Pulp teatr

"Królowie Brytanii" - reż. P. Wojcieszek - Teatr Powszechny im. J. Kochanowskiego w Radomiu

Najnowsza propozycja "polskiego Tarantino" jest skierowana dokładnie do nikogo. Ten utalentowany artysta tworzy za dużo, jego kolejne produkcje rażą brakiem dopracowania, zamierzoną i niezamierzoną niechlujnością, ale nadal jest "pieszczochem" krytyki. Cóż jest takiego w twórczości autora "Made in Poland", jednej z najlepszych sztuk teatru zaangażowanego społecznie, co powoduje, że nawet jego słabsze prace zachwycają krytyków i festiwalowe widownie ?

„Królowe Brytanii” wyprodukowane w Teatrze Współczesnym w Radomiu opowiadają historię niczym z antycznej tragedii greckiej. Elżbieta (wyrazista Aleksandra Bednarz, gościnnie) po zarobieniu 30. tysięcy funtów i po trzech latach pobytu wraca z Wielkiej Brytanii  do rodzinnego miasteczka, by uzbierane pieniądze przeznaczyć na zamordowanie Roberta (Piotr Kondrat), byłego kochanka, którego obwinia za śmierć swego dziecka. Dziecka, które uprowadziła, bo sąd pozbawił ją praw do opieki nad córeczką, oddając Natalkę babci. Kierowcą samochodu i sprawcą tragicznego wypadku, w którym zginęła dziewczynka  miał być Robert, ale okazało się, że samochód prowadziła sama Elżbieta. Na końcu główna bohaterka chyba popełnia samobójstwo, a w międzyczasie wynajmuje przez Facebooka kilerkę, którą demaskuje przyrodni brat Elżbiety, poznajemy matkę Elżbiety i jej skretyniałego kochanka, sprzedawcę odkurzaczy Rafała, Roberta ostatecznie morduje Marcin, przyrodni brat Elżbiety i jest jeszcze ksiądz, oczywiście niemoralny, jako taki stała już figura w pewnej części nowego, polskiego teatru.

Całość to ciąg mechanicznie po sobie następujących scen z udziałem 2-4 aktorów, którzy wchodzą na Trzecią scenę Teatru Miejskiego w Gdyni niczym na wrestlingowy ring, który jest w zależności od potrzeb: meliną, garażem, dyskoteką. Obowiązkowo tysiące wulgaryzmów, dowcipy i teksty z internetu, tarantinowskie mieszanie stylu wysokiego z rynsztokiem. Aktorzy grają jedną, bardzo grubą kreską, muzyka jest bardzo głośna, wizualizacje czarno-białe i stylizowane. Aha, i jest oczywiście mocny fragment o rzyganiu – ten motyw pojawia się we wszystkich trzech pierwszych sztukach tegorocznego R@portu (dosłownie u Masłowskiej). Jak zwykle też u Wojcieszka ważną, wręcz społeczną rolę, odgrywa muzyka, w której i dzięki której poznajemy bohaterów. „Made in Poland” to oczywiście „piętrowy”Krzysztof Krawczyk, „Personal Jesus” to Depeche Mode, a w „Królowych...” mamy nie tylko Chylińską, przy której nowych utworach nie chce umierać Robert, ale przy Lady Gaga i owszem jak najbardziej. „Królowe...” przynoszą jeszcze w bonusie ocenę polskiej muzyki w ostatnim dziesięcioleciu ( oczywiście muzyka jest chuj..., tak jak cały zresztą świat przedstawiony). Publiczność nagrodziła spektakl oczywiście brawami – w Polsce nawet największa chała dostanie oklaski, a jak aktorzy zdolni, to i 4 razy wyciągną brawka. Niepotrzebny spektakl, zagubiona w ocenie publiczność – skrytykować nie wypada, wszak to wielki talent, a można też niechcący, wyrażając osobistą opinię, która jest niezgodna z ogólnie przyjętą, narazić się na zarzuty, a nawet chwilowy ostracyzm towarzyski lub śmieszność (odsyłam do filmu P.Leconte\'a). A poza tym tak naprawdę nikt nie wie, co dobre, a co niedobre, więc lepiej się nie wychylać.

Próbowałem sobie odpowiedzieć przede wszystkim na jedno pytanie: z czym do ludu ? (troszkę oldskulowo w stylu wojcieszkowych postaci). Po raz kolejny widzimy opis jakiegoś fragmentu świata, w którym nikt z nas tak naprawdę nie był (Wojcieszek też nie), stylizowane na dialogi z filmów Tarantino i Guya Ritchie pogaduszki postaci, których na żadnym ze światów nie ma – kto jest adresatem tej prezentacji ? Pierwowzory postaci do teatru nie chodzą, filisterska i zmanierowana publiczność w wielkich miastach nie ma szans na zrozumienie post-postindustrialnej i post-ponowoczesnej pulpy, artystycznie jest to jedna, wielka kalka z filmów (Tarantino sie skończył, polecam „Adrenalinę”), internetu, rozmów z podmiejskich pociągów, tanich klubów i artykułów w tabloidach.Świat, który znamy od wielu lat, przedstawiony bez szukania przyczyn (choćby w sobie), bez atakowania tego, co groziłoby wykluczeniem towarzyskim i finansowym. To nawet nie bunt oswojony, to po prostu pulpa.Mieliśmy polskie dżinsy, samochody, filmy i wyroby czekoladopodobne. Mamy też polskiego Tarantino.

Po ciekawie zapowiadającym się pełnometrażowym debiucie filmowym („Głośniej od bomb”) i rewelacyjnym debiucie teatralnym („Made in Poland”) Wojcieszek rozpoczął jazdę po równi pochyłej. Jeszcze „Personal Jesus” trzymało poziom, ale potem było już coraz gorzej, a ostatnio jest już bardzo źle: fatalny spektakl „Była już taka miłość ale nie ma pewności że to była nasza” (mogliśmy go zobaczyć na zeszłorocznym R@porcie), bardzo nieudana filmowa adaptacja „Made in Poland” no i „Królowe Brytanii”. Wojcieszek najlepiej w tej chwili mówi o swojej pracy, jego wypowiedzi to wręcz manifesty wolności, niezależności, odwagi. Moralista i rebeliant – zachwycają sie nim warszawscy krytycy – i tak rzeczywiście było. By deklaracje i manifesty pokrywały się znowu z twórczością, Wojcieszek potrzebuje przerwy na dezintegrację pozytywną, ewaluację, superwizję i coś tam jeszcze lub wszystko razem. Nie da się tworzyć 1-2 arcydzieł rocznie, a nawet nie wypada. Bardzo nam Wojcieszek jest potrzebny. Wojcieszek w najwyższej formie.

Piotr Wyszomirski
wielkiemiasto.pl
24 listopada 2010

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia