Psy przeszkadzają aktorom

Rozmowa z Igorem Stokfiszewskim

W kraju, w którym głowa państwa zabija zwierzęta i wykazuje się wobec tego faktu rodzajem dumy, popartej wielowiekową tradycją i w kraju, w którym przepisy dotyczą zwierząt domowych, ale już nie hodowlanych, które cierpią prawdziwe katusze, nim nie zostaną posłane na rzeź, przepisy sprawiają wrażenie, jakby raczej miały zaspokajać pewien trend prawny niż rzeczywiście, rzetelnie dbać o dobro zwierząt.

Rozmowa z Igorem Stokfiszewskim, dramaturgiem spektaklu „Kotlina" na podstawie powieści Olgi Tokarczuk „Prowadź swój pług przez kości umarłych" w reż. Agnieszki Olsten

Tatiana Drzycimska: Masz psa?

Igor Stokfiszewski: Nie. Boję się psów.... Raz jako dziecko i raz jako młody człowiek byłem pogryziony przez psa. Mam traumę.

Dla kogoś, kto boi się psów przebywanie na co dzień z trzema psami na próbach – to jest spore wyzwanie. Jak to ciebie jako człowieka zmieniło?

To był jeden z powodów, dla których bardzo chciałem pracować z Agnieszką. Wiedziałem, że mam szansę poprzez teatr popracować nad sobą i nad moją relacją ze zwierzętami, czy konkretnie z psami, naznaczoną strachem. Na początku rzeczywiście bałem się trójki naszych psów – Santosa, Kola i Weny – miałem poczucie ich wrogości, miałem wrażenie, że są do mnie źle nastawione, a ja staram się ich unikać. Wzbudzały we mnie poczucie dyskomfortu. Potem zacząłem to w sobie przezwyciężać. Z jednej strony poprzez praktykę bycia z nimi i budowania relacji, z drugiej poprzez realizację zadania, jakim było podniesienie swoich kompetencji jeśli chodzi o wiedzę na temat psów – ich zachowań, psychiki. Przeszedłem nawet rodzaj „chrztu bojowego", kiedy podczas jednej z improwizacji wcieliłem się w rolę myśliwego, który strzela z broni hukowej.  Psy się oczywiście rzuciły w moim kierunku. To było dla mnie bardzo mocne przeżycie, bardzo się wtedy bałem, ale fakt, że tego doświadczyłem, że znalazłem się w sytuacji, gdy psy się na mnie rzucały, a ja jakoś potrafiłem przezwyciężyć w sobie panikę, sprawił, że nabrałem nieco odwagi, coś przepracowałem, jakiś rodzaj lęku się we mnie przełamał. Oczywiście pracujemy z psami, które nie używają gryzienia jako języka komunikacji. Sytuacja była bezpieczna, ale mój paniczny lęk był zupełnie realny. W trakcie pracy zauważyłem, że mam inne podejście do psów, że boję się dużo mniej niż przedtem, że nasza praca jest poważnym krokiem w zmianie trajektorii mojej relacji ze zwierzętami. To wymagało też upodmiotowienia zwierząt, z którymi pracujemy, zrozumienia, dlaczego pies może w taki, a nie inny sposób na mnie reagować, lub dlaczego mam wrażenie, że odbiera mnie negatywnie, wrogo.

Co cię najbardziej zainteresowało w powieści Olgi Tokarczuk?

Pociągająca – moim zdaniem – fantazja, że zwierzęta zemszczą się na ludziach za to, w jaki sposób są traktowane. Oczywiście w toku powieści to się komplikuje, przestaje być tak jednoznaczne, ale uderzyła mnie perspektywa sprawiedliwości czy równowagi bytów, która domaga się zwierzęcej zemsty na ludziach za wszystkie cierpienia i śmierci, które ci ludzie zwierzętom zadają.

Żyjemy w czasach, kiedy sytuacja zwierząt w porównaniu z tym, co było 20, 30 lat temu jest – teoretycznie przynajmniej i z prawnego punktu widzenia – zupełnie inna. Mamy przepisy zabraniające dręczenia zwierząt, mamy organizacje pozarządowe, które podejmują rozmaite działania... Ludzie, którzy opiekują się zwierzętami – od bardzo dawna o ich podmiotowości wiedzą... Robicie przedstawienie... Gdzie są ostrza? I gdzie są kierunki? Co miałoby się w widzu wydarzyć, żebyście byli usatysfakcjonowani swoja pracą?

W kwestii praw zwierząt panuje niejaki cynizm. Z jednej strony, są one rzeczywiście coraz śmielej wprowadzane w życie, z drugiej jednak, nie mam wrażenia, żeby były traktowane śmiertelnie poważnie. W kraju, w którym głowa państwa zabija zwierzęta i wykazuje się wobec tego faktu rodzajem dumy, popartej wielowiekową tradycją i w kraju, w którym przepisy dotyczą zwierząt domowych, ale już nie hodowlanych, które cierpią prawdziwe katusze, nim nie zostaną posłane na rzeź, przepisy sprawiają wrażenie, jakby raczej miały zaspokajać pewien trend prawny niż rzeczywiście, rzetelnie dbać o dobro zwierząt. Wynika to z pewnością z faktu, że funkcjonujemy w kulturze, w której pozycja zwierząt skazuje je na dramatyczną podrzędność wobec ludzi. Peter Singer w swojej klasycznej książce Wyzwolenie zwierząt bada teksty, będące filarem europejskiej kultury pod kątem miejsca, jakie w świecie ludzkim zajmują zwierzęta. Z tej kwerendy wynika jasno, że od Biblii począwszy, przez największych filozofów z Kartezjuszem na czele, aż po kluczowe postaci dwudziestowiecznej myśli, opcja „czyńcie sobie ziemię poddaną" jest kierunkowskazem, za którym konsekwentnie podążamy. Gdybyśmy, jak kultury wschodnie mieli od wieków zakorzenione przekonanie o konieczności empatii wobec wszystkich istot żywych, w których postaciach możemy się odrodzić, sytuacja byłaby z pewnością inna. Brak nam silnie wkomponowanych w nasze zachowania wzorców realnego współczucia wobec zwierząt, jakichś kodów partnerstwa ze zwierzętami, przekonania, że jak będziemy zwierzęta męczyć, to w pewnym sensie to się na nas odbije. Wydaje mi się, że żyjemy w kulturze, w której zwierzę nie funkcjonuje jako poważnie brany pod uwagę podmiot. Cenimy zwierzęta, lubimy je, możemy mieć do nich ciepły stosunek, ale w gruncie rzeczy trochę nam przeszkadzają i w momencie, kiedy przeszkadzają, to po prostu staramy się nie brać ich pod uwagę, zamiast wykonać gest dokładnie odwrotny, czyli po prostu zatrzymać się i zrozumieć, że bez komitywy z tym innym, nie-ludzkim podmiotem właściwie sprawy nie pójdą do przodu.

Jak byś określił to coś, co robią psy w waszym przedstawieniu? Co to jest? Są? Grają? Występują?

One są. Generalnie rzecz biorąc – pies jest jeden do jednego – nie robi nic ponad to, co dokładnie robi. Jak idzie, to nie stąpa, nie kroczy, nie odgrywa, że oto idzie, po prostu przechodzi z miejsca na miejsce, bo coś przykuło jego uwagę. Jak wchodzi w zabawę to dlatego, że lubi się bawić i ma właśnie impuls do zabawy. W związku z czym – one zwyczajnie są. Ale bycie psa, to nie jest bycie człowieka: usiądę w fotelu, zapalę papierosa, zastanowię się... Poczekam w milczeniu, żeby nie przeszkadzać. Bycie psa jest byciem aktywnym, a nie refleksyjnym. One biegają, bawią się, chodzą, leżą, bo tak normalnie się zachowują. Istotne jest, że – jeżeli nie chcemy sprawić, żeby psy czuły dyskomfort, żeby cierpiały z powodu długiego przebywania na scenie – aktorzy muszą być z nimi w relacji. Psy są zwierzętami społecznymi, bardzo nakierowanymi na przebywanie z ludźmi i na ludzką uwagę. To bycie opiera się więc na jakimś wspólnym działaniu.  Koniecznie wspólnym właśnie... Więc one są, ale są w sposób aktywny i wspólnie z ludźmi. Nie dlatego, że chcemy, żeby cokolwiek odgrywały, ani dlatego, że chcemy, żeby biegały, albo bawiły się, bo to nieźle wygląda w teatrze.

A jak to wpływa na aktorów? Bo istnieje takie przeświadczenie, że dzieci i zwierzęta na scenie bardzo utrudniają pracę aktorom.

