w Białymstoku

Po dwóch godzinach z ulgą opuszczamy świat beznadziei, gwałtu, nienawiści i wracamy do domu. Czy na tym doświadczenie Gułagu - choćby tylko teatralne - się skończy? Życzmy sobie czegoś, co nie jest wygodne: niech kadry z Sołżenicyna przerobione przez Teatr Dramatyczny uwierają nas jak najdłużej.

Na pozór absurdalne życzenie ma sens. Sytuacje, w których człowiek przestaje być człowiekiem bynajmniej nie są przypisane do jakiejś określonej wyspy, umieszczonej gdzieś w przeszłości i tak odległej, że wydaje się być jak z kosmosu. Wystarczą tylko pewne okoliczności, stawiające nasze człowieczeństwo pod znakiem zapytania - a które mogą znów zaistnieć. Które sprawią, że ludzie o podobnym punkcie wyjścia, wychowaniu, wartościach, podzielą się na oprawców i ofiary. I które mogą się przydarzyć w każdym momencie, każdemu narodowi, choćbyśmy, zmierzając do samochodu po dwóch godzinach psychozy w teatrze, uważali, że powrót takich okoliczności jest niemożliwy. Otóż jest - wystarczy się przyjrzeć konkretnym sytuacjom dziejącym się w świecie. 

Dlatego też ważna jest pamięć łagrów. Wizualizowana choćby w postaci spektaklu. Dość trudne w przekładzie na język sceniczny dzieło Aleksandra Sołżenicyna "Archipelag Gułag" oglądać można właśnie w Teatrze Dramatycznym. I dobrze.

Zapadnia - klucz do spektaklu

Powstał spektakl sugestywny, pełen zwrotów akcji, niespodzianek. Wielka w tym zasługa reżysera Piotra Ziniewicza, który z olbrzymiej ilości wątków i osób opisanych przez byłego więźnia łagrów sowieckich wybrał historie kilkunastu postaci i scalił w ciekawą kompozycję. Są tu co prawda dłużyzny, są sceny, bez których spektakl też mógłby się obyć, ale nie miejsce tu, by drobne w sumie rzeczy wypominać. Bo i w obliczu włożonej w spektakl sporej pracy reżysera i aktorów - są to rzeczywiście drobiazgi. Przedstawienie jest dobrze skrojone, konsekwentnie i z szacunkiem do pierwowzoru, choć nie braknie w nim też odautorskich pomysłów reżyserskich. Scenografia i muzyka to tu pełnoprawni bohaterowie.

Jak pokazać życie na nieludzkiej ziemi w warunkach teatralnych? Najlepiej z prostotą, bez specjalnych fajerwerków - tu słowo broni się samo. I tak właśnie - z prostotą, ale też przejmująco jest w Węgierce. Widzowie siedzą wokół sceny, prawie dotykają przestrzeni, z której bije ból, strach, upokorzenie. Aktorzy poruszają się na kilkunastu metrach kwadratowych, wysypanych jakąś niezidentyfikowaną ściółką. Centralny punkt tej specyficznej sceny to dół, rodzaj zapadni. Postaci, niczym poszarzałe widma - schodzą w nią, wskakują, spadają, są zrzucane. W zależności od sytuacji dół jest schowkiem, bezpiecznym miejscem, grobem, śmietnikiem. Bez zapadni, która staje się klamrą dla poszczególnych scen - spektakl nie miałby takiej siły. Dół ma tu niejednoznaczną symbolikę. Przerażająca nicość, poza którą nie ma już nic. Ucieczka od cierpienia. Upokorzenie, którego człowiek doświadcza nawet po śmierci. W dole kombinat śmierci ma swój finał.

Więzień olewa strażnika 

Trudno streścić poszczególne wątki spektaklu. Poszarpana fabuła to wykładnia terroru, upokorzenia drugiego człowieka, odarcia z człowieczeństwa. Historie poszczególnych postaci, naszkicowane sugestywnie przez aktorów, to tylko próba pokazania pojedynczych dramatów ludzi, którzy w łagrach lądowali z absurdalnych powodów. A gdy spróbujemy przemnożyć to przez setki tysięcy? 

