Przewróciło się, niech leży

"Ożenek" - reż. Iwan Wyrypajew - Teatr Studio im. Stanisława Ignacego Witkiewicza w Warszawie

Wypracowanej metody Iwana Wyrypajewa niezadługo każdy będzie miał dosyć. Bo co potem? Taki sam "Rewizor", "Hamlet", a na koniec "Końcówka"?

W tym pytaniu skryła się prowokacja, ale też i cały teatr rosyjskiego dramaturga stał się potężną prowokacją. Jeszcze kilka miesięcy temu sugerowałem, iż Wyrypajew na tyle uniwersalizuje język, że kwestia granic gatunku traci dla niego znaczenie. Dochodzi do podmiany sceny na agorę. Liczy się kontakt z widzem, ponad kulturową idiomatyką. Tak było niedawno w jego "UFO. Kontakcie". Tym razem poszedł dalej, starając się podporządkować "Ożenek" prawidłom skrupulatnie budowanej przez siebie strategii. Bo w jego dramatach ten ton wyraźnie pobrzmiewa, subtelna różnica pomiędzy postacią zza czwartej ściany a aktorem, który stara się z nią zidentyfikować, jest na nowo zdefiniowaną misją teatralnego spotkania. Komunikat na serio: gram postać, ale jestem też performerem opowiadającym historię, działał paradoksalnie jeszcze mocniej niż w przypadku klasycznego psychologizowania. W tej dziwnej manierze buzowały znaczenia, i to w megadawce; od tragicznego losu z samego dramatu niepostrzeżenie przechodziliśmy w plan odtwórcy roli. Wyjątkowo trudne zadanie. Realizacje "Tańca Delhi" czy "Iluzji" były tego najlepszym dowodem. Jednak implantowanie tej filozofii do "Ożenku" to pomysł skazany na porażkę. Gogol uzbroił tekst w groteskę dominującą już na samej powierzchni, dlatego próba jakiegokolwiek jej wyostrzenia kończy się pleonazmem konwencji. Być może - taki argument czasem ma znaczenie - o tym spektaklu nikt nie chciałby mówić tak wiele, gdyby nie nazwisko samego reżysera. Ale przecież przed premierą Wyrypajew złożył ważną deklarację, że jego podstawowym zamiarem jest przywrócenie Gogola tradycji prawosławia i szerzej, osadzenie tego autora w religijnej metafizyce. Stąd idea chóru, inscenizacyjnie najciekawsze rozwiązanie. Gdy z głębi dobiega do nas (po rosyjsku): "Błogosławieni wszyscy, którzy w Nim mają nadzieję", nie ma wątpliwości, że świat przezroczystych i do granic absurdu zdroworozsądkowych postaci może uratować tylko Bóg, którego w tytułowym ożenku oczywiście nikt z kandydatów do ręki Agafii (Karolina Gruszka) dostrzec nie potrafi. Oni wszyscy: jak Podkolesin (Marcin Bosak), Koczkariew (Łukasz Lewandowski) czy Żewakin (Radosław Walenda) wyczekują zbawienia, choć ono nie przychodzi; nie, małżeństwo to nie kontrakt, lecz szansa na duchowe zjednoczenie. Dlatego miałki świat ziemskich rytuałów przetrwa. Gorzka przegrana. Reżyser traktuje postaci ze współczuciem (biały salon w domu Agafii sugeruje niewinność człowieczeństwa?), jednak tylko dzięki ich zarysowaniu możliwie najgrubszą kreską. Ich kicz dominuje jako maska, ćwiczona na scenie przez dwie godziny, czemu nie sprostają aktorzy nawet tej klasy co Gruszka lub Lewandowski. Jeśli ktoś chciałby Gogola jeszcze śmieszniejszego niż dotychczas, dostaje groteskę z naddatkiem. I nie ma znaczenia, czy Mirosław Zbrojewicz jako Iwan Jajecznica wykonuje rolę na wózku inwalidzkim, gdyż, jak z głośników informuje inspicjent, przed premierą złamał nogę. W tak rozpędzonej machinie, gdzie każdy greps staje się równie prawdopodobny, z przekonaniem mógłby chodzić i o kulach, a że raz się potknie, raz przewróci - trudno, niech z emfazą deklamuje dalej i nadgania mordercze tempo. Kiedy w ostatniej scenie następuje wyciszenie, kiedy Podkolesin przed ożenkiem czmycha, jak w spowolnionym sennym seansie wszystko wraca do dawnego porządku. Zatoczyliśmy koło. Chór zyskuję rangę na chwilę, i tylko na tę jedną. Bo mistrz Wyrypajew ugrzązł we własnej formie. A pragnęlibyśmy, by Bóg, czy prawosławny, czy inny, przemówił do przegranych głośniej: pozostańcie, jacy jesteście, głupi i nieświadomi. I tak was ocalę.

Niestety, mówi cicho. Niemal niesłyszalnie.g

Przemysław Skrzydelski
W Sieci
20 lutego 2013

Książka tygodnia

Rzecz w teatrze Jana Klaty
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Michalina Lubaszewska

Trailer tygodnia