Per analogiam – zwierzęta i dzieci na świecie generalnie przeszkadzają ludziom w życiu tak, jakby chcieli. I o to trochę chodziło. Od początku mieliśmy poczucie, że opowiedzieć o relacji między człowiekiem a zwierzęciem, gdzie zwierzę napotyka niechęć, jakiś rodzaj agresji, napotyka niezrozumienie i tak dalej..., że można osiągnąć jakiś bardzo empatyczny efekt tylko w momencie, kiedy oddamy to naprawdę, kiedy spotkamy ludzi i zwierzęta i zobaczymy, jak realnie na siebie oddziałują. Oczywiście – psy przeszkadzają aktorom...

Może powiedzmy – zakłócają pracę aktorów i to nie do końca jest do skontrolowania...

Powiem w ten sposób: to jest do... może nie skontrolowania, ale do wspólnego przeprowadzenia jeżeli rzeczywiście będziemy zwracali uwagę na psy. Jeżeli rzeczywiście one zostaną wkomponowane w cały rachunek obecności Bytów – że tak powiem – na scenie. Innymi słowy, jeżeli aktor jest w jakiejś sytuacji, która zostaje zakłócona przez psa i jeżeli nie uwzględni tego, że ten pies jest i trzeba zaproponować mu jakiś rodzaj dialogu, to zakłócanie będzie wzrastać. Natomiast, jeżeli aktor uwzględni to zwierzę i w jakiś sposób odniesie się do niego, czy w jakiś sposób wejdzie z nim w relacje, to zakłócenie znika, a raczej wytwarza się nowa, bogatsza, sytuacja. I znowu – per analogiam – uważam, że tak powinien funkcjonować świat... Gdybyśmy brali na poważnie pod uwagę zwierzęta i wiedzieli, że pojawienie się zwierzęcia w horyzoncie naszej aury – tak to nazwijmy – zmienia sytuację, wpływa na nasze działania, i gdybyśmy upodmiotowili to zwierzę i poszli za nim, uwzględnili je w rachunku naszego życia, naszego działania, naszego funkcjonowania, to przestalibyśmy to odbierać jako zakłócenie, a zaczęlibyśmy to odbierać jako coś wspólnego, co zmienia w ogóle trajektorię biegu życia, świata...

Chyba każdy, kto świadomie przyjął zwierzę do swojego domu, doskonale rozumie, co mówisz.

W ramach anegdoty opowiem Ci o scenie, nad którą teraz pracujemy. Mamy scenę kłótni pomiędzy Matogą, którego ucieleśnia Bogusław Kierc, i Synem Matogi – czyli Tomkiem Orpińskim, w obecności Janiny Duszejko – czyli Renate Jett – i trojga naszych psów – Santosa, Weny i Kolo. Syn Matogi jest w naszym spektaklu postacią źle nastawioną do zwierząt. Zadaniem Tomka jest więc nie zwracać na nie uwagi. Zwierzęta oczywiście nie rozumieją, że Tomek gra kłótnię z ojcem. One odbierają krzyk, odbierają negatywne emocje, odbierają całą atmosferę napięcia w tej sytuacji. W związku z tym reagują, tak jak reagują w tego typu okolicznościach, wykazują swoje niezadowolenie, swój lęk. Mogą szczeknąć na Tomka, próbować go jakoś uspokoić, odwieść od krzyku. I widać, że ilekroć Tomek stara się „przekrzyczeć" tę sytuację, tylekroć okazuje się, że psy właściwie uniemożliwiają kontynuowanie sceny. Jak ja to oglądam z perspektywy widowni, to widzę człowieka, który przebija się przez swoją narrację, w której przeszkadzają mu psy. Im bardziej on się stara przebić przez te psy, tym bardziej one mu przeszkadzają. I dopóki nie znajdziemy takiego momentu, gdzie można je włączyć w tę narrację, albo inaczej uwzględnić ich potrzeby czy negatywne emocje, to scena będzie „zaszczekana", zakłócona, nie da się jej przeprowadzić. To – jak sądzę – niezła egzemplifikacja konieczności realnego uwzględnienia zwierząt w przestrzeni naszego życia, jeśli chcemy, by im, jak i nam, upływało ono w twórczym zaspokojeniu wszystkich potrzeb.

Tu się nakłada świat relacji ludzko-ludzkich, świat psów, które żyją poza konwencją tych relacji, i jeszcze, w tym samym przedsięwzięciu – świat, w którym Tomek Orpiński wie, że nie jest Prezesem, który kłóci się z ojcem, tylko jest aktorem, który musi zagrać kłótnię... Współistnieje tyle rzeczywistości!... Czy każdego wieczoru będziemy mieli na scenie kompletnie coś innego?

I tak, i nie. Zależy nam na tym, by zaistniał spektakl, który będzie bronił się jako sugestywne dzieło sceniczne. W tym sensie, walczymy o jego precyzyjną i powtarzalną partyturę. Ale będzie to możliwe tylko wówczas, gdy uwzględnimy w pełni obecność psów, impulsy, które je prowadzą, ich potrzeby, jeżeli będziemy z nimi w relacji na scenie cały czas, w komitywie, w pewnego rodzaju wspólnocie. To nie znaczy, że co wieczór będzie działo się dokładnie to samo, bo oczywiście psy będą się zachowywały różnie. Ale przy odpowiedniej empatii i atencji wobec zwierząt naprawdę jesteśmy w stanie wspólnie tę partyturę przeprowadzić. Ale tylko wspólnie i tylko przy rzetelnym ich uwzględnieniu. Jeżeli zwierzęta nie są uwzględnione to, oczywiście, cała partytura się sypie. I to jest znowu pewna analogia do świata. To nie o to chodzi, że zwierzęta nam przeszkadzają w życiu i to podstawowy powód, by coś z tym faktem zrobić, by je upodmiotowić. Chodzi o to, że dzięki ich upodmiotowieniu życie staje się bogatsze, nasze i ich. Jesteśmy w stanie w pełni przeżyć swoje życie tylko wtedy, jeżeli uwzględnimy fakt, że w trajektorii tego życia są również istoty nie-ludzkie, takie jak zwierzęta.

Igor Stokfiszewski - krytyk literacki, dramaturg, publicysta i członek zespołu Krytyki Politycznej. Autor książki Zwrot polityczny (2009). Współredaktor tomów Tekstylia. O „rocznikach siedemdziesiątych" (2002) oraz Ludzie, miasta. Literatura Białorusi, Niemiec, Polski i Ukrainy – ślady „nieistniejącego języka" (2008). Jako dramaturg współpracował przy spektaklach w reżyserii Wojtka Klemma w Starym Teatrze w Krakowie (Piekarnia Bertolta Brechta, 2008; Amfitrion Heinricha von Kleista, 2010; Anatomia Tytusa Fall of Rome Heinera Müllera, 2012), we Wrocławskim Teatrze Współczesnym (Cement Heinera Müllera, 2009) i Teatrze Studio w Warszawie (Yerma Federico Garcií Lorki, 2009). Współpracował przy działaniach artystyczno-społecznych prowadzonych przez Bartosza Szydłowskiego w Teatrze Łaźnia Nowa w Krakowie/Nowej Hucie, m.in. przy rozwijanym z mieszkańcami Nowej Huty, a następnie opracowywanym z udziałem nie-aktorów w różnych miejscach na świecie, spektaklu-performansie pt. Fakir (Kraków/Nowa Huta, Oberhausen, Madryt, Meksyk 2010 – 2012). Był dramaturgiem warszawskiej edycji międzynarodowego festiwalu interwencji miejskich Miasta Równoległe / Ciudades Paralelas / Parallele Städte pod opieką kuratorską Stefana Kaegi (Rimini Protokoll) oraz Loli Arias (Postnuclear) (Nowy Teatr, Warszawa 2011). Współpracował z Arturem Żmijewskim przy inscenizacji Mszy (Teatr Dramatyczny, Warszawa 2011). Jako badacz zajmuje się wspólnotowymi aspektami współczesnych praktyk performatywnych, m.in. aktualnych działań Workcenter of Jerzy Grotowski and Thomas Richards we włoskiej Pontederze. Był członkiem zespołu 7. Berlin Biennale (2012), przygotowanego pod opieką kuratorską Artura Żmijewskiego we współpracy z Joanną Warszą i petersburską grupą Voina.

 

 

Tatiana Drzycimska
Materiał Teatru
1 marca 2013

Książka tygodnia

Tamara Łempicka. Sztuka i skandal
Wydawnictwo Marginesy
Laura Claridge

Trailer tygodnia

Artyści w spocie przec...
Andrzej Seweryn, Magdalena Boczarska,...