W spektaklu mówią strażnicy, mówią więźniowie. Ci pierwsi za chwilę mogą się stać tymi drugimi, machina terroru jest bezlitosna. Starsi stażem więźniowie uczą młodszych, jak przetrwać, doświadczeni strażnicy uczą nowych, jak niszczyć drugiego człowieka ("jakby który nie chciał się przyznać, to jakby cię olewał, jakby chciał wywalić z roboty, rozumiesz?"). Toteż spektaklem rządzi zasada kontrastu: zderzone są dwie filozofie przetrwania - kata i ofiary, zderzone są ich wizerunki: poszarzali oberwańcy z umundurowanymi ulizanymi pilnującymi.

Trzeba przyznać, że robi to wrażenie, zwłaszcza, że niemal wszyscy aktorzy, po obu stronach barykady, starają się jak mogą. Właściwie każdy ma patent na swoją postać, często gra drugi plan. Wystarczy spojrzeć na młodego strażnika (Maciej Radziwanowski) jak - na pozór niezauważalnie - twardnieje, jak zmieniają mu się rysy, jak z pokornego służbisty zamienia się w cynicznego mordercę. 

Wiele w spektaklu scen przykrych, niewygodnych - bo też nie daje uczucia komfortu oglądanie sytuacji, w której jeden człowiek niszczy drugiego. Ów nastrój przełamują sceny groteskowe, karykaturalne, które śmieszą, choć to śmiech więznący w gardle. Wizyta Gorkiego (Franciszek Utko) w łagrach, odzianego w biały uniform, posągowego, jakby dopiero zszedł z postumentu z towarzyszącą mu karykaturalną siostrzenicą (Danuta Bach), to świetny chwyt inscenizacyjny.

Zawiodłam się, bo tu tylko syf i czaszki...

Z kolei obecność innej postaci wprowadzonej przez Ziniewicza do spektaklu wywołuje do tablicy nas wszystkich. I stanowi zadanie do odrobienia. Na scenie przeszłość splata się z teraźniejszością: oto między poszarzałymi widmami pojawia się nieoczekiwanie symboliczna postać - współczesna fotografka (Dorota Radomska). Ma dobry sprzęt, telefon komórkowy i skrzywioną twarz. Zagląda w dół, popija wodę, pogryza batonika, popatrzy przez obiektyw, poszeleści, popstryka, z miną zniechęconą, bo to już było, się opatrzyło. Do swojego pracodawcy przez telefon mówi: "zawiodłam się, bo tu tylko syf i czaszki, spodziewałam się czegoś lepszego...". W dole ląduje papierek po batoniku. Postać dziennikarki potem co prawda zostaje nieznacznie rozwinięta, ale zatrzymajmy się na chwilę przy jej pierwszej reakcji. Czy to nie my przypadkiem? Leżący na tapczanie z pilotem w ręku, przełączający kanały, znudzeni już tymi samymi, ciągle krwawymi scenami w telewizji? Nierozumiejący cierpienia, póki sami nie zostaniemy nim doświadczeni? Tak pojawia się w spektaklu pytanie z innego wymiaru, z rejonów metafizycznych, o których na co dzień nie myślimy. Jak zachować człowieczeństwo w sytuacji ekstremalnej? I jaka jest moralna kondycja i zdolność do empatii społeczeństwa XXI wieku?

O tym też poniekąd reżyser mówi i w przewrotnej scenie finałowej. Nie chcę jej zdradzać, bo efekt zaskoczenia jest tu szczególnie ważny. Ale bije po głowie. Bo czy możliwe jest po latach beztroskie spotkanie kata i ofiary? 

Teatr Dramatyczny "Wyspy GUŁag", reż. Piotr Ziniewicz, scenografia : Izabela Toroniewicz, muzyka Paweł Kolenda, najbliższe spektakle : pt.-niedz

Monika Zmijewska
Gazeta Wyborcza Białystok
21 października 2009

Książka tygodnia

Teatr plastycznej metafory. Scenografie Jadwigi Mydlarskiej-Kowal
Muzeum Śląskie
Redakcja: Sylwia Ryś, Elżbieta Spadzińska-Żak

Trailer tygodnia